Zmierzch | Leśna Polana
Było już późno, ale nie zraziło mnie to przed zorganizowaniem nam randki. Może i oficjalnie nigdy nie byliśmy w związku, ale czułam, że potrzebowaliśmy chwili wytchnienia, więc nic nie szkodziło nam wsiąść na mój motocykl i wybrać się na leśną polanę, aby spędzić tam razem czas. Miałam nadzieję, że Astaroth był w dobrym nastroju i nie czuł się wkurzony tym, że zmusiłam go do wybrania się ze mną na ten wypad. Potrzebowałam z nim spędzić czas trochę inaczej niż na dawaniu mu swojej krwi. Nie żebym narzekała, ale czasami to nie było przyjemne, więc chwila wytchnienia była nam teraz potrzebna. Na niebie świeciły gwiazdy, czasami po nim przesunęły się leniwie chmury, bo mimo wszystko nadal byliśmy w nieszczęsnej Anglii, a tu pogoda zmieniała się jak humor zgorzkniałej babuszki.
W końcu zaparkowałam na leśnym miejscu do zostawiania pojazdów, zakluczyłam i wyjęłam z mini bagażnika torbę, w której miałam kocyk i trochę jedzenia (dla mnie oczywiście). Spojrzała na Yaxleya mrużąc oczy i przyglądając się mu uważniej. Był w tym miejscu jeszcze bardziej bledszy niż w domu. Westchnęła ciężko i złapałam jego zimną dłoń. Mój przyjaciel trup, którego kochałam. To jak jagnię zakochane w lwie, nie? Nie mówiłam takich rzeczy głośno, bo bałam się, że to zepsuje nasz układ, że on nie będzie chciał już przebywać w moim otoczeniu. W końcu ja miałam się zestarzeć, a on już był martwy, więc nigdy nie umrze. Patos!
– Na co masz ochotę? – zapytałam zerkając na niego z ukosa. – Chwilę posiedzimy na polanie, a potem pójdziemy do pubu, co? Mam ochotę na dobre piwo – wymruczałam z zadowoleniem wspinając się po dzikiej ścieżce w głąb lasu.