17.02.2024, 02:56 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 17.02.2024, 02:57 przez Ambrosia McKinnon.)
Rosie w pewien sposób fascynował fakt, jakim zagorzałym fanem krzyżówek był Stanley, biorąc pod uwagę fakt, jak momentami ubogie się jego słownictwo wydawało. No, może nie ubogie, ale była absolutnie przekonana, że po skończeniu edukacji nie przeczytał ze zrozumieniem ani jednego świstka papieru. Pewnie by jej to nawet nie przeszkadzało, gdyby nie to jak zacięty czasem bywał w bronieniu swojej własnej racji i nierozumieniu, jakby na złość specjalnie robił.
Oparła się o biurko, przyglądając mu się przez chwilę i wyraźnie zastanawiając nad tym co do niej powiedział, albo raczej, jak to często bywało w takich właśnie sytuacjach, czy to tak na poważnie.
- Obrzydlistwo - zakomunikowała w pierwszej kolejności, krzywiąc się przy tym zniesmaczona. - Mama raz mnie tak okropnie oszukała, bo nie tylko kompot można z niego zrobić i powiedziała, że mamy szarlotkę. I jak myślę sobie szarlotka, to nie wiem jak ty, ale to dla mnie jest tylko i wyłącznie z jabłkami, a tu widzisz, wcale tak nie jest, bo szarlotka to proszę ciebie jest typ ciasta podobno. No i wzięłam tej szarlotki i wiesz co? Ona nie była z jabłkami, tylko z tym obrzydliwym rabarbarem, myślałam że się popłaczę - tak naprawdę to się wtedy popłakała, bo nie była w stanie znieść tego poziomu zdrady, którego doświadczyła. Wypluła też potem to ciasto i nigdy więcej nie zaufała żadnej szarlotce.
- Złotym czym? - zmarszczyła brwi, ale kiedy wskazał jej świstek, zaraz porwała go w palce. Zanim jednak rozłożyła, przesunęła jakąś znajdującą się na krawędzi stertę papierów i przysiadła na biurku. - Ciekawe, czyli są spersonalizowane - pokiwała głową, nawet pod wrażeniem, bo ktoś musiał się nieźle napracować, żeby machnąć takie ulotki i to nie kopie jednej, a paru. - Patrz, ja mam takie - wyciągnęła w jego stronę własne egzemplarze, kładąc mu je przed nosem. - Jedna przyszła do mnie, a druga podobno do Otto. W sumie jak tak patrzę na tę twoją, to muszę przyznać, że nawet trochę pasuje. Głębina, co nie? Trochę dziwne, że lokal nawet się nie otworzył, a ktoś już cię straszy chrztem. Tylko nie akceptuj go od nikogo obcego.
Oparła się o biurko, przyglądając mu się przez chwilę i wyraźnie zastanawiając nad tym co do niej powiedział, albo raczej, jak to często bywało w takich właśnie sytuacjach, czy to tak na poważnie.
- Obrzydlistwo - zakomunikowała w pierwszej kolejności, krzywiąc się przy tym zniesmaczona. - Mama raz mnie tak okropnie oszukała, bo nie tylko kompot można z niego zrobić i powiedziała, że mamy szarlotkę. I jak myślę sobie szarlotka, to nie wiem jak ty, ale to dla mnie jest tylko i wyłącznie z jabłkami, a tu widzisz, wcale tak nie jest, bo szarlotka to proszę ciebie jest typ ciasta podobno. No i wzięłam tej szarlotki i wiesz co? Ona nie była z jabłkami, tylko z tym obrzydliwym rabarbarem, myślałam że się popłaczę - tak naprawdę to się wtedy popłakała, bo nie była w stanie znieść tego poziomu zdrady, którego doświadczyła. Wypluła też potem to ciasto i nigdy więcej nie zaufała żadnej szarlotce.
- Złotym czym? - zmarszczyła brwi, ale kiedy wskazał jej świstek, zaraz porwała go w palce. Zanim jednak rozłożyła, przesunęła jakąś znajdującą się na krawędzi stertę papierów i przysiadła na biurku. - Ciekawe, czyli są spersonalizowane - pokiwała głową, nawet pod wrażeniem, bo ktoś musiał się nieźle napracować, żeby machnąć takie ulotki i to nie kopie jednej, a paru. - Patrz, ja mam takie - wyciągnęła w jego stronę własne egzemplarze, kładąc mu je przed nosem. - Jedna przyszła do mnie, a druga podobno do Otto. W sumie jak tak patrzę na tę twoją, to muszę przyznać, że nawet trochę pasuje. Głębina, co nie? Trochę dziwne, że lokal nawet się nie otworzył, a ktoś już cię straszy chrztem. Tylko nie akceptuj go od nikogo obcego.
she was a gentle
sort of horror
sort of horror