Teraz zdecydowanie Vincent czuł się swobodniej. Miał wrażenie, że nie musiał już uważać na swoje otoczenie, a przecież pokazanie tym wszystkim ludziom, że Brenna jest mu bliska spowoduje, że szybciej mu zaufają, nie? Nie czuł się na miejscu dając o to, aby inni mu ufali. Zawsze był sam dla siebie, liczyła się jego rodzina, współpraca z Edwardem i tyle. Resztę miał totalnie w dupie, a teraz? Miał być członkiem czegoś większego, czegoś co chciało wprowadzić pokój do świata, pozbyć się strachu z ludzkich serc. On tak nie działa. On zawsze zastraszał, zawsze sprawiał, że ludzie się go bali i robił to często specjalnie.
Na jej słowa się zaśmiał i pokręcił głową. No tak. Jak mógł sobie pomyśleć, że Brenna kiedykolwiek zmieni definicję słowa impreza, potańcówka, zabawa. Dla niej zabawą było wpierdalanie ciastek jedną ręka, a drugą rzucaniem pętających zaklęć w wrogów. Nie żeby Vincent żył inaczej, ale rozdzielał przyjemności od innych przyjemności. Pociągnął ją na parkiet i przyciągnął do siebie, aby zaraz po prostu ruszyć w normalne tango do skocznej muzyki. Po prostu wywijał z nią po parkiecie. Nie był najlepszym tancerzem, ale miał w miarę odpowiednie poczucie rytmu, aby nie deptać partnerki i nie sprawiać jej problemów w odpowiednim ruszaniu się na parkiecie.
– Magiczne drinki? – przekrzywił głowę nie przestając się uśmiechać. – Wiesz, że nie jestem bufornem, nie? Lubię się bawić, ale wolę właśnie imprezy w stodołach niż te nudne bale, na których próbują mi znaleźć żonę – dodał jeszcze puszczając do niej oko i wywracając nimi na ostatnie słowa. Gdy dalej paplała o drinkach, diademach, tronach pokręcił głową. – Od drinków nigdy się nie mądrzeje, ale jak takiego kiedyś znajdę to ci przyniosę jeśli tak bardzo potrzebujesz – uśmiechnął się tym razem w teatralny sposób, który miał sugerować jego niewinność. – Prezent mam. Lusterko, ale jest chyba zepsute, bo zamiast normalnego odbicia pokazuje mi ciebie. Jesteś, aż tak narcystyczna? – zmrużył oczy przyglądając się jej uważnie i dalej lawirując sprawnie w tańcu.