15.02.2024, 12:34 ✶
— J-ja też go lubię. Ale... Z-zasługujesz na coś więcej. Taka prawda. — Wzruszył sztywno ramionami. — B-bez względu na to, czy ja ci to z-z-zapewnie, czy dojdziemy do tego r-r-razem. I chciałbym, żebyś mogła brać udział w takich imprezach. B-bo wiem, że to uwielbiasz, nawet jeśli k-k-kolacja z mugolskiej knajpy też ci poprawia h-humor — odparł, starając się jednak nie dać ponieść emocjom. Przynajmniej jeszcze nie. — A, no i... Trzymam cię za słowo, tak?
Utwór grany przez orkiestrę w końcu dobiegł końca i Lupin mógł przejść do kolejnej fazy planu. Zanim współorganizatorki zdołały wedrzeć się na parkiet, Cameron złapał Rudą za rękę i poprowadził ją w tylko sobie znanym kierunku. Zmierzając ku podwyższeniu, złożył naprędce ręce jak do modlitwy, odmawiając najbardziej podstawowe modły, jakie znał z okresu dzieciństwa. Wątpił, aby po wszystkich grzeszkach, jakie popełnił w ostatnich latach swojego życia, Matka Natura była skłonna udzielić mu łaski, jednak nie za bardzo wiedział, do kogo innego mógłby się zgłosić. Bądź co bądź, była głównym bóstwem czarodziejskiego panteonu i coś mu się od niej należało po tym, jak jej niełaska utrudniła mu wspinaczkę na majowe pale podczas Beltane.
Kątem oka widział skonfundowane twarze gości czających się na linii parkietu. Zerknął nerwowo w drugą stronę, ku kobietom, które zwróciły wcześniej uwagę na niego i Heather. Teraz wydawały się tkwić w jeszcze większym zdumieniu, gdy uświadomiły sobie, że niezaproszony gość zmierzał w kierunku sceny. Ich zdaniem pewnie był intruzem, tylko jeszcze nie wiedziały jakim: takim, który przyszedł się napić i nażreć za darmo, czy raczej jednym z tych, którzy mają w zwyczaju pozostawiać po swoich wizytach zieloną czaszkę na niebie. Na szczęście Cameron nie należał do tych drugich.
— Dzięki — odezwał się do kelnera, który go mijał i zgarnął z tacy pełny kieliszek szampana.
Ignorując wszelkie protesty, wskoczył na podium, czując, jak żołądek zawiązuje mu się na supeł. Nawet przez myśl mu nie przeszło, że byłby w stanie wylądować w takiej sytuacji. Jeśli roztaczał wcześniej podobne plany, to zazwyczaj bazował je na fantazjach, opowieściach innych ludzi z kolorowych szmatławców i powieści, jakich pełno było w londyńskich księgarniach. Nie zgadłby, że przyjdzie mu doświadczyć czegoś podobnego na własnej skórze.
Zaczął poruszać ustami, jednak nie był w stanie wydobyć z siebie głosu. Położył rękę na brzuchu i wziął kilka głębokich wdechów. Tylko nie puść teraz pawia, tylko nie puść teraz pawia, powtarzał sobie niczym mantrę, dopóki nie upewnił się, że do końca nie zepsuje tej... wiekopomnej chwili. Nie miał pojęcia, komu bardziej wryje się w pamięć: organizatorom, gościom, mediom, jemu czy Heather. Cameron przyłożył czubek różdżki do swojego gardła, wzmacniając siłe i donośność swojego głosu.
— Ekhm... P-panie i p-panowie? — zaczął niepewnie, testując siłę rzuconego zaklęcia. Wybałuszył oczy, gdy jego głos poniósł się echem ponad głowami gości, mknąc ku odległym korytarzom. A więc dlatego komentatorzy używali tych czarów podczas meczów quidditcha! To wiele wyjaśniało. — Mogę zająć wam momencik? To znaczy... No, w sumie nie macie większego wyboru. Skoro już zacząłem, to już równie dobrze mogę dokończyć, co nie?
Wyszczerzył zęby w uśmiechu, jednak goście zdecydowani nie przeszli vibe checku. Teraz było jednak za późno, aby się wycofać, a poza tym było to zbyt ważne, aby pozwolić bandzie czystokrwistych zepsuć mu resztę wieczoru, więc...
— N-nazywam się Cameron Lupin. Jestem s-stażystą w Szpitalu św. Munga w L-londynie.
Dopiero te słowa zdawały się przykuć uwagę pojedynczych osób na sali. Może uznali, że to nie zwykły gość zabiera głos, a reprezentant placówki medycznej? Dobrze, to mu da trochę więcej czasu.
— N-n-najprawdopodobniej mnie nie znacie. Nie jestem aż taki w-ważny. Przynajmniej nie teraz i nie dzisiaj. — Uśmiechnął się krzywo, unosząc nieśmiało kieliszek z szampanem mniej więcej na wysokość podbródka. — Ale na p-p-pewno znacie moją partnerkę. To H-heather Wood stoi... O właśnie t-tutaj! — Wskazał na najniższy stopień podwyższenia. — Ją to na pewno kojarzycie: g-gwiazda quidditcha, wielka brygadzistka M-ministerstwa Magii... N-bależą jej się wszelkie nagrody i oklaski za to, jak wywiązuje się ze swoich obowiązków. Serio. Jest n-niesamowita w tym, co robi i ma w d-d-departamencie świetny przykład. N-nienawidzę jej za to. — Zaśmiał się z własnego żartu. — Żartuję oczywiście. T-t-trochę przesadzam. Nie przepadam za jej pracą
Oderwał wzrok od bliżej nieokreślonego punktu i spojrzał prosto na Heather. Wszelkie oznaki stresu i zdenerwowania zeszły na drugi plan, bo w tym momencie... To ona była dla neigo najważniejsza. Poleciała mu pojedyncza łezka, której jednak niedane było nikomu zobaczyć. Uniósł kąciki ust w uspokajającym uśmiechu. To nie miała być kolejna pogadanka na temat tego, czemu powinna znaleźć sobie inną pracę.
— Pytacie dlaczego? — rzucił w tłum, chociaż nikt tak naprawdę nie zadał tego pytania. — Bo ja ją po prostu cholernie... K-kocham. Z głębi serca. W życiu bym nie zgadł, że w tym wieku będą czegoś tak bardzo pewny. L-ledwo wierzę w to, jak mało mam p-pieniędzy w skrytce G-gringotta po w-wypłacie. — Jego publiczność chyba zaczęła się rozkręcać, bo goście zaczęli przebijać się na przód i komentować między sobą. Chyba faktycznie doszło do nich, że na balu znalazła się słynna Heather Wood w towarzystwie swojego... narzeczonego? Męża? Czasopisma nie były pewne, więc czytelnicy też nie. — Ale tego jednego jestem pewny w stu procentach, w pewnej rozciągłości. H-heather to dziewczyna, z którą jestem g-gotowy spędzić resztę życia. A przynajmniej do czasu aż nie będzie miała mnie dosyć i się mnie nie pozbędzie.
No dalej, już jesteś blisko, dopingował się. Ręce zaczynały mu się trząść, jednak zdołał podnieść kieliszek z szampanem do ust. Wypił całą zawartość jednym haustem, odstawiając naczynie na ziemię. Zaczął zbliżać się do Heather krok po kroku, aż znalazł się na parkiecie, a potem... Przyklękł na jedno kolano i sięgnął do kieszeni po drobne zawiniątko. Brenna ostatnio pytała go w liście, czy ma problemy ze znalezieniem pierścionka.
Oczywiście, że miał. Był Lupinem. Jego brat ledwo zdołał uciułać na ten, który chciał przekazać swojej damie serca, a pracował w szpitalu od lat. Jak on miałby go nadgonić w tak krótkim czasie? Zamiast pierścionka wyjął... Drewnianą obrączkę z gustownymi rycinami. Gdyby Heather przyjrzała jej się z bliska, dostrzegłaby, że był to element balustrady schodów w rezydencji, w jakiej właśnie przebywali. Eh, tak to było, jak trzeba było wszystkie dotknąć na drodze na salę. Czy planował to od samego początku? Czy od początku zamierzał się oświadczyć jej w tych murach?
— H-heather — Uśmiechnął się do niej, kierując ku niej niepozorny ''pierścionek zaręczynowy''. — Nie tak to sobie wyobrażałem i ty pewnie też, ale p-prawdę mówiąc, nie jestem w stanie sobie wyobrazić lepszej chwili na ten moment, biorąc pod uwagę niesłychaną gościnność naszych drogich gospodarzy. — Nie ma to, jak zrobić sobie dupochron w czasie mowy zaręczynowej. — Myślę, że to jest to. Nie wiem, co nas czeka po drugiej stronie i jak długo będziemy żyć w spokoju, ale wiem, że to odpowiedni czas, żeby zadać tobie to jedno, najważniejsze pytanie... Heather Wood, czy zechcesz zostać moją ż-żoną... To znaczy n-narzeczoną! Narzeczoną! — Speszył się momentalnie. Robił to pierwszy raz i w gruncie rzeczy improwizował. — Ekhm... Czy uczynisz mi ten zaszczyt, moja droga?
Cała jego twarz się rozświetliła, gdy zbliżył się do niej z pierścionkiem. Nie tylko jego usta wykrzywiły się w uśmiechu, ale śmiały się jego policzki i oczy. Rodzina go zabije, że zrobił z tego takie przedstawienie i planował to zrobić nieco inaczej, jednak... To była ich chwila. Powinna cieszyć zarówno jego, jak i Heather. A Ruda nie byłaby sobą, gdyby nie podzieliła się swoim największym szczęściem z resztą społeczności.
Utwór grany przez orkiestrę w końcu dobiegł końca i Lupin mógł przejść do kolejnej fazy planu. Zanim współorganizatorki zdołały wedrzeć się na parkiet, Cameron złapał Rudą za rękę i poprowadził ją w tylko sobie znanym kierunku. Zmierzając ku podwyższeniu, złożył naprędce ręce jak do modlitwy, odmawiając najbardziej podstawowe modły, jakie znał z okresu dzieciństwa. Wątpił, aby po wszystkich grzeszkach, jakie popełnił w ostatnich latach swojego życia, Matka Natura była skłonna udzielić mu łaski, jednak nie za bardzo wiedział, do kogo innego mógłby się zgłosić. Bądź co bądź, była głównym bóstwem czarodziejskiego panteonu i coś mu się od niej należało po tym, jak jej niełaska utrudniła mu wspinaczkę na majowe pale podczas Beltane.
Kątem oka widział skonfundowane twarze gości czających się na linii parkietu. Zerknął nerwowo w drugą stronę, ku kobietom, które zwróciły wcześniej uwagę na niego i Heather. Teraz wydawały się tkwić w jeszcze większym zdumieniu, gdy uświadomiły sobie, że niezaproszony gość zmierzał w kierunku sceny. Ich zdaniem pewnie był intruzem, tylko jeszcze nie wiedziały jakim: takim, który przyszedł się napić i nażreć za darmo, czy raczej jednym z tych, którzy mają w zwyczaju pozostawiać po swoich wizytach zieloną czaszkę na niebie. Na szczęście Cameron nie należał do tych drugich.
— Dzięki — odezwał się do kelnera, który go mijał i zgarnął z tacy pełny kieliszek szampana.
Ignorując wszelkie protesty, wskoczył na podium, czując, jak żołądek zawiązuje mu się na supeł. Nawet przez myśl mu nie przeszło, że byłby w stanie wylądować w takiej sytuacji. Jeśli roztaczał wcześniej podobne plany, to zazwyczaj bazował je na fantazjach, opowieściach innych ludzi z kolorowych szmatławców i powieści, jakich pełno było w londyńskich księgarniach. Nie zgadłby, że przyjdzie mu doświadczyć czegoś podobnego na własnej skórze.
Zaczął poruszać ustami, jednak nie był w stanie wydobyć z siebie głosu. Położył rękę na brzuchu i wziął kilka głębokich wdechów. Tylko nie puść teraz pawia, tylko nie puść teraz pawia, powtarzał sobie niczym mantrę, dopóki nie upewnił się, że do końca nie zepsuje tej... wiekopomnej chwili. Nie miał pojęcia, komu bardziej wryje się w pamięć: organizatorom, gościom, mediom, jemu czy Heather. Cameron przyłożył czubek różdżki do swojego gardła, wzmacniając siłe i donośność swojego głosu.
— Ekhm... P-panie i p-panowie? — zaczął niepewnie, testując siłę rzuconego zaklęcia. Wybałuszył oczy, gdy jego głos poniósł się echem ponad głowami gości, mknąc ku odległym korytarzom. A więc dlatego komentatorzy używali tych czarów podczas meczów quidditcha! To wiele wyjaśniało. — Mogę zająć wam momencik? To znaczy... No, w sumie nie macie większego wyboru. Skoro już zacząłem, to już równie dobrze mogę dokończyć, co nie?
Wyszczerzył zęby w uśmiechu, jednak goście zdecydowani nie przeszli vibe checku. Teraz było jednak za późno, aby się wycofać, a poza tym było to zbyt ważne, aby pozwolić bandzie czystokrwistych zepsuć mu resztę wieczoru, więc...
— N-nazywam się Cameron Lupin. Jestem s-stażystą w Szpitalu św. Munga w L-londynie.
Dopiero te słowa zdawały się przykuć uwagę pojedynczych osób na sali. Może uznali, że to nie zwykły gość zabiera głos, a reprezentant placówki medycznej? Dobrze, to mu da trochę więcej czasu.
— N-n-najprawdopodobniej mnie nie znacie. Nie jestem aż taki w-ważny. Przynajmniej nie teraz i nie dzisiaj. — Uśmiechnął się krzywo, unosząc nieśmiało kieliszek z szampanem mniej więcej na wysokość podbródka. — Ale na p-p-pewno znacie moją partnerkę. To H-heather Wood stoi... O właśnie t-tutaj! — Wskazał na najniższy stopień podwyższenia. — Ją to na pewno kojarzycie: g-gwiazda quidditcha, wielka brygadzistka M-ministerstwa Magii... N-bależą jej się wszelkie nagrody i oklaski za to, jak wywiązuje się ze swoich obowiązków. Serio. Jest n-niesamowita w tym, co robi i ma w d-d-departamencie świetny przykład. N-nienawidzę jej za to. — Zaśmiał się z własnego żartu. — Żartuję oczywiście. T-t-trochę przesadzam. Nie przepadam za jej pracą
Oderwał wzrok od bliżej nieokreślonego punktu i spojrzał prosto na Heather. Wszelkie oznaki stresu i zdenerwowania zeszły na drugi plan, bo w tym momencie... To ona była dla neigo najważniejsza. Poleciała mu pojedyncza łezka, której jednak niedane było nikomu zobaczyć. Uniósł kąciki ust w uspokajającym uśmiechu. To nie miała być kolejna pogadanka na temat tego, czemu powinna znaleźć sobie inną pracę.
— Pytacie dlaczego? — rzucił w tłum, chociaż nikt tak naprawdę nie zadał tego pytania. — Bo ja ją po prostu cholernie... K-kocham. Z głębi serca. W życiu bym nie zgadł, że w tym wieku będą czegoś tak bardzo pewny. L-ledwo wierzę w to, jak mało mam p-pieniędzy w skrytce G-gringotta po w-wypłacie. — Jego publiczność chyba zaczęła się rozkręcać, bo goście zaczęli przebijać się na przód i komentować między sobą. Chyba faktycznie doszło do nich, że na balu znalazła się słynna Heather Wood w towarzystwie swojego... narzeczonego? Męża? Czasopisma nie były pewne, więc czytelnicy też nie. — Ale tego jednego jestem pewny w stu procentach, w pewnej rozciągłości. H-heather to dziewczyna, z którą jestem g-gotowy spędzić resztę życia. A przynajmniej do czasu aż nie będzie miała mnie dosyć i się mnie nie pozbędzie.
No dalej, już jesteś blisko, dopingował się. Ręce zaczynały mu się trząść, jednak zdołał podnieść kieliszek z szampanem do ust. Wypił całą zawartość jednym haustem, odstawiając naczynie na ziemię. Zaczął zbliżać się do Heather krok po kroku, aż znalazł się na parkiecie, a potem... Przyklękł na jedno kolano i sięgnął do kieszeni po drobne zawiniątko. Brenna ostatnio pytała go w liście, czy ma problemy ze znalezieniem pierścionka.
Oczywiście, że miał. Był Lupinem. Jego brat ledwo zdołał uciułać na ten, który chciał przekazać swojej damie serca, a pracował w szpitalu od lat. Jak on miałby go nadgonić w tak krótkim czasie? Zamiast pierścionka wyjął... Drewnianą obrączkę z gustownymi rycinami. Gdyby Heather przyjrzała jej się z bliska, dostrzegłaby, że był to element balustrady schodów w rezydencji, w jakiej właśnie przebywali. Eh, tak to było, jak trzeba było wszystkie dotknąć na drodze na salę. Czy planował to od samego początku? Czy od początku zamierzał się oświadczyć jej w tych murach?
— H-heather — Uśmiechnął się do niej, kierując ku niej niepozorny ''pierścionek zaręczynowy''. — Nie tak to sobie wyobrażałem i ty pewnie też, ale p-prawdę mówiąc, nie jestem w stanie sobie wyobrazić lepszej chwili na ten moment, biorąc pod uwagę niesłychaną gościnność naszych drogich gospodarzy. — Nie ma to, jak zrobić sobie dupochron w czasie mowy zaręczynowej. — Myślę, że to jest to. Nie wiem, co nas czeka po drugiej stronie i jak długo będziemy żyć w spokoju, ale wiem, że to odpowiedni czas, żeby zadać tobie to jedno, najważniejsze pytanie... Heather Wood, czy zechcesz zostać moją ż-żoną... To znaczy n-narzeczoną! Narzeczoną! — Speszył się momentalnie. Robił to pierwszy raz i w gruncie rzeczy improwizował. — Ekhm... Czy uczynisz mi ten zaszczyt, moja droga?
Cała jego twarz się rozświetliła, gdy zbliżył się do niej z pierścionkiem. Nie tylko jego usta wykrzywiły się w uśmiechu, ale śmiały się jego policzki i oczy. Rodzina go zabije, że zrobił z tego takie przedstawienie i planował to zrobić nieco inaczej, jednak... To była ich chwila. Powinna cieszyć zarówno jego, jak i Heather. A Ruda nie byłaby sobą, gdyby nie podzieliła się swoim największym szczęściem z resztą społeczności.