16.02.2024, 00:01 ✶
– Logika nie może być pokręcona, mój drogi braciszku, ty po prostu nie nadążasz za równaniem – powiedziała żartobliwym tonem i dźgnęła go lekko palcem w ramię, zanim wróciła do ostrożnego przesypywania malin na niewielkie miseczki. – Hm, ma sławne nazwisko, ale on sam chyba raczej rzadko trafia na okładki gazet?
Może przy okazji szybkiego rozwodu i szybkiego ślubu, ale Brenna niezbyt widziała reporterów czających się na Perseusa Blacka pod stodołą w Dolinie Godryka. Chyba spośród gości tylko Erik był ostatnio na tyle popularny, aby przyciągać taką uwagę, zwłaszcza po tym, jak został drugim z kolei najpopularniejszym kawalerem w Wielkiej Brytanii… (Pewnie dziennikarze mogliby zainteresować Atreusem, ale akurat o tym, że jego zaproszono, Brenna nie miała pojęcia…)
– Nie ma w tym ani słowa prawdy – oświadczyła wyzywająco, spoglądając na Erika z uśmiechem, błąkającym się po ustach. Czy sytuacja Charliego ją bawiła? Ani trochę. Współczuła mu z całego serca, chciała pomóc na tyle, na ile potrafiła, odnaleźć się w nowej sytuacji i wyjść z żałoby, czuła się za niego odpowiedzialna i pragnęła, by był bezpieczny. Podejrzewała, że dziś nie zechce tu przyjść – nie, skoro Heather i Cameron byli już umówieni gdzieś indziej – i tylko martwiła się trochę bardziej. Ale nie mogła wciąż zachowywać powagi: ktoś musiał czasem żartować w tej paskudnej, wojennej rzeczywistości, kiedy tylko było to możliwe. – W końcu nosi nazwisko Fitzpatrick. Dużo ładniejsze niż nasze.
Chociaż tak naprawdę chodziło raczej o to, że czystą linię Longbottomów za łatwo było prześledzić.
– Jakieś dziesięć lat – przyznała Brenna, wracając do rozstawiana na stole naczyń i tego jedzenia, które mogło się tutaj znaleźć wcześniej. – Hm… nie chwaliłam się najpierw, kiedy go poznałam, a miałam wtedy jakieś piętnaście czy szesnaście lat, a potem ty już pracowałeś w Brygadzie – powiedziała. Początkowo nie opowiadała nikomu o chłopcu z lasu: trochę z obawy, że może rodzice zechcą jej zabronić czasem w letnie dni zbaczać z utartych ścieżek, by się z nim poznać. To był też już ten czas, gdy nie chodziła za bratem krok w krok, on zaczynał pracę i mógł nie kojarzyć za dobrze chudego wyrostka, jednego z kilku dzieciaków przecież, do których Brenna zapałała sympatią. – Bez przesady. Ja po prostu nie lubię się nudzić – zbyła jego uwagę i uniosła jeden z półmisków, by przyjrzeć się dokładniej umieszczonemu na nim wzorowi. – Tak, mniej więcej o taki efekt mi chodziło. To znaczy chciałam, żeby było dla nich trochę wyjątkowo? I wiesz, takie naprawdę dla n i c h, nie wielki bal z tłumem gości.
Brenna odstawiła półmisek, podparła się o stół i chociaż Erik miał o tyle rację, że faktycznie powinni zagospodarować dobrze czas – bo trzeba było jeszcze zadbać o parę rzeczy, a później oboje musieli iść się naszykować – przez moment po prostu przyglądała się bratu, spod lekko zmrużonych powiek.
– Chcesz o czymś porozmawiać, Erik?
Może przy okazji szybkiego rozwodu i szybkiego ślubu, ale Brenna niezbyt widziała reporterów czających się na Perseusa Blacka pod stodołą w Dolinie Godryka. Chyba spośród gości tylko Erik był ostatnio na tyle popularny, aby przyciągać taką uwagę, zwłaszcza po tym, jak został drugim z kolei najpopularniejszym kawalerem w Wielkiej Brytanii… (Pewnie dziennikarze mogliby zainteresować Atreusem, ale akurat o tym, że jego zaproszono, Brenna nie miała pojęcia…)
– Nie ma w tym ani słowa prawdy – oświadczyła wyzywająco, spoglądając na Erika z uśmiechem, błąkającym się po ustach. Czy sytuacja Charliego ją bawiła? Ani trochę. Współczuła mu z całego serca, chciała pomóc na tyle, na ile potrafiła, odnaleźć się w nowej sytuacji i wyjść z żałoby, czuła się za niego odpowiedzialna i pragnęła, by był bezpieczny. Podejrzewała, że dziś nie zechce tu przyjść – nie, skoro Heather i Cameron byli już umówieni gdzieś indziej – i tylko martwiła się trochę bardziej. Ale nie mogła wciąż zachowywać powagi: ktoś musiał czasem żartować w tej paskudnej, wojennej rzeczywistości, kiedy tylko było to możliwe. – W końcu nosi nazwisko Fitzpatrick. Dużo ładniejsze niż nasze.
Chociaż tak naprawdę chodziło raczej o to, że czystą linię Longbottomów za łatwo było prześledzić.
– Jakieś dziesięć lat – przyznała Brenna, wracając do rozstawiana na stole naczyń i tego jedzenia, które mogło się tutaj znaleźć wcześniej. – Hm… nie chwaliłam się najpierw, kiedy go poznałam, a miałam wtedy jakieś piętnaście czy szesnaście lat, a potem ty już pracowałeś w Brygadzie – powiedziała. Początkowo nie opowiadała nikomu o chłopcu z lasu: trochę z obawy, że może rodzice zechcą jej zabronić czasem w letnie dni zbaczać z utartych ścieżek, by się z nim poznać. To był też już ten czas, gdy nie chodziła za bratem krok w krok, on zaczynał pracę i mógł nie kojarzyć za dobrze chudego wyrostka, jednego z kilku dzieciaków przecież, do których Brenna zapałała sympatią. – Bez przesady. Ja po prostu nie lubię się nudzić – zbyła jego uwagę i uniosła jeden z półmisków, by przyjrzeć się dokładniej umieszczonemu na nim wzorowi. – Tak, mniej więcej o taki efekt mi chodziło. To znaczy chciałam, żeby było dla nich trochę wyjątkowo? I wiesz, takie naprawdę dla n i c h, nie wielki bal z tłumem gości.
Brenna odstawiła półmisek, podparła się o stół i chociaż Erik miał o tyle rację, że faktycznie powinni zagospodarować dobrze czas – bo trzeba było jeszcze zadbać o parę rzeczy, a później oboje musieli iść się naszykować – przez moment po prostu przyglądała się bratu, spod lekko zmrużonych powiek.
– Chcesz o czymś porozmawiać, Erik?
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.