Jeśli tylko czegoś pragniesz – to dąż do tego, by się do tego zbliżyć. Nie znaczyło to, że na pewno się uda, ale wędrówka, jaką się po to przebędzie, była prawdziwą przygodą, która kształtowała osobowość. Per aspera ad astra. Prawdę mówił ten, kto wypowiedział te ważne słowa: to nie cel sam w sobie jest ważny, a droga, jaka ku niemu wiedzie. Cel wyznaczał szlak i kierunek, ale to co spotykało nas w trakcie, co pozwalało inaczej spojrzeć na pewne sprawy – to był prawdziwy skarb poznania. Ale trzeba było w ogóle postawić stopy na tym trakcie; nie leżeć i jedynie marzyć o tym, czego się tak pragnie. Czasami swemu szczęściu trzeba było dopomóc. Był to wysiłek, było to wyjście ze swojej strefy komfortu, było to poświęcenie, znoszenie dyskomfortu – ale czy cena nie była tego warta? Ginewra odpowiedziałaby, że była; z oczami skierowanymi w stronę Walii, kolebkę historii, które tak ją całe życie fascynowały… Skoro dostała propozycję pracy w Walii, co prawda przy czymś zupełnie innym… byłaby głupia, gdyby nie skorzystała. A nuż, kto wie, może natkną się przypadkiem na cokolwiek? To była fascynacja, jeszcze nie obsesja, ale pochłaniało to masę jej życia osobistego. To nie tak, że te marzenia przesłaniały jej wizję na własną rodzinę… Po prostu nie zakochiwała się tak lekko i nie odkochiwała po pięciu minutach. Uważała, że jeśli pisana jest jej miłość, to ta po prostu pewnego dnia się odnajdzie. Albo uderzy ją w głowę oczywistością, bo stała przed jej oczami od dawna. Nie zamykała się na to, ale też nie fantazjowała o wielkiej miłości z każdą osobą, którą napotkała, a która jej się spodobała. Nie wiedziała, czy każdy chciał coś takiego przeżyć – ona chciała, ale jej życie nie kręciło się wokół tego, nie chciała się rozczarować.
Poczuła lekki dreszcz, który przebiegł jej po kręgosłupie i karku, gdy Laurent dotknął dłonią jej nogi; nieistotne, że przez materiał spodni (a tym lepsze były przecież by podkreślać krągłości, niż spódnica, która wszystko zakryje), poczuła ciepło dłoni drugiego ciała, dotyk, którego się nie spodziewała, a który był miły. Nie strąciła go, nie strzepnęła. Uśmiechnęła się za to do siebie, na krótką chwilę przymykając oczy, pozwalając, by ten kontakt rozlał się na sekundę więcej. Ptaki ćwierkały do siebie, rozmawiały ze sobą, przekomarzając się w listowiu wielu drzew, jakie znajdowały się w tym sadzie. Wiatr delikatnie kołysał liśćmi i gałęziami, a także kosmykami włosów wróżbitki. Promienie słońca ogrzewały, rosa już zdążyła wyparować. Ta chwila mogłaby trwać jeszcze kilka chwil dłużej, utrwalona w pamięci, wyryta dłutem na kamiennych tablicach wspomnień. Zapisana tym dreszczem na ciele. Wiedziała, że gdyby Laurent chciał, to złapałby się inaczej. Bo czy w ogóle była potrzeba, by ją przytrzymać, gdy tak jedną ręką trzymała się drabiny, a w drugiej wyciągała słodką, czerwoną czereśnię do blondyna, pochylając się do niego. Preteksty. Tworzenie sytuacji. Korzystanie z niej. Małe gesty, a pokazywały przecież tak wiele.
Uśmiechała się, gdy już była z powrotem na trawie. Rozumiała, że każdy miał swoje przyzwyczajenia, ważne rytuały, a Laurent chciał dobrze wyglądać. Przecież ten komplement, który mu sprzedała – nie wziął się znikąd i nie był powiedziany na wyrost. Nie ubrudził się. A jednak i tak Guinevere wyciągnęła rękę, by strzepnąć niewidzialny pyłek, jaki osiadł na ramieniu jego koszuli, gdy tak potrząsała chwilę wcześniej drzewem. Ona też nie musiała tego robić, ale… pretekst.. To był pretekst. Jeden z wielu.
– Nie prowokuj mnie, bo jestem gotowa faktycznie zacząć szukać taki temat, a żadne z nas przecież tego nie chce – powiedziała to ze śmiechem, ale znała siebie. Kiedy gdzieś zwietrzyła nosa do tego, by pokazać komuś, że może w czymś wygrać, w jakimś zakładzie, konkurencji, która wcale nie istniała naprawdę, a tylko w jej głowie… Było to frustrujące nawet dla niej, ale nie można było być idealnym… Teraz jednak nie było jeszcze żadnej chęci, by udowodnić komukolwiek na co ją stać. I wolała, by tak to właśnie zostało – by nie zobaczył ot tak tych brzydszych kolorów, jakie zdobiły jej pióra. Na szczęście jednak te niedoskonałości nie były widoczne jak na dłoni. – Ale o Uagadou mogę mówić. O ile odwdzięczysz mi się tym samym – jej oczy się uśmiechały, gdy to mówiła. – Co prawda nasłuchałam się od taty i co nieco od członków mojej ekipy… Ale twoja perspektywa też jest cenna – jej usta mówiły jedno, ale oczy szeptały krótkie „chcę cię poznać. Pozwolisz?”.
– Sama zaczęłam się teraz nad tym zastanawiać. Spróbuję popytać, może zajrzę do biblioteki – już tam kiedyś była, na alei Horyzontalnej, razem z Cathalem i Letą – kilka tygodni temu. Była pewna, że akurat tam trafi i się nie zgubi… Musiała się tylko zastanowić nad tym, przy jakich tematach tego poszukać. Śnienie? Rytuały? Trans? Może wszystko na raz. A może to były jednak zagadnienia związane z nekromancją i dlatego Laurent nie wiedział nawet z czym się to je? Musiała pomyśleć, przeszukać pamięć, może już kiedyś się o to otarła, ale wtedy po prostu to zignorowała… Ale to nie teraz.
Przenieśli się na drugie drzewko, Ginewra niosła koszyk, gdy Laurent, bardzo po męsku, taszczył ze sobą drabinę. Słowem się nie odezwała, gdy już wdrapywał się na górę i wyciągnęła do niego koszyk. A gdy ten zawisł w powietrzu, zrobiła dokładnie to, czego żadna szanująca się dama by nie przepuściła: całkowicie bezczelnie gapiła się na jego tyłek. Drabinę oczywiście trzymała – nie chciała, by Laurent spadł i zrobił sobie jakąś krzywdę.
– Głównie świstoklikami, kilkoma, bo to była za duża odległość na jeden. Nie było innego wyjścia, nikt nie wybudował takiej długiej trasy kolejowej, a nawet gdyby, to jechałoby się w jedną stronę chyba kilka dni, może nawet tydzień. Jak ktoś miał bliżej, to korzystali też z latających dywanów, a najbardziej zdesperowani rodzice posiłkowali się teleportacją łączną… Ale w moim przypadku to były świstokliki. Rodzice mnie zawsze odstawiali aż do punktu zbiórki niedaleko granic terenu szkoły – wiedziała, że do Hogwartu podróżowało się głównie pociągiem, ale tata mówił, że byli tacy, z tych bogatych rodów, którzy chcieli zrobić wielkie wejście i się popisać i nie wybierali tego, co reszta. – A ty?