Effie podchodzi do Neila i Menodory.
Gdzieś pomiędzy miałkimi spojrzeniami uchodzącymi z błękitu tęczówek, nerwowego odgarniania złocistych loków opadających falą po ramionach i plecach, przygładzania sukienki, w którą odziała ją Brenna – Effie w końcu nie posiadała wyjściowych szat, na ogół ubrana jak elf, który uciekł z leśnych odmętów – rozglądnęła się po wnętrzu. Weszła krokiem spokojnym, zupełnie nieprzystającym jej burzliwej, radosnej osobowości, dłonie zaciskając na materiale sukienki. Gdzieś wewnątrz rozlegały swoje poły myśli wszelakie i niepewność, która przecież tak dosadnie jej nie pasowała. Posłała jeden z urokliwych uśmiechów Brennie, zupełnie jakby emocje grające w niej nie były tak buńczucznie nieposkładane i nieposłuszne.
Czy Billy miał zamiar się pojawić? Och, na bogów, oby – nie wystroiła się przecież tak wyłącznie dla siebie. Szminka jawiąca się czerwienią, wyglądała na niej bardziej karykaturalnie, aniżeli dostojnie – została jednak zapewniona, że ten odcień szkarłatu idealnie podkreśli jej rumiane policzki i piegi okraszające pajęczynką nos. Miała prezentować się ładnie, ale nieprzesadnie – definitywnie w tej odsłonie nie była widywana; można było wręcz stwierdzić, że zaistniała jako zgoła inna osoba. Nie wyglądała jak Effimery na rozciągłości codzienności, nie wyglądała nawet jak Effimery widywana rzadziej. Była przerysowaną wersją siebie, jednak w żaden sposób jej to nie ujmowało przecież.
Chciała być ładna i chciała być jak te bogate panny.
Uniosła dłoń do Alastora, gdy dostrzegła go ponad ciżbą ludzi i już miała kierować ku niemu swoje kroki, gdy jej oczom rzuciła się czupryna Meandory.
Wcześniej jednak, zechciała wylosować jeden z upominków – a wierząc we wszelkie łuty przeznaczenia, spodziewała się czegoś, co będzie mogła przeanalizować; w końcu co nie było zapisane w odmętach gwiazd?
Obracając w dłoniach prezent, ruszyła wreszcie ku niej, dostrzegając także w jej towarzystwie nieznajomego mężczyznę. Speszona odrobinę, nie chcąc wcinać się w konwersację, podeszła jednak do siedzącej Dory, układając dłonie na jej barkach, a podbródek na czubku głowy.
– Dzień dobry, kochana! – zaczęła jowialnie, po chwili jednak przeniosła wzrok na Neila.
– Dzień dobry, nieznajomy! – rzuciła z jeszcze większą emfazą, aby po chwili wyciągnąć ku niemu dłoń. – Effimery – przestawiła się, oblewając dziecięcym rumieńcem.
Uśmiech naturalny niej samej prędko rozlał się na obliczu, gdy odgarniała za ucho nieposłuszny kosmyk loków.
– Och, Morpheus! Bardzo miło cię widzieć – rzuciła, przyklejając się prędko do jego ramienia, tak jakby znali się od podszewki, a przecież kojarzyli się jedynie mikro z widzenia. – Chętnie się czegoś napiję – dodała po chwili, przybierając na wargi nader urokliwy, rozbrajająco szczery uśmiech.
!prezentgodryka