15.02.2024, 23:36 ✶
rozmawiam z Morpheusem, Neilem, Effie i zagadałam do Sama jak się obok nas przewinął
- W sumie racja, zabawa dopiero się rozpoczyna. Ale może się gdzieś kręcą - wzruszyła lekko ramionami, wciąż uśmiechając się do Neila delikatnie. - To było tak dawno temu... jestem pewna, że nie taka była intencja tej pozytywki - w kącikach ust pojawiło się zakłopotanie. - Kiedy tak patrzyłam na nie wcześniej, kojarzyły się trochę z Beltane. Pomijając oczywiście, to co się stało, ale... dobrze może nie Beltane, ale ogólnie z sabatami i tańczeniem przy ogniskach. Z magią ogień wcale nie musi robić nam krzywdy, a symbolizować oczyszczenie i odrodzenie.
Upiła łyk z trzymanej szklanki, kiedy jej spojrzenie przyciągnęła sylwetka, która zawisła nad nimi w pewnym momencie. Oczy powoli wspięły się do twarzy, a kiedy Menodora rozpoznała w niej McGonagalla, którego przecież jeszcze nie tak dawno przyłapała w swoim ogródku, posłała mu promienny uśmiech.
- Samuelu, ciebie również - zaćwierkała wesoło, przyglądając się w szczególności diademowi, który zwieńczał jego głowę. - Do twarzy ci w tym diademie. Wyglądasz jak książę tego całego lasu! - oznajmiła z przejęciem. Miała ochotę mianować go królem, ale królowie chyba zwykle chodzili w pełnoprawnych koronach. Przynajmniej tak twierdziły niezliczone bajki na ten temat. - Oh, wszystkie są takie piękne. Za każdym razem kiedy na nie patrzę, na nowo jestem pod wrażeniem. Widziałam taki jeden, z płożącą się po obrębie winoroślą i jeśli naprawdę to nie byłby problem to... - Dora zarumieniła się lekko. Prawdę powiedziawszy to była gotowa zapłacić nawet z własnej sakiewki, bo wydarzenia sprzed paru dni dawno już puściła w niepamięć, albo też zwyczajnie przez moment nawet nie uważała ich za coś, co wymagało jakiejkolwiek rekompensaty. - Smacznego! - rzuciła jeszcze na odchodnym, cicho chichocząc, kiedy zobaczyła jak posyła Neilowi ostrzegawczy gest.
- Lepiej nie, napracowałyśmy się z Brenną bardzo, żeby wyglądały jak trzeba - zaśmiała się do Enfera, wyraźnie biorąc jego słowa za zaledwie żart, który nie ma większego poparcia. Chyba głównie dlatego, że absolutnie nie była w stanie wyobrazić sobie, że ktoś faktycznie próbuje im te krzaki zwyczajnie powyrywać, kiedy inni bawili się na parkiecie, albo zajmowali się tym, co oferowały uginające się od jedzenia i picia stoliki.
- Morpheus! - rzuciła radośnie, odstawiając swoją szklankę na pobliski stolik i przylegając do boku mężczyzny w mocnym uścisku. Parę godzin wystarczało, bo nie widziała niczego dziwnego w tym, by przywitać się z nim na nowo, ale coś było w tym jak chętnie to robiła. Lata historii, które wyznaczał rytm borginowych spotkań i strach, że znowu kogoś straci. Jakby każde przywitanie było jednocześnie nacechowane z jej strony ulgą. - Effie, jak cudowanie cię widzieć - obskoczyła też zaraz przyjaciółkę, ściskając ją, a potem łapiąc za ręce, ściskając jej dłonie. - Bez przesady, nie jestem chyba aż taka straszna... ważne, żeby dalej rosły sobie spokojnie. Ale powinniście uważać, bo mam wrażenie, że dzieje się tam coś dziwnego. Chyba dzisiaj rano coś, co nie powinno się ruszać, umyślnie złapało mnie za rękę. - ostrzegła zarówno Longbottoma, jak i Neila, który podobno też do jej zielnika zaglądał. - Ja też chętnie się czegoś napiję dla towarzystwa. - rzuciła jeszcze do Morpheusa, zanim jej spojrzenie znowu zogniskowało się na Trelawney. - Co ładnego wylosowałaś? Bo podeszłaś do koszyka, prawda?
- W sumie racja, zabawa dopiero się rozpoczyna. Ale może się gdzieś kręcą - wzruszyła lekko ramionami, wciąż uśmiechając się do Neila delikatnie. - To było tak dawno temu... jestem pewna, że nie taka była intencja tej pozytywki - w kącikach ust pojawiło się zakłopotanie. - Kiedy tak patrzyłam na nie wcześniej, kojarzyły się trochę z Beltane. Pomijając oczywiście, to co się stało, ale... dobrze może nie Beltane, ale ogólnie z sabatami i tańczeniem przy ogniskach. Z magią ogień wcale nie musi robić nam krzywdy, a symbolizować oczyszczenie i odrodzenie.
Upiła łyk z trzymanej szklanki, kiedy jej spojrzenie przyciągnęła sylwetka, która zawisła nad nimi w pewnym momencie. Oczy powoli wspięły się do twarzy, a kiedy Menodora rozpoznała w niej McGonagalla, którego przecież jeszcze nie tak dawno przyłapała w swoim ogródku, posłała mu promienny uśmiech.
- Samuelu, ciebie również - zaćwierkała wesoło, przyglądając się w szczególności diademowi, który zwieńczał jego głowę. - Do twarzy ci w tym diademie. Wyglądasz jak książę tego całego lasu! - oznajmiła z przejęciem. Miała ochotę mianować go królem, ale królowie chyba zwykle chodzili w pełnoprawnych koronach. Przynajmniej tak twierdziły niezliczone bajki na ten temat. - Oh, wszystkie są takie piękne. Za każdym razem kiedy na nie patrzę, na nowo jestem pod wrażeniem. Widziałam taki jeden, z płożącą się po obrębie winoroślą i jeśli naprawdę to nie byłby problem to... - Dora zarumieniła się lekko. Prawdę powiedziawszy to była gotowa zapłacić nawet z własnej sakiewki, bo wydarzenia sprzed paru dni dawno już puściła w niepamięć, albo też zwyczajnie przez moment nawet nie uważała ich za coś, co wymagało jakiejkolwiek rekompensaty. - Smacznego! - rzuciła jeszcze na odchodnym, cicho chichocząc, kiedy zobaczyła jak posyła Neilowi ostrzegawczy gest.
- Lepiej nie, napracowałyśmy się z Brenną bardzo, żeby wyglądały jak trzeba - zaśmiała się do Enfera, wyraźnie biorąc jego słowa za zaledwie żart, który nie ma większego poparcia. Chyba głównie dlatego, że absolutnie nie była w stanie wyobrazić sobie, że ktoś faktycznie próbuje im te krzaki zwyczajnie powyrywać, kiedy inni bawili się na parkiecie, albo zajmowali się tym, co oferowały uginające się od jedzenia i picia stoliki.
- Morpheus! - rzuciła radośnie, odstawiając swoją szklankę na pobliski stolik i przylegając do boku mężczyzny w mocnym uścisku. Parę godzin wystarczało, bo nie widziała niczego dziwnego w tym, by przywitać się z nim na nowo, ale coś było w tym jak chętnie to robiła. Lata historii, które wyznaczał rytm borginowych spotkań i strach, że znowu kogoś straci. Jakby każde przywitanie było jednocześnie nacechowane z jej strony ulgą. - Effie, jak cudowanie cię widzieć - obskoczyła też zaraz przyjaciółkę, ściskając ją, a potem łapiąc za ręce, ściskając jej dłonie. - Bez przesady, nie jestem chyba aż taka straszna... ważne, żeby dalej rosły sobie spokojnie. Ale powinniście uważać, bo mam wrażenie, że dzieje się tam coś dziwnego. Chyba dzisiaj rano coś, co nie powinno się ruszać, umyślnie złapało mnie za rękę. - ostrzegła zarówno Longbottoma, jak i Neila, który podobno też do jej zielnika zaglądał. - Ja też chętnie się czegoś napiję dla towarzystwa. - rzuciła jeszcze do Morpheusa, zanim jej spojrzenie znowu zogniskowało się na Trelawney. - Co ładnego wylosowałaś? Bo podeszłaś do koszyka, prawda?
The woods are lovely, dark and deep,
But I have promises to keep,
And miles to go before I sleep.
But I have promises to keep,
And miles to go before I sleep.