16.02.2024, 11:39 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 23.02.2024, 21:54 przez Samuel McGonagall.)
czerwiec 1958
Londyn
Londyn
Jeden list zmienił wszystko.
Bezpieczny las został zamieniony nagle na obrzydliwe, przerażające miasto. Wędrując uliczkami Pokątej, jego matka na samym początku kupiła mu "schludne" ubrania, które uwierały go i drapały, ale nie chciał się skarżyć i być większym problemem, niż już był. Łatwo było zadowolić wymagających rodziców w znajomym środowisku i rutynie, kiedy doskonale wiedziało się, który krok był tym błędnym, które słowo było słowem za dużo. Ale tutaj...? Gdubił się od narastających emocji irytacji i bezradności, nadmiaru bodźców, zapachów i smaków. Tylko wizyta u pana Ollivandera była miła, jego głos i aparycja pozwoliły jako tako przejść przez proces doboru różdżki. Teraz przyciskał do piersi pudełko, myśląc o tym co to znaczy rzucać zaklęcia i dlaczego giętki i miękki kasztan był tak niezwykły z włosiem z ogona testrala. Testrale przecież lubiły kasztany, tak przynajmniej czytał w książce swojego dziadka.
Jego mama była milcząca i zacięta. Miała cały czas niezadowoloną minę i Samuel musiał sobie Wielokrotnie powtarzać, że to nie jego wina, że mama nie lubi Świata i Systemu, a on przecież do nich nie należał, był częścią rodziny, był jak siejka dwóch dębów splecionych ze sobą gałęziami i korzeniami. Mieli już wszystko, ale zostało trochę czasu do odjazdu pociągu. Padła propozycja słodyczy, wyjątkowo rzadka okoliczność, bo w lesie najsłodsze były jagody zerwane prosto z krzaczka. Może to kwestia sentymentu, historia o tym, że lukrowane ciasteczka z kolorowymi okruszkami dziadek kupował mamie, jeśli byli w Londynie, przyniosła pozytywne skojarzenie. Mógł też rozpiąć kołnierzyk i ściągnąć wełnianą, drapiącą kamizelkę. Mógł słuchać opowieści, że są cztery grupy w tej całej szkole, że każda ma inne zwierzę patrona. W drodze do magicznej cukierni wymieniał z pamięci encyklopedyczną wiedzę na temat węży i borsuków. Gdy dotarli na miejsce, opowiadał o krukach i krukowatych w ogóle. Mama była zadowolona i nic, absolutnie NIC nie zwiastowało zbliżającej się tragedii.
Pośród wszystkich słodkości nie wyczuł czegokolwiek dziwnego. By lepiej oddać rzeczywistość: nie wyczuł nic odbiegającego od normy, skoro wszystko od niej odbiegało. Ten jeden dziwnie mdlący, pudrowy zapach był jednak z nim gdy jadł ciastko, a potem gdy wyszli na ulicę. Na moment się zamyślił, na moment odwrócił, a gdy znów chciał zwrócić się do matki, opowiadać jej dalej o gnieździe i okresie lęgowym... Jej już nie było.
Czy to test? – zdarzało im się tak bawić w lesie. Otarł rękawem twarz z lukru, słodki smak zmieszał mu się z mdłym, dominującym już zapachem kadzidła. Zawsze mieli wcześniej omówione zasady, zawsze wiedział co robić.
– Mamo...? – zapytał niepewnie, cicho jak po przekroczeniu progu sklepu z różdżkami. Odkaszlnął i spróbował jeszcze raz, zaczynając iść.– Mamo?– serce mimowolnie ruszyło niekontrolowaną galopadą. Ruszył biegiem przed siebie ulicą, którą szedł, rozglądając się za znajomą sylwetką. Usłyszał po lewej kroki, kobiece obcasy uderzające o chodnik. Odbił tam, potem znów i znów, ściany kamienic były coraz ciaśniejsze... – MAMO!? – udało mu się uwolnić gardło, krzyknął w końcu przerażony i obrócił się wkoło własnej osi. Nagle dotarło do niego, że to nie jest ta sama ulica a jakaś inna. Próbował odtworzyć drogę, ale zdało się, że trafił do jakiegoś dziwacznego, miejskiego labiryntu, że nie wie, nie ma pojęcia, po czym zorientować się gdzie i dlaczego jest. Przebiegł znów kilka metrów, nawołując zrozpaczony. Wkoło nie było nikogo, żadnych ludzi, żadnych sklepów, żadnej nadziei... A ściany... ściany były coraz bliżej, coraz ciaśniej, coraz ciemniej... Odbijając się od nich, płacząc i nawołując coraz słabiej błądził tak przez dobrych kilkadziesiąt minut.
Aż w końcu, gdy mgła się rozwiała, zdał sobie sprawę z tego, że jest w ciemnym zaułku zatopiony w śmieciach porzuconych przez... kogoś. Wilgotne i śmierdzące odpadki lepiły się do jego skóry, a on był sam, z bólem głowy, nie mając pojęcia co tak na prawdę się wydarzyło. Przez wąskie wyjście z zaułka dostrzegł witrynę sklepu zielarskiego, a zmartwiałe serce zabiło z nadzieją. Otumaniony umysł skojarzył, że tu chyba dzisiaj był.
Spróbował się dźwignąć i wyjść do światła...