15.02.2024, 09:47 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 15.02.2024, 09:49 przez Samuel McGonagall.)
tltr: Odchodzi od Brenny, intensywnie nie patrzy w kierunku Nory i Erika, wita się z Dorą i Neilem, ostatecznie jest przy napojach
Samuel tylko się uśmiechnął na zbicie jego komplementu, swoje wiedział, wszak to Brenna była główną organizatorką, a więc i władczynią tego miejsca. Z oddechem ulgi przyjął ciężar książęcego diademu na swojej głowie, ufny, że jego misterna fryzura nie obróciła się w niwecz. Nigdy by siebie nie podejrzewał o taką troskę o własny wygląd, ale ten wieczór był zdecydowanie inny niż większość jego wieczorów w ciągu ostatnich lat. Dzisiaj mógł być barwnym ptakiem. Dzisiaj mógł być księciem.
Zapewne ucałowałby dłonie przyjaciółki, gdyby miał w sobie więcej ogłady, wyobraźni do tego typu zachowań czy po prostu pierwiastka książęcości, obyło się jednak bez tego. Podniósł się gibko, hardo unosząc głowę (po trosze sprawdzając, czy mu ów przysłowiowa korona z głowy nie spadnie). Jako że była dobrze osadzona, uśmiechnął się szelmowsko:
– Bardzo dobrze szanowna pani – kpiarski ton, wyobrażenie tego jak zachowują się wysokie sfery, wychodził mu rozkosznie nieporadnie – Ruszam więc zamoczyć usta w tym znamienitym trunku, nie wątpiąc ani przez moment w najlepszość doboru kwiatów... eee.... tego no... bukietu oraz przypraw. – Ukłonił się tak, jak kłaniali się jarmarczni kuglarze, brakło tylko kapelusza, coby jakąś sześciopensówkę wrzucić, a następnie ruszył w głąb "sali".
Niedźwiedź w koszuli tańczył.
Wywinął się zatem w kierunku napitków i obiecanego grzańca, który był mu szalenie potrzebny, jeśli miał tu pozostać dłużej, oddychając tym samym powietrzem co przebrzmiała miłość i jej dawny, być może obecny partner. Bardzo intensywnie nie patrzył w ich stronę, nie chcąc wiedzieć jakie wrażenie wywarł na Norze. Każda odpowiedź byłaby bolesna. A przecież obiecał sobie, że czas iść naprzód. Obiecał sobie, że dowie się tego wieczora, ile znaczeń skrywała korespondencja, którą wymieniał w minionych tygodniach.
Jego trasę przecinała ława z Dorą rozmawiającą z tym łapserdakiem od trupich szczurów. Normalnie wyminąłby ich, udając, że wcale nie zauważył znajomych nieznajomych twarzy, ale diadem zobowiązywał.
– Dobrze widzieć w zdrowiu. – przystanął na moment w swobodnej dość pozie, jedną dłoń ukrywając w kieszeni spodni, drugą raz drapiąc się po przykrótkim jak na siebie zaroście.
– Jeśliby któryś z wzorów wpadł Ci w oko – powiedział już bezpośrednio do kobiety, wskazując oczami i brwiami rzeźbione talerze i kubki. – To daj mi znać... mmm... w ramach rekompensaty. – Ogród był już posprzątany, ale Sam czuł się zobowiązany. Nawet jeśli to nie była do końca jego wina, wszak klątwa działała poza udziałem woli. – A teraz wybaczcie, nie mogę dać podarkowi od Brenny wystygnąć... – już miał odchodzić, ale jeszcze dwoma palcami wskazał na swoje błękitne oczy, a potem jednym na Neila. "Obserwuje Cię" zdawał się mówić, dlaczego jednak tak było, nie zamierzał przy Dorze opowiadać.
Tylko zaGajał, nie chciał się nigdzie oSadzać, nigdzie uPolanniać. Czuł wypaloną dziurę w plecach i nie chciał się odwracać, nie chciał sprawdzać, czy to tylko jego pobożne życzenia. Potrzebował wina. Natychmiast. Dlatego w długich przysadzistych krokach dotarł do napitków i zgarnął dedykowany mu kufel. Ciekawe czy napełniał się sam po opróżnieniu?
Samuel tylko się uśmiechnął na zbicie jego komplementu, swoje wiedział, wszak to Brenna była główną organizatorką, a więc i władczynią tego miejsca. Z oddechem ulgi przyjął ciężar książęcego diademu na swojej głowie, ufny, że jego misterna fryzura nie obróciła się w niwecz. Nigdy by siebie nie podejrzewał o taką troskę o własny wygląd, ale ten wieczór był zdecydowanie inny niż większość jego wieczorów w ciągu ostatnich lat. Dzisiaj mógł być barwnym ptakiem. Dzisiaj mógł być księciem.
Zapewne ucałowałby dłonie przyjaciółki, gdyby miał w sobie więcej ogłady, wyobraźni do tego typu zachowań czy po prostu pierwiastka książęcości, obyło się jednak bez tego. Podniósł się gibko, hardo unosząc głowę (po trosze sprawdzając, czy mu ów przysłowiowa korona z głowy nie spadnie). Jako że była dobrze osadzona, uśmiechnął się szelmowsko:
– Bardzo dobrze szanowna pani – kpiarski ton, wyobrażenie tego jak zachowują się wysokie sfery, wychodził mu rozkosznie nieporadnie – Ruszam więc zamoczyć usta w tym znamienitym trunku, nie wątpiąc ani przez moment w najlepszość doboru kwiatów... eee.... tego no... bukietu oraz przypraw. – Ukłonił się tak, jak kłaniali się jarmarczni kuglarze, brakło tylko kapelusza, coby jakąś sześciopensówkę wrzucić, a następnie ruszył w głąb "sali".
Niedźwiedź w koszuli tańczył.
Wywinął się zatem w kierunku napitków i obiecanego grzańca, który był mu szalenie potrzebny, jeśli miał tu pozostać dłużej, oddychając tym samym powietrzem co przebrzmiała miłość i jej dawny, być może obecny partner. Bardzo intensywnie nie patrzył w ich stronę, nie chcąc wiedzieć jakie wrażenie wywarł na Norze. Każda odpowiedź byłaby bolesna. A przecież obiecał sobie, że czas iść naprzód. Obiecał sobie, że dowie się tego wieczora, ile znaczeń skrywała korespondencja, którą wymieniał w minionych tygodniach.
Jego trasę przecinała ława z Dorą rozmawiającą z tym łapserdakiem od trupich szczurów. Normalnie wyminąłby ich, udając, że wcale nie zauważył znajomych nieznajomych twarzy, ale diadem zobowiązywał.
– Dobrze widzieć w zdrowiu. – przystanął na moment w swobodnej dość pozie, jedną dłoń ukrywając w kieszeni spodni, drugą raz drapiąc się po przykrótkim jak na siebie zaroście.
– Jeśliby któryś z wzorów wpadł Ci w oko – powiedział już bezpośrednio do kobiety, wskazując oczami i brwiami rzeźbione talerze i kubki. – To daj mi znać... mmm... w ramach rekompensaty. – Ogród był już posprzątany, ale Sam czuł się zobowiązany. Nawet jeśli to nie była do końca jego wina, wszak klątwa działała poza udziałem woli. – A teraz wybaczcie, nie mogę dać podarkowi od Brenny wystygnąć... – już miał odchodzić, ale jeszcze dwoma palcami wskazał na swoje błękitne oczy, a potem jednym na Neila. "Obserwuje Cię" zdawał się mówić, dlaczego jednak tak było, nie zamierzał przy Dorze opowiadać.
Tylko zaGajał, nie chciał się nigdzie oSadzać, nigdzie uPolanniać. Czuł wypaloną dziurę w plecach i nie chciał się odwracać, nie chciał sprawdzać, czy to tylko jego pobożne życzenia. Potrzebował wina. Natychmiast. Dlatego w długich przysadzistych krokach dotarł do napitków i zgarnął dedykowany mu kufel. Ciekawe czy napełniał się sam po opróżnieniu?