16.02.2024, 10:37 ✶
- Czyli nie los, a okazja - poprawił go cicho, wbijając wzrok w szklankę. Alkohol powoli zaczynał działać - z zaskoczeniem przyjął fakt, że wolniej, niż podejrzewał. Czy to była zasługa adrenaliny, która wciąż buzowała w jego żyłach? Być może. A być może to był jeden z takich dni, gdy dobrze zjadł, wyspał się i po prostu whisky wchodziło jak woda? Przecież działanie alkoholu zależało od wielu czynników, w tym od kondycji fizycznej organizmu. I chociaż on sam nie był w dobrym stanie psychicznym, to fizycznie było bardziej niż dobrze. - Byliby głupcami, gdyby po raz kolejny odrzucili twoją kandydaturę.
Mogło to brzmieć jak komplement, jednak Rodolphus nie miał zamiaru podlizywać się mężczyźnie. To nie było w jego stylu - mówił to, co myślał lub milczał, jeżeli uznawał że wypowiadanie myśli było niestosowne lub mogło mu zaszkodzić. Nicholas pracował w Departamencie wystarczająco długo, na dodatek był pracownikiem sumiennym. Dlaczego znowu mieliby go odrzucić? Być może kiedyś zabrakło mu lat doświadczenia lub weszły tu koneksje rodzinne. Bo przecież nie można było udawać, że nepotyzm nie miał w ich świecie miejsca. Ministerstwo Magii było zepsute do cna, gdyby to od niego zależało, zaorałby ten system i zaczął wszystko od nowa. Lecz nie miał zamiaru się wychylać: był zbyt młody, zbyt dokładny i zbyt ostrożny, żeby wybiegać myślami w tak daleką przyszłość. Nie wiązał jej zresztą z Ministerstwem w takiej formie, w jakiej był związany z nim dzisiaj. Po to między innymi współpracował z Robertem.
- Nie będzie - w jego głosie pobrzmiewała pewność. Rzadko kiedy brał coś za pewnik, bo przecież życie było nieprzewidywalne. Ale miał powody ku temu by sądzić, że ta sytuacja się nie powtórzy. Przede wszystkim: nie mógł do tego dopuścić. Cokolwiek by zagrażało Robertowi, zagrażałoby jemu samemu. Wplątując się w przysięgę wieczystą musiał dbać nie tylko o swoją reputację, ale i reputację Mulcibera. I chociaż nie podejrzewał, że będzie musiał po mężczyźnie sprzątać, chciał trzymać rękę na pulsie. Mieć uszy i oczy szeroko otwarte. Nie umknął mu fakt, że Travers wydawał się zadowolony z tego obrotu spraw. Mógł się tylko domyślać powodów, dlaczego tak bardzo zależało mu na tym, by temat Roberta nie wypływał za bardzo. W tej chwili Rodolphus wiedział na tyle dużo, by wiedzieć, że nawet bez przysięgi chronienie Mulcibera było absolutną koniecznością.
Wrócił wspomnieniami do tego samego, dzisiejszego dnia. Rozsypane puzzle powoli układały się w całość. Odtwarzał w milczeniu swoje kroki. Poszedł na Nocturn, ale sam nie wiedział po co. To był chyba odruch, który instynktownie w sobie zwalczył, bo gdy tylko ręka dotknęła ściany jakiegoś sklepu, by uderzyć w nią z wściekłością, zmienił zdanie i wrócił na Horyzontalną. Chciał iść do jednego z mężczyzn, do którego kiedyś chodził, po informacje. Ale zrezygnował. Minęło trochę lat, a gdyby ktoś go tam przyuważył, mogłoby to niekorzystnie wpłynąć na jego reputację. Lestrange odetchnął z ulgą. Nawet gdy działał pod wpływem tak silnych emocji, wyuczone zachowania chroniły go przed popełnianiem podstawowych błędów. Ale wiedział, że to musiał być ostatni raz - nie był pewny, czy gdyby znowu nie targały nim tak silne uczucia, i tym razem zdołałby się opanować, nawet świadomie.
- Zostanę u ciebie góra dwie noce, jeśli nie masz nic przeciwko. Potem przestanę ci mieszać w codziennej rutynie - odezwał się w końcu, po chwili milczenia. Nie mógł przecież wiecznie u niego mieszkać, prawda? Musiał wrócić do siebie, nawet jeżeli nie chciał. Musiał zająć się kwestią wymiany mebli, no i przecież nie mógł dopuścić do tego, by Travers poznał do końca jego zwyczaje. W teorii był przykładnym pracownikiem Departamentu Tajemnic - wymykanie się w nocy, chociażby na wezwanie Mistrza, wzbudziłoby podejrzenia. Nie mógł do tego dopuścić, musiał utrzymywać pozory. A jako że Nicholas także pracował w Departamencie, kłamstwo o pilnym wezwaniu z pracy szybko by się rozpadło.
Mogło to brzmieć jak komplement, jednak Rodolphus nie miał zamiaru podlizywać się mężczyźnie. To nie było w jego stylu - mówił to, co myślał lub milczał, jeżeli uznawał że wypowiadanie myśli było niestosowne lub mogło mu zaszkodzić. Nicholas pracował w Departamencie wystarczająco długo, na dodatek był pracownikiem sumiennym. Dlaczego znowu mieliby go odrzucić? Być może kiedyś zabrakło mu lat doświadczenia lub weszły tu koneksje rodzinne. Bo przecież nie można było udawać, że nepotyzm nie miał w ich świecie miejsca. Ministerstwo Magii było zepsute do cna, gdyby to od niego zależało, zaorałby ten system i zaczął wszystko od nowa. Lecz nie miał zamiaru się wychylać: był zbyt młody, zbyt dokładny i zbyt ostrożny, żeby wybiegać myślami w tak daleką przyszłość. Nie wiązał jej zresztą z Ministerstwem w takiej formie, w jakiej był związany z nim dzisiaj. Po to między innymi współpracował z Robertem.
- Nie będzie - w jego głosie pobrzmiewała pewność. Rzadko kiedy brał coś za pewnik, bo przecież życie było nieprzewidywalne. Ale miał powody ku temu by sądzić, że ta sytuacja się nie powtórzy. Przede wszystkim: nie mógł do tego dopuścić. Cokolwiek by zagrażało Robertowi, zagrażałoby jemu samemu. Wplątując się w przysięgę wieczystą musiał dbać nie tylko o swoją reputację, ale i reputację Mulcibera. I chociaż nie podejrzewał, że będzie musiał po mężczyźnie sprzątać, chciał trzymać rękę na pulsie. Mieć uszy i oczy szeroko otwarte. Nie umknął mu fakt, że Travers wydawał się zadowolony z tego obrotu spraw. Mógł się tylko domyślać powodów, dlaczego tak bardzo zależało mu na tym, by temat Roberta nie wypływał za bardzo. W tej chwili Rodolphus wiedział na tyle dużo, by wiedzieć, że nawet bez przysięgi chronienie Mulcibera było absolutną koniecznością.
Wrócił wspomnieniami do tego samego, dzisiejszego dnia. Rozsypane puzzle powoli układały się w całość. Odtwarzał w milczeniu swoje kroki. Poszedł na Nocturn, ale sam nie wiedział po co. To był chyba odruch, który instynktownie w sobie zwalczył, bo gdy tylko ręka dotknęła ściany jakiegoś sklepu, by uderzyć w nią z wściekłością, zmienił zdanie i wrócił na Horyzontalną. Chciał iść do jednego z mężczyzn, do którego kiedyś chodził, po informacje. Ale zrezygnował. Minęło trochę lat, a gdyby ktoś go tam przyuważył, mogłoby to niekorzystnie wpłynąć na jego reputację. Lestrange odetchnął z ulgą. Nawet gdy działał pod wpływem tak silnych emocji, wyuczone zachowania chroniły go przed popełnianiem podstawowych błędów. Ale wiedział, że to musiał być ostatni raz - nie był pewny, czy gdyby znowu nie targały nim tak silne uczucia, i tym razem zdołałby się opanować, nawet świadomie.
- Zostanę u ciebie góra dwie noce, jeśli nie masz nic przeciwko. Potem przestanę ci mieszać w codziennej rutynie - odezwał się w końcu, po chwili milczenia. Nie mógł przecież wiecznie u niego mieszkać, prawda? Musiał wrócić do siebie, nawet jeżeli nie chciał. Musiał zająć się kwestią wymiany mebli, no i przecież nie mógł dopuścić do tego, by Travers poznał do końca jego zwyczaje. W teorii był przykładnym pracownikiem Departamentu Tajemnic - wymykanie się w nocy, chociażby na wezwanie Mistrza, wzbudziłoby podejrzenia. Nie mógł do tego dopuścić, musiał utrzymywać pozory. A jako że Nicholas także pracował w Departamencie, kłamstwo o pilnym wezwaniu z pracy szybko by się rozpadło.