15.02.2024, 14:47 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 15.03.2024, 12:29 przez Florence Bulstrode.)
Nie zwracajcie na Flo uwagi, chyba że potrzebujecie towarzystwa, bo za dużo osób wszędzie indziej, wprowadzam ją w tle i sadzam z boku, wyłącznie na wypadek, gdyby kimś trzeba było się zająć
Tańce w stodole nie brzmiały jak coś w stylu Florence Bulstrode. Właściwie na pewno nie były w jej stylu - jeżeli w ogóle tańczyła, to na balach i ważnych przyjęciach, na których bywała głównie ze względów na rodzinę albo bo wypadało. To nie tak, że nie lubiła tańczyć, bo nie miała nic przeciwko temu, ale też nigdy nie należała do osób, które szczególnie ciągnęłoby do tego typu form rozrywki. Nigdy nie była też szczególnie towarzyska: nie była może skrajną samotnicą, ale lubiła przebywać przy rodzinie i przy najbliższych przyjaciołach, a tutaj znała zaledwie pojedyncze osoby. I przynajmniej podejrzewała, że większość tych osób była zamieszana w w pewne sprawy – może im mniej o sobie będą wiedzieć, tym lepiej? Ale z drugiej strony, czy nie dobrze byłoby mieć przynajmniej ogólny podgląd sytuacji? Zwłaszcza, że to ostatecznie nie było żadne wyjątkowo tajne spotkanie spiskowców, bo gdyby tak było, zachowywano by zapewne większą dyskrecję. Wahała się więc, czy w ogóle przychodzić.
Była dość bliska zrezygnowania. Zrobiła się trochę podejrzliwa, kiedy o to przyjęcie zapytał ją brat. A jeszcze bardziej, kiedy usłyszała, że jej „wujek”, w rzeczywistości młodszy od niej o rok, także ma ten wieczór zajęty. Może to dlatego ostatecznie zdecydowała, że owszem, wpadnie. Rozejrzy się i najwyżej wyjdzie wcześniej, a w gruncie rzeczy z doświadczenia wiedziała, że na każdej zabawie czarodziejów prędzej czy później potrzebny jest medyk. Komuś nie wyjdzie jakiś czar, ktoś źle zmiesza magiczne drinki, a jeżeli po pomieszczeniu kręcą się potomkowie Prewettów, wzrasta także szansa na przypadkowo połamania nosów. Pojawiła się więc w końcu, ubrana w dość prostą sukienkę, utrzymaną w stonowanej tonacji, bardzo typową dla Florence - czyli pozbawioną zbędnych ozdób, nie rzucającą się jakoś w oczy, za to wykonaną z wysokiej jakości materiałów. I rzecz jasna dobrze dobraną i do butów, i do torebki.
Gdy stanęła na progu i odkryła, że stodoła wcale nie jest taką zwykłą stodołą, była zaskoczona – i nie umiała zdecydować, czy pozytywnie, czy negatywnie. Nie wyobrażała sobie jednak za bardzo samej w otoczeniu siana, ostatecznie więc zdecydowała, że woli takie klimaty niż typowo wiejskie tańce. Gdy podetknięto jej koszyk, sięgnęła do niego odruchowo, a potem udała się do jednego ze stołów nieco na uboczu.
!prezentgodryka

Tańce w stodole nie brzmiały jak coś w stylu Florence Bulstrode. Właściwie na pewno nie były w jej stylu - jeżeli w ogóle tańczyła, to na balach i ważnych przyjęciach, na których bywała głównie ze względów na rodzinę albo bo wypadało. To nie tak, że nie lubiła tańczyć, bo nie miała nic przeciwko temu, ale też nigdy nie należała do osób, które szczególnie ciągnęłoby do tego typu form rozrywki. Nigdy nie była też szczególnie towarzyska: nie była może skrajną samotnicą, ale lubiła przebywać przy rodzinie i przy najbliższych przyjaciołach, a tutaj znała zaledwie pojedyncze osoby. I przynajmniej podejrzewała, że większość tych osób była zamieszana w w pewne sprawy – może im mniej o sobie będą wiedzieć, tym lepiej? Ale z drugiej strony, czy nie dobrze byłoby mieć przynajmniej ogólny podgląd sytuacji? Zwłaszcza, że to ostatecznie nie było żadne wyjątkowo tajne spotkanie spiskowców, bo gdyby tak było, zachowywano by zapewne większą dyskrecję. Wahała się więc, czy w ogóle przychodzić.
Była dość bliska zrezygnowania. Zrobiła się trochę podejrzliwa, kiedy o to przyjęcie zapytał ją brat. A jeszcze bardziej, kiedy usłyszała, że jej „wujek”, w rzeczywistości młodszy od niej o rok, także ma ten wieczór zajęty. Może to dlatego ostatecznie zdecydowała, że owszem, wpadnie. Rozejrzy się i najwyżej wyjdzie wcześniej, a w gruncie rzeczy z doświadczenia wiedziała, że na każdej zabawie czarodziejów prędzej czy później potrzebny jest medyk. Komuś nie wyjdzie jakiś czar, ktoś źle zmiesza magiczne drinki, a jeżeli po pomieszczeniu kręcą się potomkowie Prewettów, wzrasta także szansa na przypadkowo połamania nosów. Pojawiła się więc w końcu, ubrana w dość prostą sukienkę, utrzymaną w stonowanej tonacji, bardzo typową dla Florence - czyli pozbawioną zbędnych ozdób, nie rzucającą się jakoś w oczy, za to wykonaną z wysokiej jakości materiałów. I rzecz jasna dobrze dobraną i do butów, i do torebki.
Gdy stanęła na progu i odkryła, że stodoła wcale nie jest taką zwykłą stodołą, była zaskoczona – i nie umiała zdecydować, czy pozytywnie, czy negatywnie. Nie wyobrażała sobie jednak za bardzo samej w otoczeniu siana, ostatecznie więc zdecydowała, że woli takie klimaty niż typowo wiejskie tańce. Gdy podetknięto jej koszyk, sięgnęła do niego odruchowo, a potem udała się do jednego ze stołów nieco na uboczu.
!prezentgodryka