17.02.2024, 02:02 ✶
Kiedy padł przed nią na kolana, cały świat uległ zmianie; zmniejszył się do nieprawdopodobnej wielkości, jakby utworzyli jakąś magiczną kieszonkę w strukturze czasu i przestrzeni, w której mogli trwać w tym jednym momencie powieki. On tak pełen wątpliwości, a jednak stawiający wszystko na jedną kartę pomimo tego, że w gruncie rzeczy nie miał tego nawet na początku w planie. Ona zawsze skora do działania, ale zaskakiwana przez każde zdanie, jakie padło z jego ust na tej soli, co nie pozwoliło jej na dobrą sprawę dostosować się do sytuacji.
Miał ochotę się śmiać. Tak szczerze, jak podczas niezliczonych letnich nocy spędzonych na szkolnych błoniach, gdy nie mieli na głowie pracy, problemów swoich najbliższych i konfliktu na skalę krajową, który mógł w mig zakończyć ich szczęście. Przez te kilka chwil, to wszystko nie istniało. Nie miało prawa istnieć, bo musiało się poddać jednej z najprostszych a przy tym najbardziej pierwotnej rzeczy na świecie — ludzkim emocjom.
— Naprawdę? — zaśmiał się cicho, wydychając ciepłe powietrze prosto na jej usta. — A myślałem, że to będzie miało odwrotny efekt. Ja to mam szczęście, co?
Oddał pocałunek, gładząc delikatnie jej policzek, aby zaraz przenieść dotyk na jej podbródek. To było totalnie warte tego wszystkiego. Gorzej, że wraz z uderzeniem euforii na pierwszy plan rzeczywistość zaczęła wdzierać się na pierwszy plan... Świadomość tego, że stali na środku parkietu po kilkuminutowej przemowie, zaręczynach i... Nawet nie wiedzieli, czy ich nie wywalą. Ba, Cameron nawet nie zwracał zbytniej uwagi na to, czy robiono im zdjęcia, czy krzyczano, czy wiwatowano, a może nawet płakano nad szczęściem młodej pary.
— Albo nas tu spalą na stosie, albo zostaniemy gośćmi honorowymi — wyszeptał jej do ucha, przytulając mocno.
Głęboki oddech.
Potem następny.
Dopiero wtedy zebrał się na odwagę, aby oderwać spojrzenie od Heather i faktycznie zmierzyć się z tłumem.
Wszyscy się na nich gapili. Dosłownie wszyscy. Niektórzy byli rozradowani, inni skonfundowani, inni znudzeni, bo pewnie nie pierwszy raz widzieli zaręczyny na tego typu imprezach. A jednak każde z nich patrzyło, a Cameron nie do końca wiedział, co powinien z tym fantem zrobić. Pomachać do nich? Usunąć się w cień i pozwolić, aby to Heather przejęła stery?
Spojrzał na swoją narzeczoną i zrobił z uśmiechem krok do przodu. A potem następny. I jeszcze jeden, aż... Zaczęło mu się kręcić w głowie, a obraz przed oczami stał się zamglony. Zatoczył się i prawie potknął o własnej nogi i chyba tylko to, że Ruda dalej trzymała go za rękę, sprawiło, że nie wywalił się jak długi na parkiet.
— Heather? Jakoś mi tak dziwnie... Słabo — wymamrotał, starając się uśmiechać, jednak czuł, że coraz trudniej mu utrzymać równowagę. — Chyba potrzebuję trochę... P-powietrza... I... W-ódy...
Nawet w ostatniej chwili przed utratą przytomności w ramionach świeżo upieczonej narzeczonej musiał odwalić jakiś szajs i przejęzyczyć się. Co zrobi panna Wood, skoro jej partner odpłynął w jej rękach? Zacznie panikować? Wezwie lekarza? Gospodarzy? Położy go na podłodze i przeciągnie do bocznej komanty, ciągnąc go za nogi? Teraz już wszystko zależało od Heather.
Miał ochotę się śmiać. Tak szczerze, jak podczas niezliczonych letnich nocy spędzonych na szkolnych błoniach, gdy nie mieli na głowie pracy, problemów swoich najbliższych i konfliktu na skalę krajową, który mógł w mig zakończyć ich szczęście. Przez te kilka chwil, to wszystko nie istniało. Nie miało prawa istnieć, bo musiało się poddać jednej z najprostszych a przy tym najbardziej pierwotnej rzeczy na świecie — ludzkim emocjom.
— Naprawdę? — zaśmiał się cicho, wydychając ciepłe powietrze prosto na jej usta. — A myślałem, że to będzie miało odwrotny efekt. Ja to mam szczęście, co?
Oddał pocałunek, gładząc delikatnie jej policzek, aby zaraz przenieść dotyk na jej podbródek. To było totalnie warte tego wszystkiego. Gorzej, że wraz z uderzeniem euforii na pierwszy plan rzeczywistość zaczęła wdzierać się na pierwszy plan... Świadomość tego, że stali na środku parkietu po kilkuminutowej przemowie, zaręczynach i... Nawet nie wiedzieli, czy ich nie wywalą. Ba, Cameron nawet nie zwracał zbytniej uwagi na to, czy robiono im zdjęcia, czy krzyczano, czy wiwatowano, a może nawet płakano nad szczęściem młodej pary.
— Albo nas tu spalą na stosie, albo zostaniemy gośćmi honorowymi — wyszeptał jej do ucha, przytulając mocno.
Głęboki oddech.
Potem następny.
Dopiero wtedy zebrał się na odwagę, aby oderwać spojrzenie od Heather i faktycznie zmierzyć się z tłumem.
Wszyscy się na nich gapili. Dosłownie wszyscy. Niektórzy byli rozradowani, inni skonfundowani, inni znudzeni, bo pewnie nie pierwszy raz widzieli zaręczyny na tego typu imprezach. A jednak każde z nich patrzyło, a Cameron nie do końca wiedział, co powinien z tym fantem zrobić. Pomachać do nich? Usunąć się w cień i pozwolić, aby to Heather przejęła stery?
Spojrzał na swoją narzeczoną i zrobił z uśmiechem krok do przodu. A potem następny. I jeszcze jeden, aż... Zaczęło mu się kręcić w głowie, a obraz przed oczami stał się zamglony. Zatoczył się i prawie potknął o własnej nogi i chyba tylko to, że Ruda dalej trzymała go za rękę, sprawiło, że nie wywalił się jak długi na parkiet.
— Heather? Jakoś mi tak dziwnie... Słabo — wymamrotał, starając się uśmiechać, jednak czuł, że coraz trudniej mu utrzymać równowagę. — Chyba potrzebuję trochę... P-powietrza... I... W-ódy...
Nawet w ostatniej chwili przed utratą przytomności w ramionach świeżo upieczonej narzeczonej musiał odwalić jakiś szajs i przejęzyczyć się. Co zrobi panna Wood, skoro jej partner odpłynął w jej rękach? Zacznie panikować? Wezwie lekarza? Gospodarzy? Położy go na podłodze i przeciągnie do bocznej komanty, ciągnąc go za nogi? Teraz już wszystko zależało od Heather.