Będę dla świata odległym szelestem.
A zatem niewinne dziecko by zginęło. Drżyjcie, ludzie, oto Idea.
Wiele zależało od natury. Ta jarczuka może i kazała budować mu napięcie, naciskając na wszystkich dookoła równomiernie, czekając aż ktoś się wykruszy i z bycia nikim stanie się kimś więcej - ofiarą. Mechanizm, który musiał działać, bo przecież uwarunkowały go lata ewolucji, a ona przecież nie mogła się mylić, prawda? I nie myliła się. Mechanizm działał w dziesięciu na dziewięć przypadków. Wystarczyła większość, by coś stało się normą, by coś stało się czymś, co będzie oczekiwane od pozostałej reszty. Nawet jeżeli różnica była mniejsza, znacznie mniejsza. Ironicznie działało to równie często na korzyść, co na niekorzyść.
Ewolucja uwarunkowała także mechanizmy obronne, nie tylko te stworzone do ataku. Natura Dumy była zarówno mieczem jak i tarczą. Nie, mieczem i przypomnieniem o mieczu. Muskaniem rękojeści palcami, jakby nie mogąc się doczekać, by z niego skorzystać. Tym entuzjazmem do wyciągnięcia go. Czymś, co ma odstraszać, a nie chronić per se.
Odstraszały też jaskrawe barwy żab czy syczenie węża. Odstraszały obrzydliwe zapachy u roślin i kolce. Ale tutaj, do tego porównania, najlepiej nadawały się papryczki chili. Jedzenie, które miało odstraszać od zjedzenia swym zadającym ból "smakiem", pozbawiając je jakiejkolwiek przydatności. A jednak drobny ułamek społeczeństwa pokochał to cierpienie, uznał je za niezwykle satysfakcjonujące, mimo tego że wcale nie byli na nie odporne. Natura działała, ale mechanizm? Nie. Co więcej, ludzie zaczęli pomagać roślinie w rozwoju tego, co miało ich odstraszyć, by zadać sobie jeszcze więcej bólu i tym samym osiągnąć jeszcze więcej satysfakcji. Tutaj pojawiał się masochizm, o który nie chciał się posądzać Esmé. Tak daleko jeszcze przecież nie zaszedł. A jednak, niczym dziecko zbliżające rękę do ognia, pochłaniał przestrogę, którą emanował czworonóg.
Napięcie było wyczuwalne tak samo, jak jarczuk mógł wyczuć woń strachu oraz niepokoju, jaka dobiegała jego nozdrza ze strony rzemieślnika. Aczkolwiek nie uciekał. Nie był nawet temu bliski. Czułby się zawiedziony stworzeniem, gdyby nie wywoływało w nim właśnie takich emocji, właśnie tego dyskomfortu, który teraz z miłym zaskoczeniem odczuwał. Bo przecież i Duma mógł być narzędziem. Wszystko mogło być narzędziem, gdy rzemieślnik tego chciał. Nie ten konkretny, każdy, ale ten konkretny zdecydowanie tego chciał. I bardzo lubił korzystać z wszystkiego wokół, by tworzyć. Siebie, innych, otoczenie. Czworonóg, jak i jego właściciel, mógł być święcie przekonany, że wykonuje swoją robotę - straszy, wybija z głowy durnowate pomysły, ale też wywołuje presję, by sprowokować. Ale co gdyby znalazł się ktoś, kto chciałby przestraszyć się bardziej? Wpaść na jeszcze głupsze pomysły? Zostać przytłoczonym jeszcze większą presją? Kto czułby to i prosił o więcej, ale tylko po to, by czuć. Bo natura tkwiła w każdym. Była fundamentami świadomości, ale i podświadomości. Niezmienna. Naturalnie Esmé się bał. Świadomie się z tego cieszył. Podświadomie tego potrzebował. Nie było mowy o ucieczce. Chciał tylko przesuwać opuszkiem po ostrzu tego miecza. Jego palce były spracowane, pełne odcisków. Nie tak łatwo było je zranić.
Rowle, jeszcze siedząc wygodnie w fotelu, obserwował Laurenta najpierw nieco niedbale, jakby był bardziej zjawiskiem do poczucia, niż do ujrzenia, ale to zaraz się zmieniło. Z każdym kolejnym krokiem do drzwi, Prewett wyostrzał się w ciemnym spojrzeniu, aż w końcu stał się swoistym celem. Tak, jakby między nim, a rzemieślnikiem istniał tunel i nic dookoła. Było to zupełnie nielogiczne i absurdalne, ale pierwszą myślą Czarodzieja było podejrzenie, że jego perełka chcę znaleźć się znów wśród świń. Że chce po prostu wyjść, przerywając tę rozmowę tu i teraz - nim na dobre się zaczęła. Świadomy strach? Podświadomy szept? Naturalne uwarunkowanie? Bez znaczenia.
Ale jak to? Znaczenie mógł mieć nawet kurz, który zdecydowanie bardziej upodobał sobie stronę "zamknięte" na obracanej tabliczce, a z jakiegoś powodu praktycznie go nie było na stronie "otwarte". I tak, nawet kurz tutaj miał znaczenie, bo wskazywał na prosty fakt - Esmé jej nie obracał. Jego pracownia tkwiła jako wiecznie otwarta. Dlaczego miałby obracać tę tabliczkę? Czemu miało to służyć? Większość swojego czasu spędzał właśnie tutaj, w pracowni, będąc na widoku tak, jak i towar, który był na sprzedaż. Jego obecność była bardziej widoczna, niż durna tabliczka. Jeżeli jednak go nie było, to... ktoś odbił się od zamkniętych drzwi. Obrócona tabliczka nie zmieniała tego, że Rowle nie było. Wszystko różniło się jedynie drobną chwilą, w której ktoś przez moment ma nadzieję, by zaraz ją stracić. Ale to nie obchodziło Czarodzieja. Jego klientelę stanowili głównie ci sami ludzie, wracający po kolejne zamówienie. Oni doskonale wiedzieli, że Skóra i Kości mogą być otwarte kiedykolwiek. Niezależnie od dnia i godziny. Niezależnie od warunków pogodowych, od sytuacji na świecie, od niczego. Esmé mógł być i jedynym sposobem, aby się przekonać, było pokładanie w tym nadziei. Zaryzykowanie. Tak prozaiczna sprawa, z której mężczyzna czerpał jakieś okruchy satysfakcji. W jego sytuacji nawet one były niezbędne. Wszystkie bodźce jakie ugrał były na wagę złota.
Pozwolił mu obrócić tę tabliczkę. Tak, pozwolił, bo Laurent mógł czuć się, jakby tego nie potrzebował, ale nic tutaj, wewnątrz tej pracowni, nie działo się bez przyzwolenia Esmé. Inna sprawa, że nawet nie przyszło mu do głowy zabraniać Prewettowi czegokolwiek. Nieważne jak zuchwały byłby to czyn, tak on mógł go popełnić. Popełnić, by Rowle mógł wyciągnąć konsekwencje. Popełnić, by móc się przekonać do czego doprowadzi. Ceny były wszędzie, chociaż... chociaż tak naprawdę nie. Tak naprawdę należało się przekonać jakie były. Tak samo jak żaden ze sprzedawanych przedmiotów nie miał jej opisanej, a należało o to zapytać właściciela pracowni kaletniczej, który, mógłbyś przysiąc, wymyślał je na nowo za każdym razem. I wedle humorku - różniły się bardziej i mniej drastycznie. Laurent właśnie miał poznać cenę swojej decyzji.
Ale czy ceną można uznać aprobatę? Bardzo mało rzeczy, wykluczając rzemiosło, przynosiło satysfakcję Esmé. Jeszcze mniej ludzi przynosiło mu satysfakcję. Jednak teraz, gdy obserwował jak Prewett zbliża się do drzwi i obraca tabliczkę, to poczuł satysfakcję. Tak, na to liczył. Tego od niego oczekiwał od zawsze. Aż rozsiadł się wygodniej, dając tym samym znać, że cokolwiek ma się tutaj wydarzyć, to jest to zdecydowanie mile widziane. To samo wyrażały jego usta, wywinięte w zaskakująco wyrazisty uśmieszek dumy. Z niego? Z siebie? Na pewno nie z Dumy. Laurent osiągnął swoje, ciemne spojrzenie rzemieślnika wydawało się przyklejone do niego, pokładając cały swój ciężar na drobnym, delikatnym ciele poznaczonym bliznami. Cena tego osiągnięcia właśnie miała o sobie przypominać tak, jak metaliczny smak w ustach przypominał o krwi. Rowle wcześniej był skupiony bardziej umysłem nie tyle na blondynie, co na wszelkich tematach otaczających go. Teraz skupiał i umysł, i spojrzenie na nim.
No, Laurent, tańcz. I wybacz, że mój wzrok uciekał, gdy z gracją stawiałeś pierwsze kroki.
Ta czujność mogła konkurować z tą, jaką odznaczał się jarczuk. Może gęba Czarodzieja nie jeżyła się ostrymi jak brzytwa zębami, może nie wzbudzał strachu, niepokoju, presji. Ale tak czy siak był czujny. Ta czujność przypominała, że teraz każdy błąd będzie widoczny bardziej. I każdy popis będzie oklaskiwany mocniej. Czy mimo tego Laurent będzie w stanie tańczyć swoje? Czy będzie w tym swoboda, czy ucieknie do znanych, aktorskich zachowań, które mogłyby zamaskować jego potknięcia przed wszystkimi, ale nie przed Esmé. Nie przed człowiekiem, który pokazał mu jak tańczyć to, co grało w duszy. I Rowle, obrzydliwie arogancko, był tego świadom.
Uśmiechnął się dosłownie na moment. Na tak krótki moment, że gdy Prewett mrugnął, to grymas ten wydawał się jedynie przywidzeniem. Jakby widział go wtedy, gdy powieki były zamknięte, może bardziej pobudzając umysł do myśli, że rzemieślnik się uśmiechnął, niż że w rzeczywistości tak było.
- Nie. - odparł stanowczo na pytanie niezależnie czy oczekiwano od niego odpowiedzi. Oczekiwania innych nigdy nie miały dla niego znaczenia. - Domeną sadyzmu byłoby, gdybym się skrycie ucieszył na wieść o twoim cierpieniu. - podczas tej wypowiedzi, wybrzmiałej tonem pełnym... niczego, bardzo monotonnym. Jednak im dalej brnął w słowa, tym bardziej jego wzrok zdawał się pokrywać bielmem, chociaż wciąż czujne oczy patrzyły w stronę Laurenta. A jednak teraz zdawały się widzieć coś innego. - I ucieszyłbym się jeszcze bardziej, gdybym sam zadał ten ból, zniszczył tę wazę i zgniótł jej odłamki, by nikt ich nie połączył ze sobą. Nigdy. - z każdym kolejnym słowem jego ton nabierał swoistej iskry, jego głos wybrzmiewał głośniej, ostrzej, chociaż spojrzenie wręcz przeciwnie - wydawało się zupełnie za mgłą, jakby teraz Rowle nie widział niczego, poza swoimi wizjami. Ale nagle to prysło. Wraz z mrugnięciem jego wzrok znów był tak samo ciężki, jak wcześniej. - Nigdy. - powtórzył przez niemalże zaciśnięte zęby, a jego warga aż drgnęła od emocji, którą w sobie poczuł. Pojedyncze słowo wypowiedziane z niespotykanym dotąd u rzemieślnika gniewem. Większym niż jakikolwiek był w stanie zaprezentować cztery lata temu. Kolejny raz dało się wyczuć, jak bardzo lubił dawać słowom wybrzmieć, pozwolić rozmówcy na spacer w zupełnej ciemności, obserwując jak ten niepewnie stawia kroki, a czasami nawet nabiera tempa. By zaraz taką osobę złapać za rękę i zawrócić, bo właśnie stała na krawędzi.- Ale i pył z tej wazy byłby piękny. Świeża glina bez niego pęka już w trakcie wypalania. A nikt nie chce naprawiać czegoś, co nawet nie zdążyło powstać. - czasami zapominał, że nie każdy musiał posiadać wiedzę rzemieślniczą. Tutaj odnosił się do metody mieszania świeżej, czystej gliny z tą wypaloną w procesie tworzenia naczynia, bo to była sprawdzona technika, dzięki której ceramika nie pękała podczas wypalania jej. Jednak Rowle dobrał te słowa świadomie. W niewiedzy również tkwiła pewna myśl, którą Esmé przekazywał. Prosta sugestia, że czasem można czegoś nie wiedzieć. W tym przypadku Laurent niefortunnie postanowił oblec swe słowa w taką metaforę, która była zbyt znajoma Czarodziejowi. I postanowił to wykorzystać. Nie dało się wiedzieć wszystkiego. Zawsze mogła istnieć wiedza, którą dopiero należało zdobyć.- Czasem nie każdy kawałek wazy musi zostać za pomocą złota przytwierdzony do niej na nowo. Czasem można go skruszyć i sprawić, że inne wazy na tym skorzystają. - te słowa, jak i poprzednie mówił już znów łagodnie, jakby wrócił do swoich zmysłów. Łagodność nawet zaczęła oblekać jego wizerunek, nie tylko brzmienie. Nawet jego oczy przymknęły się lekko, chociaż teraz zdawał się mocniej niż wcześniej wpatrywać w błękit.
- Jeżeli jednak miarą piękna ma być ogrom cierpienia, to chciałbym abyś, Laurent, był prawdziwą szkaradą. - nieco wyprostował się na fotelu, nie przerywając kontaktu wzrokowego. Nie mrugał nawet. - I naprawdę mam to na myśli. - dodał, starając się podkreślić właśnie wypowiedziane słowa i przedłużając spojrzenie w nowo nastałym milczeniu. Nie potrzebował się zachwycać blondynem. Jakkolwiek ważnym elementem jego życia był, tak nie był niezbędny. Mogło to brzmieć nieczule, ale było to prawdą. Esmé radził sobie w życiu z i bez Laurenta. Zwyczajnie jego egzystencja byłaby... zdecydowanie bardziej jałowa. Jego piękno wykraczało poza ramy, także poza schematy, które znał. Zamykał je w swoim ciele, a rzemieślnika akurat ciało tego mężczyzny najmniej interesowało. Piękna jakim się odznaczał Prewett nie dało się zamknąć w elementach jego urody, w strojach w jakie się oblekał, w biżuterii, którą nosił i muskał palcami. Jego piękno zamykało się w słowach zarówno wypowiedzianych, jak i tych które utknęły w gardle. Jego piękno zamykało się w gestach - tych pewnych, ale również tych pełnych strachu i niepewności. Jego piękno zamykało się w decyzjach - tych podjętych pod wpływem impulsu, tych niepewnych, lecz także tych, do których został zmuszony.
Kąciki ust Rowle nieco uniosły się. Cieszyło go, że umysł nie zapętlał w głowie Laurenta formułki, że przecież rzemieślnik jest szczery, że przecież naprawdę ma te słowa na myśli, że przecież mówi prawdę. Cieszyło go to z czysto egocentrycznego punktu widzenia - oznaczało to, że Prawda którą emanował była wyczuwalna również dla innych. Że jego słowa niosły za sobą tylko to znaczenie, które miał na myśli. Bo na końcu języka miał sam koniec języka. Nic więcej.
- Ludzie nie chcą wiedzieć za kogo sam siebie uważam. Wolą gdy zatrzymuje te myśli dla siebie, by uważać mnie za tego, kogo chcą we mnie widzieć. - czy te słowa brzmiały dla Prewetta znajomo? Posądzał go o identyczne myśli. Właściwie, miał wrażenie, że tę myśl dzielą na pół. Ale była tutaj istotna różnica. - Nie, Laurent, nie wydaje mi się, żebym pomógł jej zakwitnąć. - mruknął, uśmiechając się szerzej, wręcz cwaniacko. Nie, nie chodziło o to, że pysznił się swoją, nomen-omen, wadą. Pysznił się tym, że mimo tego, iż ludzie nie chcieli słyszeć za kogo uważa sam siebie, to on i tak mówił. Bez zawahania. Tańczył swoje, a ty, obserwatorze, jeżeli brzydzisz się widokiem tego tańca, to odwróć wzrok. Bo zatrzymać muzyki i tak nie możesz, a dopóki muzyka gra, dopóty bal trwa.Dodatkowym elementem zadowolenia był prosty fakt, który potwierdzał się raz za razem, że może ludzie nie chcieli słyszeć co o sobie myśli Esmé, ale właśnie o ten temat Prewett pytał już niejednokrotnie. Pytał dokładnie - za kogo się uważał. To bardzo istotne, bo takie pytanie znacząco różniło się od tego, co uważał na jakiś temat. Było zdecydowanie bardziej dogłębne i intymne. I nawet lepiej, że tylko blondyn był na tyle ciekaw. Że był na tyle piękny, aby zadawać takie pytania. Nikt inny nie zasługiwał na te odpowiedzi. Nikt tak, jak Laurent.
- Uważam, że jestem osobą, która te najpiękniejsze kwiaty podszczypuje, szarpie krańce liści i płatków, sprawdzając jak wiele warte jest to piękno. Jak wiele z niego jest prawdą, a jak wiele tylko fikcją, która rozmywa się w zetknięciu z rzeczywistością. Ze mną. Z prawdą. - zadarł głowę wyżej, ale tak jak i wcześniej - nie uciekał wzrokiem nigdzie na bok. Odkąd tabliczka została obrócona, odtąd ciemne spojrzenie Czarodzieja było na wyłączność Prewetta. - Uważam, że jestem osobą, która schyla się po zadeptany kwiat, by pomóc mu się podnieść, by delikatnymi ruchami rozprostować płatki, wygładzić liście, by znów mogły chwytać życiodajne promienie słońca. - zmrużył oczy, zaciskając na moment wargi, jakby coś cisnęło mu się na usta. A jednak jedynie uśmiechnął się, bardzo powoli, jakby ten grymas miał trudność z pojawieniem się. - Rozumiesz, Laurent? Jestem osobą, która udowadnia światu, że ten gówno wie na temat Prawdy. Że myli się. Że jego prawdy są fałszem, który utwierdza mnogość innego fałszu. Kłamstwo powtórzone sto razy nie staje się prawdą. Ale i to kłamstwo zostało powtórzone sto razy. - i prychnął. Raz, drugi, aż w końcu zaśmiał się lekko, melodyjnie, będąc delikatnie zażenowany, że to wszystko wybrzmiało tak patetycznie. Ale tak musiało wybrzmieć, bo nie od niego zależało jaka była definicja patosu. Od niego zależało tylko to, co myślał i jak ubierał to w słowa.Nie wierzył, że blondyn spełniłby się jako Róża. Ale rozumiał, że właśnie tak teraz uważał. Rozumiał, że wolałby być obiektem, w którym ktoś rzeźbił, niżeli samym artystą. I nie byle ktoś. W końcu to Prewett podawał dłuto, więc to on wybierał artystę. On też wybierał wizję, ale wciąż... była to cudza wizja. Wciąż ktoś oddzielałby elementy Laurenta od niego samego, by dopasować go do swoich standardów piękna. Czy nie właśnie to samo zachowanie sprawiało, że cierpiał? Właśnie to, że to dłuto tak chętnie oddawał innym? Nawet jeżeli Esmé byłby najodpowiedniejszą osobą, która gwarantowała, że na tym procesie tworzenia Prewett jedynie zyska, to nie powinien tego robić. Nie on. Nikt. Tylko Laurent. Tylko i wyłącznie on.
- Zdecyduj się wreszcie. - burknął jakby sfrustrowany, ale żadna taka emocja nie pojawiła się na jego twarzy, a jedynie była ledwo wyczuwalna w tonie głosu. - Kim jesteś w końcu? Kłamstwem, koniem czy różą? - pytanie retoryczne wybrzmiało, bo był to drobny żart, ale zwracający uwagę na pewien mechanizm. Laurent rzadko był Laurentem. Tylko tu i teraz był właśnie nim. - Nie Laurent, nie spełniłbyś się w ten sposób. Nieważne jak wprawny byłby artysta, tak zraniłby cię. Nie jesteś po prostu materiałem, w którym ktoś ma rzeźbić. Jesteś materiałem, artystą, wizją i widownią - tak procesu jak i efektu. Jesteś jedyną widownią, która ma znaczenie, jedyną która jest wewnątrz budynku podczas wernisażu. I musisz być gotów, że produkt twoich starań nie zachwyci każdego, bo nie istniało coś takiego, jak uniwersalne piękno. - czy mówił mu co ma myśleć? Poniekąd. Nie miało znaczenia czy blondyn zacznie to myśleć, czy nie. Znaczenie miało tylko to, że Esmé przekazał swoje myśli tak, jak je czuł. Że Prewett je otrzymał i teraz od niego samego zależało co uczyni. Bo Rowle nie oczekiwał zmian, Rowle dawał narzędzia i pokazywał jak to powinno wyglądać według niego.- Niestety. - westchnął w odpowiedzi na miłość, która nie przemija. Nie miał nic więcej do dodania, ale też nie zamierzał dodawać cokolwiek do tego. Teraz zamienił się w słuch, bo właśnie zaczynała się snuć historia, która poruszyła piedestałem, na którym stał Laurent w wyobrażeniach rzemieślnika. Nim jednak do tego doszło, Prewett zadbał o odpowiednie wprowadzenie. Słusznie, bo chociaż zakładał, że Czarodziej przeczytał o tym w gazetach, zresztą właściwie, to jednak dodał kilka słów więcej. Esmé z rzadka czytał gazety, gdy naprawdę nie miał lepszego zajęcia w swojej pracowni. Zazwyczaj podczas przerw, gdy raczył się kawą i papierosem, jako zajęcie kolejnego organu, by i on walczył z pustką. Ale pustka jaka biła z gazet czasem go przerastała. Nieistotne wydarzenia ludzi, którzy byli dla niego nieistotni. Co do jego życia wnosiła wieść o kolejnych dokonaniach celebrytów? Co wnosił fakt, że dowiedział się o makabrycznym, niewyjaśnionym morderstwie? Co to zmieniało w jego nieustannej potyczce z marazmem? Nic. Historie wyczytywane z gazet nie były w stanie dotknąć jego duszy, bo nie miał z nimi żadnej relacji. Mówiły o ludziach, którzy nie spojrzeliby nawet na niego. Mówiły o ofiarach, których nie miał szans nigdy uratować. Mówiły o wydarzeniach, wobec których pozostawał bezsilny. Czemu to miało służyć?
Najpierw uniósł jedynie brew w reakcji na słowa, że blizna na nadgarstku pochodzi z Perły Morza. Intrygujące, proszące się o dedukcję i zadanie pytania. Nie spodziewał się, że właśnie tam Laurent usiłował popełnić samobójstwo. Nie spodziewał się tym bardziej, że odniósł sukces w tych staraniach. Tym bardziej szokująca była informacja, że nie tylko on tego dokonał - a całe tłumy zebranych na przeklętej łajbie. Rowle teraz wyglądał na naprawdę zaskoczonego, rozchylił aż usta, początkowo nie wiedząc co myśleć o tak... brawurowym wyznaniu. Pozwolił sobie skupić się tylko i wyłącznie na blondynie, usilnie odwracając własną uwagę od emocji, które zaczynały w nim iskrzyć. Chciał dać im naturalnie zapłonąć lub zgasnąć. Pozwolić im zrobić ze sobą to, co chciały. Nie tak jak zwykle - wyciskać z nich wszystko, ostatnie ciepło, zanim zgasną na dobre. Słuchał dalej. Słuchał i... wierzył. Mimo całego zaskoczenia, mimo tej zmiany klimatu Esmé nawet na moment nie zawahał się w myśli, że przecież Laurent nie był do tego zdolny. Był. Wiedział, że był. Co innego wiedzieć, a co innego przekonać się.
Zbiorowe samobójstwo pod przewodnictwem Anioła. Cóż za... farsa. Spojrzenie rzemieślnika przez całą tę opowieść wyrażało... zaskoczenie i dezorientację. Jakby został wybity z rytmu, jakby nie wiedział co o tym myśleć. Ale wiedział, bo myśl była jaśniejsza niż cokolwiek w tej ukrytej w półmroku pracowni. Z jednej strony zdziwienie, że Prewett był w stanie zasugerować taki plan, zasugerować śmierć. Ale z drugiej strony była logika, która zbierała wszystkie strzępki informacji o blondynie do kupy, by wyciągnąć z nich niemniej zaskakujący wniosek - tak, ten człowiek był w stanie. Ten człowiek był w stanie osiągnąć wszystko, korzystając z najbardziej brawurowych metod tylko dlatego, że w nie wierzył sam. Miał ogromną moc, która drzemała w nim uśpiona. Sam powiedział - nie wierzył sobie. Inni zawsze mu wierzyli, ale nie on sobie. Wystarczyło... uwierzyć w siebie. Co za banał.
Spojrzenie Rowle nagle się zmieniło. Zupełnie tak, jakby wcześniej puszczone było luzem, powiewało na wietrze drobnych emocji, przypominając latawiec, oddalając się od samego właściciela. Ale nagle linka się skończyła, coś nim szarpnęło i zaraz złapało za gardło, przypominając, że może było wolne, ale to był tylko pozór. Koniec końców - wciąż służyło Esmé. Ciemne oczy wyrażały teraz... nic, jak zresztą często, ale za to sam rzemieślnik się uśmiechnął szeroko, a następnie roześmiał. Głośno, jak na niego bardzo głośno. Pochylił się na fotelu, przecierając ręką twarz, wciąż śmiejąc się, jakby próbował powoli uspokoić się.
- I naprawdę myślisz, że problem tkwi w tobie? - zapytał wręcz z oburzeniem w głosie. Nie interesowały go morały. Nie pamiętał żadnej bajki, którą czytała mu matka. Nie pamiętał też, żeby kiedykolwiek ktokolwiek inny czytał mu jakąkolwiek. Morały też miały to do siebie, że próbowały przedstawiać uniwersalną prawdę. Coś, co w każdym wypadku miało działać, a posługiwało się tylko jednym przypadkiem, aby to udowodnić. Laurent mógł uznać to za lekceważące, ale Czarodziej od razu skupił się znów na nim, a nie na morale jaki płynął z tej historii. Nawet jeżeli miał on odnosić się do samego Prewetta. Jeżeli chciał szerszego spojrzenia, to mógł nie odwracać tamtej tabliczki. Teraz, tutaj, znaczenie miał tylko blondyn. Nikt i nic więcej. - Laurent, nie muszę być na przeklętym statku, by na twoje życzenie rozpruć sobie żyły. Wystarczy, że byś poprosił. - jak bardzo szokujące były te słowa? Oh, to miało się okazać. Szokujące były nawet dla samego Rowle. Człowieka, który nie chciał się zabić, ale jednocześnie pragnął śmierci. Chciał żyć, ale równe mocno chciał umrzeć. Był ciekaw tych emocji, ah... tych wrażeń, które szarpałyby nim tuż przed cięciem. Czy zdołałby to zrobić? Czy miałby żal do Laurenta? Czy poczułby ulgę? A co jak już życie uciekałoby z niego? Czy wtedy zrozumiałby Prawdę? Czy stałaby się dla niego mniej zawiła? Co by sobie uświadomił? Samobójstwo nigdy nie interesowało go jako sposób, by zakończyć swoje zmagania z życiem. Samobójstwo zawsze interesowało go tak, jak interesował go nowy narkotyk, który zaraz mógł znaleźć się w jego krwioobiegu. Jak kobieta, której śliny i potu miał zaraz skosztować. Jak nowy materiał, z którego zaraz miał stworzyć nowy projekt. Wiedział, że to wszystko bladnie w obliczu śmierci. Ta uczta byłaby czymś, czemu nie mogłaby dorównać żadna inna. Nigdy. Uczta warta życia.Ale zwracał też uwagę na coś innego. Na to gdzie tkwił problem. Nie w tym, że Laurent pociągnął za sobą tłumy ludzi do absurdalnej decyzji. Nie w tym, że niczym naprawdę wiedzeni mądrością Anioła nawet nie zakwestionowali jego brawury. Że nie zawahali się przed śmiercią. Problem tkwił w ludziach. Jeżeli na swojej drodze napotykałeś drzewo, to nie ścinałeś je, a omijałeś. Nikt nie musiał się zmieniać, dopóki nikt nie wymuszał interakcji.
Nieco bardziej niepokojącym było spostrzeżenie, że... podoba mu się ta moc. Że w absurdalny sposób pociągającym był fakt, że Laurent zdołał przekonać ludzi, którzy przecież nie chcieli umierać, by jednak umarli. Esmé jasno mówił - wystarczy, że poprosi. Deklarował gotowość w każdej chwili. Ale oni? Przecież właśnie śmierci chcieli uniknąć. Jakże wspaniały musiał być ten pokaz. Jakże piękny musiał być Prewett w tamtych chwilach.
- Żałuję, że mnie nie było na tym statku. - żałował też, że nie mógł z nieskrywaną chęcią dać mu się zabić w ten niebezpośredni sposób. I żałował, że nie mógł zostać przez niego uratowanym. - To musiało być wyjątkowe. - problemy tkwiły w każdym. Każdy posiadał mroczne elementy swojej duszy. Rowle nie ukrywał się ze swoimi fascynacjami, chociaż wielu źle je interpretowało. Szaleniec? Tak, ale nie dla samego faktu bycia szaleńcem. Rzemieślnik był gotowy do najbardziej szalonych decyzji, byleby tylko czuć. Byleby tylko przeżyć coś, co sprawi, że poczuje. Bo tak naprawdę teraz, w tym stanie, czuł się bardziej martwy, niż martwi byli zebrani na statku zaraz po rozpruciu żył. Zatem teraz, gdy Laurent objawił mu swoje dokonania, teraz te ciemne oczy skupione tylko na blondynie iskrzyły. Tliły się czystą fascynacją. Jak węgle, które zaczynały się rozpalać. Możliwe że wiecznym płomieniem.Czemu nie śpiewał? Tak bardzo lubił to robić, a Esmé wciąż nie miał okazji usłyszeć jego śpiewu. Kaletnik, to oczywiste, kochał swoje rzemiosło i podczas pracy dało się go zaobserwować codziennie. Oddawał się temu jak tylko miał ochotę, zresztą właśnie z tego powodu ich relacja została odnowiona cztery lata temu. Zatem czemu nie śpiewał? Przecież to było oczywiste, że powinien. Że skoro w jego głowie grała muzyka, jego ciało tańczyło ten rytm, to i usta mogłyby nieść pieśń. Oczywistym też było dlaczego, ale zostało to powiedziane nieco później - bo nie pozwalał sobie. Ta swoboda była zarezerwowana, przynajmniej na razie, tylko dla nędznego człowieka, jakim był Rowle. Człowieka, który był dumny ze swej nędzy, który nie obawiał się jej pokazać.
Nie przeoczył informacji o oddawaniu się. Teraz nie potrafił przeoczyć żadnej z informacji i bodźców, jakimi emanował Laurent. Blondyn stał przy drzwiach, ale równie dobrze mógłby być tuż obok, tuż naprzeciwko w wypełnionym bielą pomieszczeniu. Żeby Czarodziej widział tylko jego. Żeby nic innego nie wchodziło w zasięg jego spojrzenia. W zasięg jego umysłu. Na razie przemilczał te słowa, jako że... był świadomy ich relacji. Właśnie dlatego pozwalał sobie na gesty, które stawiały pewne rzeczy pod znakiem zapytania. Właśnie dlatego pozwalał siebie smakować jedynie muśnięciami ust. Właśnie dlatego nie stawiał między nimi ściany, która miałaby definitywnie wyznaczyć granicę, której przekroczenie miało być nierealne. Niemożliwe. Specjalnie sam zbliżał się do krawędzi, by na niej zatańczyć. Ale tancerzem był wyśmienitym. Nie potykał się, chociaż niektóre wymachy i wykroki wydawały się właśnie pomyłkami. Nigdy nie były. Krawędź była równie bezpieczna, co ląd głębiej. Ale znacznie ciekawiej było tańczyć tuż nad przepaścią, znacznie bardziej wyraziste były emocje, jakie z niej dobiegały. I zawsze istniało ryzyko, że mógłby zostać ku niej popchnięty lub, co gorsza, w nią pociągnięty.
Piruet, w którym został pochwycony. Obdarzył Laurenta spojrzeniem pełnym aprobaty. "Tak, właśnie tak" - zdawał się wypowiadać oczyma. Tańcz, Laurent. Tańcz to, co w duszy ci grało. Esmé uśmiechnął się lekko, gdy Prewett wspomniał o tym, co ich dzieliło. I w reakcji na to, jak przyjął bez żadnego "ale" arogancką wizję kaletnika, jako Boga. Nie pozwolił mu się oddalić. Blondyn odsuwał się o pół kroku, o krok, kolejny i następny. A Rowle zbliżał się o pół kroku, o krok, kolejny i następny, nie przerywając kontaktu wzrokowego, nie pozwalając by dystans między nimi się powiększył. Myślałeś, laleczko, że taniec się zakończył? Daremne. Taniec trwał w rytm niesłyszalnej muzyki, chociaż słyszalny był rytmiczny trzepot skrzydełek Beksy, który jak w transie krążył już nie nad drzwiami, a nad głową Prewetta, zataczając kręgi, tworząc teraz nie koronę, którą nosił rzemieślnik, a aureolę, która wisiała nad głową Laurenta.
Esmé zbliżył się o jeszcze pół kroku. Ich usta znalazły się niebezpiecznie blisko. Czysty przypadek mógłby je spotkać, ale oboje wiedzieli, że przypadek ich nie spotka. Przypadki nie istniały. Jak dobrze, że do smrodu fajek blondyn powoli się przyzwyczajał, bo teraz był znacznie intensywniejszy - tak z ubrań i włosów Rowle, jak i z jego oddechu przenikniętego na wskroś obrzydliwym tytoniem. Z zadziornym, cwaniackim uśmieszkiem, którego teraz nawet nie dało się dostrzec, bo twarze były zbyt blisko, wpatrywał się w błękit oczu. Jego ręce swobodnie opadały wzdłuż ciała, przynajmniej na razie, bo zaraz jedna została ostrożnie uniesiona i delikatnie oparta na lewym barku perełki.
- Ziemia? - powtórzył za nim, ale tonem pełnym niezrozumienia, tonem wyrażającym pytanie odnośnie tematu, który powinien być oczywisty. - A mógłbym przysiąc, że jedynie oddech. - wyszeptał, na moment zerkając w dół, jakby chciał dostrzec jego usta. Bezskutecznie. Wrócił spojrzeniem i jeszcze chwilę po prostu trwał w tej pozycji. Jasnym było, że kaletnik woli kobiety, ale to co wolał kaletnik nie musiało wpływać na Laurenta. To czy to szanował, czy nie zależało od niego. Nie musiał tego robić, mógł schwycić Esmé za fraki i pociągnąć w przepaść razem ze sobą i... Rowle by po prostu zareagował. Cena. Co było cenniejsze? Granice które wyznaczał, czy emocje związane z ich przekraczaniem? - Najstraszniejszy jest człowiek, który nie ma nic do stracenia. - dodał półgłosem, nie rozwijając tej dosyć losowej myśli, wręcz nie pasującej do poprzednich słów. Ale rzemieślnik doskonale wiedział co miał na myśli. I zaraz się odsunął, o te pół kroku, będąc wciąż nie dalej, niż na wyciągnięcie ręki, lecz swoją zabrał z ramienia blondyna.- Już zapomniałeś? - zaczął, przechylając głowę na bok. Uniósł dłoń, która nieśpiesznie, zewnętrzną dłonią zbliżyła się do policzka Laurenta. Musnął go delikatnie, by ten nie odczuł nawet jak szorstkie były jego ręce, jak spracowane i twarde. Dlatego właśnie nie zrobił tego wewnętrzną częścią, jakby uważał, że to płótno mogłoby się porwać, gdyby był nieostrożny. I wciąż patrzył w te obłędnie błękitne zwierciadła duszy. - To co dla jednych jest spełnieniem marzeń, dla drugich może być koszmarem. - wyszeptał, uśmiechając się coraz szerzej, nabierając... na swój sposób niepokojącego wyrazu twarzy. Tak, jakby wszystko, oprócz ust wyrażało coś innego, niż radość, którą przecież grymas uśmiechu miał wyrażać.
Zabrał rękę i odwrócił się plecami do Prewetta. Zaraz ruszył w kierunku gabloty, której górna część była przeszklona, prezentując różne wyroby kaletnicze - głównie portfele, paski, bransolety. Dolna część była zasłonięta i to właśnie tam sięgnął. Do materiałów, które nie były na wystawie.
- Węże powinny uważać. To co dla mnie jest Rajem, dla nich mogłoby być Piekłem. - nie patrzył na blondyna, zamiast tego szukał czegoś i słychać było jak mnogość różnych przedmiotów jest przesuwana, jak tłucze się o drewniane półki i ścianki. Beksa, jakby podłapując następujący harmider, zaczął poskrzekiwać i przestał już zataczać kółka. Teraz latał nad ich głowami zupełnie jak porażony, chociaż nie był to żaden efekt mający cokolwiek podkreślić. Po prostu ganiał muchę, którą mógł już dawno pochwycić. Ale czemu by się nią nie pobawić?W końcu rzemieślnik się podniósł z kucającej pozycji i zamknął drzwi gabloty. Odwrócił się, patrząc na... trzymany w ręce pas do spodni. Pas, wykonany z wężowej skóry. Wciąż zapatrzony w nią zaczął zbliżać się do ściany, którą wcześniej obserwował Laurent, rozpoznając może garść z zamieszczonych na niej narzędzi. Rowle przesuwał palcami po swoim dziele, zachowując zupełnie beznamiętny wyraz twarzy.
- Nigdy nie lubiłem wężowej skóry. - mruknął i uniósł głowę, od razu sięgając po... nożyce zawieszone tuż obok niego. Bez milisekundy zawahania chwycił je, a następnie w ich ostrza włożył pas w połowie, by silnym, zdecydowanym ruchem przeciąć go w pół. Obie części upadły na ziemię, a uderzenie klamry o drewniane deski wytrąciło z równowagi Beksę. Smoczoognik zawisł w powietrzu na chwilę, pozwalając musze na ucieczkę gdzieś... w kąt pracowni. Gdzieś, gdzie będzie przynajmniej tymczasowo bezpieczna. - Aż dziwne, że nie zrobiłem tego wcześniej. - wypowiedział te słowa jakby do siebie, z wyrazistą nonszalancją w tonie, mając wciąż opuszczoną głowę. Ale w końcu spojrzał na Laurenta i chwilę milczał, przyglądając się mu. Nie, wpatrując się w niego. W końcu zrobił krok, nieśpiesznie zbliżał się do niego, w ręce wciąż dzierżąc nożyczki, którymi właśnie rozpłatał węża. W jego Raju to on ustanawiał zasady. On stworzył pas, on go schował, on go znalazł i zniszczył. Zmarnował żywot stworzenia, który przecież kiedyś uświęcił tworząc z niego prawdziwe dzieło. Tylko dlatego, że sam go nie lubił.Znalazł się blisko, lewa ręka, pusta, powędrowała znów w kierunku... nie ramienia, a szyi, nie dotykając jej jednak. Zatrzymując się tuż obok. Zaraz, z drugiej strony, do tego samego karku powędrowały nożyce. Kaletnik nie przedstawiał teraz sobą żadnej emocji, co najwyżej skupienie na... czymś co musiało znajdować się na szyi Prewetta albo tuż obok niej. Tak, tuż obok. Nie zamierzał go skrzywdzić, a jedynie chwycił w palce lewej ręki jego kołnierz, nieco odchylając go do tyłu, by za pomocą nożyc w drugiej ręce... uciąć odstającą nić, która wypruła się ze szwu. Coś, co zauważył już wcześniej, gdy przywitał blondyna. Zaraz przesunął palcem po tym kołnierzu, upewniając się, że nie ma teraz ostrych elementów, które by drażniły tę delikatną skórę. Skórę, która zdecydowanie nie była skórą węża.
- Nie musisz się z niczym godzić. I nie musisz sięgać rękoma do jabłoni. - odezwał się, odsuwając i chowając do tylnej kieszeni spodni trzymane narzędzie. Jakby miało być w gotowości. - Jabłoń na ciebie nie zasługuje, powinieneś celować wyżej. Powinieneś wystawiać swe ręce w stronę Boga, jeżeli naprawdę tego pragniesz. - ponownie się odsunął, ale teraz bardziej w stronę stolika, o który oparł się tyłkiem. - Istotne jest to, żebyś zawsze był gotów ponieść konsekwencje. Żebyś pamiętał że to... wszystko może trwać, jeżeli chcesz. Jeżeli jesteś gotów na to, że prędzej czy później zostaniesz zraniony. Jeżeli nie... - tutaj westchnął, przenosząc wzrok na Beksę, który teraz krążył bliżej różnego rodzaju zakamarków pracowni, by znaleźć zagubioną muchę. - ...to powiedz to. - wrócił spojrzeniem do blondyna, teraz nieco smutnym, pełnym... swoistej melancholii. - Nie chciałbym, aby mój Anioł krwawił. - i uśmiechnął się krzywo. Ze smutkiem.