15.02.2024, 22:29 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 16.02.2024, 09:45 przez Brenna Longbottom.)
grzecznie idę z Vincem na parkiet
*
Nie miało znaczenia, jak paskudnie się uśmiechał. Dla Brenny Vincent zawsze wyglądał jak przyjaciel, nawet jeśli akurat komuś groził albo gdy krwawił z nosa, bo straciła do niego cierpliwość i mu przywaliła, tak poza treningiem, tylko dlatego, że zasłużył. Co pewnie przez te kilkanaście lat ze dwa czy trzy razy się zdarzyło. Jasne, była świadoma, że ktoś może zamrugać że zdziwieniem, że do tańca prosi akurat ją ktoś, kto uchodzi za porywczego, niemiłego dla ludzi, podrywacza w dodatku, i jeszcze dla zorientowanych był człowiekiem powiązanym z przestępczym światem. Mało kto wiedział, że się przyjaźnili, zwłaszcza że Vincent nie był skory do chwalenia się tym swojej rodzinie.
Ale teraz połowa ludzi w tym miejscu była w Zakonie, a skoro on chciał do niego dołączyć i planował iść z nimi na wyspę pełną mroku, musieli go poznać, przywyknąć, że będzie kręcił się w pobliżu i wręcz powinni wiedzieć, że znała go od lat.
– No weź, nie znasz mnie? Zaczęłam zabawę już dobry kwadrans temu, bo przecież mam tutaj jedzenie, z jedzeniem człowiek najlepiej się bawi – oświadczyła, ale odłożyła ledwo nadgryzione jabłko, ani myśląc się wymigiwać. Nigdy nie miała problemu z tańcem, i chociaż na większości przyjęć i balów na pewno nie była najbardziej rozchwytywaną partnerką do tańca, to i rzadko podpierała ścianę przez całą zabawę, zawsze tańcząc dwa czy trzy raz z krewnymi albo przyjaciółmi. Nie było zresztą nikogo na tej sali, komu tańca mogłaby odmówić – w końcu nie zaplątał się na nią żaden Borgin. (Nie, że któremuś wpadłoby to do głowy, taki Stanley przecież prędzej zaprosiłby do tańca sklątkę tylanowybuchową.)
– I nawet nie trzeba cię na parkiet wpychać przemocą, Sherwood? Przyznaj, wypiłeś już magiczne drinki, co? – spytała, zsuwając się z blatu. Bo przecież w przeciwieństwie do niej on może i tańczyć potrafił, ale nie za bardzo to lubił, przynajmniej nie na balach. Z drugiej strony to nie był bal. – Niektóre z nich powinny ci się spodobać, ale nie mieli niestety takiego, od którego się mądrzeje. Wylosowałeś sobie prezent? Jak nie, powinieneś koniecznie to zrobić. Mój kolega wyciągnął diadem i przed chwilą pomagałam mu go założyć, tobie taki totalnie pasowałby do tej fryzury. Twój brat podobno ma tron, ty możesz mieć diadem – paplała po swojemu, idąc w stronę parkietu i oczywiście rozglądając się jeszcze po drodze, czy nic na pewno nie wymagało szybkiej interwencji, a potem wraz z nim weszła na powierzchnię ciemnego jeziora.
*
Nie miało znaczenia, jak paskudnie się uśmiechał. Dla Brenny Vincent zawsze wyglądał jak przyjaciel, nawet jeśli akurat komuś groził albo gdy krwawił z nosa, bo straciła do niego cierpliwość i mu przywaliła, tak poza treningiem, tylko dlatego, że zasłużył. Co pewnie przez te kilkanaście lat ze dwa czy trzy razy się zdarzyło. Jasne, była świadoma, że ktoś może zamrugać że zdziwieniem, że do tańca prosi akurat ją ktoś, kto uchodzi za porywczego, niemiłego dla ludzi, podrywacza w dodatku, i jeszcze dla zorientowanych był człowiekiem powiązanym z przestępczym światem. Mało kto wiedział, że się przyjaźnili, zwłaszcza że Vincent nie był skory do chwalenia się tym swojej rodzinie.
Ale teraz połowa ludzi w tym miejscu była w Zakonie, a skoro on chciał do niego dołączyć i planował iść z nimi na wyspę pełną mroku, musieli go poznać, przywyknąć, że będzie kręcił się w pobliżu i wręcz powinni wiedzieć, że znała go od lat.
– No weź, nie znasz mnie? Zaczęłam zabawę już dobry kwadrans temu, bo przecież mam tutaj jedzenie, z jedzeniem człowiek najlepiej się bawi – oświadczyła, ale odłożyła ledwo nadgryzione jabłko, ani myśląc się wymigiwać. Nigdy nie miała problemu z tańcem, i chociaż na większości przyjęć i balów na pewno nie była najbardziej rozchwytywaną partnerką do tańca, to i rzadko podpierała ścianę przez całą zabawę, zawsze tańcząc dwa czy trzy raz z krewnymi albo przyjaciółmi. Nie było zresztą nikogo na tej sali, komu tańca mogłaby odmówić – w końcu nie zaplątał się na nią żaden Borgin. (Nie, że któremuś wpadłoby to do głowy, taki Stanley przecież prędzej zaprosiłby do tańca sklątkę tylanowybuchową.)
– I nawet nie trzeba cię na parkiet wpychać przemocą, Sherwood? Przyznaj, wypiłeś już magiczne drinki, co? – spytała, zsuwając się z blatu. Bo przecież w przeciwieństwie do niej on może i tańczyć potrafił, ale nie za bardzo to lubił, przynajmniej nie na balach. Z drugiej strony to nie był bal. – Niektóre z nich powinny ci się spodobać, ale nie mieli niestety takiego, od którego się mądrzeje. Wylosowałeś sobie prezent? Jak nie, powinieneś koniecznie to zrobić. Mój kolega wyciągnął diadem i przed chwilą pomagałam mu go założyć, tobie taki totalnie pasowałby do tej fryzury. Twój brat podobno ma tron, ty możesz mieć diadem – paplała po swojemu, idąc w stronę parkietu i oczywiście rozglądając się jeszcze po drodze, czy nic na pewno nie wymagało szybkiej interwencji, a potem wraz z nim weszła na powierzchnię ciemnego jeziora.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.