16.02.2024, 22:29 ✶
- Zapewniam Cię moja Droga, że nie jest to widok, bez którego nie można żyć. - wzruszyła delikatnie ramionami, ledwo powstrzymując się przed wywróceniem oczami. Ten tron był taki groteskowy, taki pusty i świadczący o zbyt wysokim mniemaniu o sobie. Kochała ojca najbardziej na świecie, ale mieli zupełnie inne poczucie świata i kręgosłup moralny. Gdyby ten nieszczęsny tron stopił, wiele rodzin miałoby lepsze życie. Chciałaby żartować. Słuchała jej z uwagą, gdy mówiła i łagodny uśmiech malował się na śniadej buzi, a oczy aż błyszczały z podekscytowanie. - Przecież to cudowne, że się w niego wdałaś i mogliście razem ćwiczyć, spędzać wspólnie czas. Większość ludzi chyba by była tego zdania,co Twoja mama — że kobiecie nie przystoi i Eryk się lepiej do tego nadaje. Bo przecież to szufladkowanie kobiet w roli matki i żony nadal jest takie silne w naszym magicznym społeczeństwie. W mugolskim to już jakby trochę mniej? - stuknęła palcem w usta w zamyśleniu, bo nie była pewna. Nie brzydziła się ludźmi pozbawionymi magii, była zaintrygowana ich światem oraz wynalazkami, a do tego uczyła się i ćwiczyła gotowanie, bo mieli mnóstwo wegetariańskich przepisów. - Znajdź termin, a ja załatwię konie i zrobimy sobie wycieczkę.
Teleportacja była wygodna, ale nic nie równało się grzbietowi magicznego stworzenia, było wtedy zupełnie inne poczucie wolności. Warto było chociaż raz się temu poddać, chociaż Pandora była przekonana, że było to jedno z tych uczuć, za którymi po prostu się tęskni.
- Edward Prewett jest zbyt zajęty, żeby pokazywać się w stajniach. Mara ma bardzo fajnego brata, byłby idealny. - puściła jej oczko, dając do zrozumienia, że w pewnych sprawach, tatko nie miał władzy. Zresztą, miał ważniejsze rzeczy na głowie, niż Brenna. Tak przynajmniej sądziła. Byłaby wielce ucieszona z faktu, że przyjaciółka spędza czas z Vincentem, o jej słodkim bracie nie wspominając.
Zawsze się starała przy nauce, zwłaszcza gdy ktoś jej pomagał. Nie chciała marnować czasu brunetki, która przecież nie miała go zbyt wiele, patrząc na ilość obowiązków w Ministerstwie. Była cierpliwa i umiała trzymać emocje na wodzy tylko w przypadku zdobywaniu nowych umiejętności lub pracy, bo przecież skręcanie mechanizmów wymagało mnóstwa godzin. Utrzymanie poprawne ostrza było dopiero etapem początkowym, do sukcesu daleka droga.
- Okay. - przytaknęła, prostując się i cofając trochę, aby miała więcej miejsca na demonstrację. Cios w nerki brzmiał okropnie boleśnie, ale łatwiej niż trafienie pomiędzy żebra. Miała wrażenie, że trafiałaby na kość. Nie mogła jednak powstrzymać śmiechu na stwierdzenie, że Islandczyk się Brenny boi, kręcąc jednak głową, żeby sobie czegoś nie pomyślała. - On jest po prostu.. Nieśmiały? Mnie też się boi. Czasem. Często? To prawda, dobry z niego człowiek i dzielny. - rzuciła przez śmiech, nie mając absolutnie problemu z wyobrażeniem sobie kowala z ręką na karku, gdy zakłopotany patrzy na Longbottomównę. - Hjalmar się czuje odpowiedzialny za całą okolicę, gdzie mieszka. Zwłaszcza teraz, gdy te zamaskowane karakany sieją terror. - dodała już mniej pogodnie, wzdychając cicho na wzmiankę o poplecznikach tego zidiociałego czarnoksiężnika, którego należałoby wyeliminować, nawet jeśli był smutnym i samotnym człowiekiem. - Ciemne czasy nastały, a miałam nadzieję, że to kolejny z tych, którzy tylko gadają.
Poprawiła sztylet w dłoni, skupiając się znów na manekinie. Mogłaby dużo o Hjlamarze czy swoich wątpliwościach względem zbawienia dla Voldemorta rozmawiać, ale wiedziała, że nie powinna nadużywać dobroci Brenny. - Brzmi dobrze! Zwłaszcza to ze spowolnienie. Wolałabym chyba kogoś unieszkodliwić, niż zabić.. - wyjaśniła ciszej, nie mogąc sobie wyobrazić, jak odbiera komuś życie. Pewnie by to zrobiła, gdyby miała chronić najbliższych, ale byłoby to dla niej trudne. Nawet jeśli jej ofiara jest złym wyznawcą psychopaty, to pewnie i tak znalazłaby w nim coś dobrego. Nim jednak przeszły do kolejnych ćwiczeń, powtórzyła jeszcze cios pomiędzy żebra i w nerki, pozostawiając przyjaciółce do oceny jej ewentualny sukces lub porażkę. - Ty to mnie znasz, co? - rzuciła w jej stronie pogodnie, jawnie nie mając nic przeciwko. Faktycznie, zamierzała trzymać ten sztylet na ostateczność, gdy jej zabawki okażą się nieskuteczne. - Łatwiej ciąć niż dźgać. - zauważyła gdzieś pomiędzy kolejnymi próbami wyprowadzania ciosów, które miały ich biednego manekina obezwładnić, nie zabić.
Teleportacja była wygodna, ale nic nie równało się grzbietowi magicznego stworzenia, było wtedy zupełnie inne poczucie wolności. Warto było chociaż raz się temu poddać, chociaż Pandora była przekonana, że było to jedno z tych uczuć, za którymi po prostu się tęskni.
- Edward Prewett jest zbyt zajęty, żeby pokazywać się w stajniach. Mara ma bardzo fajnego brata, byłby idealny. - puściła jej oczko, dając do zrozumienia, że w pewnych sprawach, tatko nie miał władzy. Zresztą, miał ważniejsze rzeczy na głowie, niż Brenna. Tak przynajmniej sądziła. Byłaby wielce ucieszona z faktu, że przyjaciółka spędza czas z Vincentem, o jej słodkim bracie nie wspominając.
Zawsze się starała przy nauce, zwłaszcza gdy ktoś jej pomagał. Nie chciała marnować czasu brunetki, która przecież nie miała go zbyt wiele, patrząc na ilość obowiązków w Ministerstwie. Była cierpliwa i umiała trzymać emocje na wodzy tylko w przypadku zdobywaniu nowych umiejętności lub pracy, bo przecież skręcanie mechanizmów wymagało mnóstwa godzin. Utrzymanie poprawne ostrza było dopiero etapem początkowym, do sukcesu daleka droga.
- Okay. - przytaknęła, prostując się i cofając trochę, aby miała więcej miejsca na demonstrację. Cios w nerki brzmiał okropnie boleśnie, ale łatwiej niż trafienie pomiędzy żebra. Miała wrażenie, że trafiałaby na kość. Nie mogła jednak powstrzymać śmiechu na stwierdzenie, że Islandczyk się Brenny boi, kręcąc jednak głową, żeby sobie czegoś nie pomyślała. - On jest po prostu.. Nieśmiały? Mnie też się boi. Czasem. Często? To prawda, dobry z niego człowiek i dzielny. - rzuciła przez śmiech, nie mając absolutnie problemu z wyobrażeniem sobie kowala z ręką na karku, gdy zakłopotany patrzy na Longbottomównę. - Hjalmar się czuje odpowiedzialny za całą okolicę, gdzie mieszka. Zwłaszcza teraz, gdy te zamaskowane karakany sieją terror. - dodała już mniej pogodnie, wzdychając cicho na wzmiankę o poplecznikach tego zidiociałego czarnoksiężnika, którego należałoby wyeliminować, nawet jeśli był smutnym i samotnym człowiekiem. - Ciemne czasy nastały, a miałam nadzieję, że to kolejny z tych, którzy tylko gadają.
Poprawiła sztylet w dłoni, skupiając się znów na manekinie. Mogłaby dużo o Hjlamarze czy swoich wątpliwościach względem zbawienia dla Voldemorta rozmawiać, ale wiedziała, że nie powinna nadużywać dobroci Brenny. - Brzmi dobrze! Zwłaszcza to ze spowolnienie. Wolałabym chyba kogoś unieszkodliwić, niż zabić.. - wyjaśniła ciszej, nie mogąc sobie wyobrazić, jak odbiera komuś życie. Pewnie by to zrobiła, gdyby miała chronić najbliższych, ale byłoby to dla niej trudne. Nawet jeśli jej ofiara jest złym wyznawcą psychopaty, to pewnie i tak znalazłaby w nim coś dobrego. Nim jednak przeszły do kolejnych ćwiczeń, powtórzyła jeszcze cios pomiędzy żebra i w nerki, pozostawiając przyjaciółce do oceny jej ewentualny sukces lub porażkę. - Ty to mnie znasz, co? - rzuciła w jej stronie pogodnie, jawnie nie mając nic przeciwko. Faktycznie, zamierzała trzymać ten sztylet na ostateczność, gdy jej zabawki okażą się nieskuteczne. - Łatwiej ciąć niż dźgać. - zauważyła gdzieś pomiędzy kolejnymi próbami wyprowadzania ciosów, które miały ich biednego manekina obezwładnić, nie zabić.