17.02.2024, 11:07 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 19.02.2024, 22:18 przez Samuel McGonagall.)
tltr: Sam animaguje w niedźwiedzia brunatnego, który sprowadza Erika na ziemię. Pozostaje w formie niedźwiedzia, który ma ok 1,5 w kłębie i sobie obecnie stoi pilnując, żeby Erik nie odleciał znowu.
Plan był prosty. Miał sobie spokojnie podpierać ścianę, aż przyjdzie Morpheus, rozmówić się z nim, potem zdecydować czy chce tu zostać, czy nie.
Co mogło pójść nie tak?
Przez głowę lotem błyskawicy przetoczył mu się korowód myśli.
Powiedzieć, że czuł się niekomfortowo to mało. Pewność siebie i pozytywne samopoczucie nieoczekiwanie dostały jakąś tajemną dziurę w burcie i ten statek zdecydowanie zaczął tonąć. Nora wyglądała obłędnie, a każde jej słowo, złośliwe, pełne goryczy, zaczepności, przypominało mu o liście, który czytał tak niedawno. Każdy jej ruch, każde drżenie kącika... widywał ją przez te osiem lat, uciekał za każdym razem, by nie dopuszczać do konfrontacji, by nie musić się mierzyć z rozmową, która – kto wie, prędzej czy później między nimi pewnie nastąpi. Mówił sobie, że to dla jej dobra, ale nie oszukujmy się, tak było po prostu wygodniej. Z drugiej strony... dlaczego od miesięcy przesiadywał w barze jej babci i warowni, zamiast koczować u Ariela? Czyżby liczył na to, że skoro los zmusił go do wyprowadzki, to pomoże mu, aby w końcu porozmawiali?
Trzymając Erika, spojrzał niepewnie w stronę Perseusa. Te czujne czarne oczy, wychudzona sylwetka, szponiaste palce i niekończąca się ocena... Lubił z nim pić, lubił gdy się śmiali, ale teraz, teraz tak bardzo nie lubił faktu, jak bardzo Perseus przypomina mu jego matkę. Matkę, która była w stanie bez trudu odczytać jego intencje, myśli, marzenia, matkę, której teraz otwarcie się sprzeciwiał będąc tu z nimi wszystkimi, narażając się, angażując się, lubiąc ludzi, chcąc być częścią społeczności. Lekarz sam z siebie z pewnością reprezentował odmienne stanowisko, ale teraz dysonans poznawczy młodzika ugniótł go, nie wiedząc bardziej czy lękając się błyszczących w głowie oskarżeń wobec samego siebie, czy tego jak doświadczony psychiatra, widząc wszystko obmalowane na jego twarzy nie da mu żyć i siłą (perswazji raczej patrząc na stan jego mięśni) zaciągnie go na kozetkę.
I jeszcze Morpheus, który podszedł do nich z tym niewydarzonym szczurem. Wyglądał dokładnie tak, jak Samuel chciał początkowo wyglądać i próbował to opisać Brennie. Ptak o właściwym upierzeniu, idealnym na porę lęgową. Gdy przytulił się na powitanie, we wrażliwy nos uderzył go jego zapach, ciężar i słodycz dojrzałej śliwki doprawiony cierpkością niepozornej, biedniejszej siostry czereśni. Owoce były w zasięgu spożywczych możliwości Sama tylko smażone na smalcu, lub dodawane do pieczystego. Przełknął ślinę, wraz z gładkim komplementem.
To było mgnienie, tornado myśli, ręce zaczynały mu się pocić, czuł jak czerwień zalewa mu zbyt ekspresyjną twarz. Musiał coś zrobić, musiał skupić się na zadaniu...
– Odsuńcie się – warknął, może nazbyt chropowato, samemu przesuwając się o metr od nich. Erik był lekki, to nie był problem, by ściągnąć go na dół tak po prostu. Ale pozostawała to doskonała wymówka, by sięgnąć po rozwiązanie, którego nikt nie będzie miał mu za złe. Wszyscy – no może poza Neilem, ale walić to, jak zemdleje, żadna strata – wiedzieli, że jest animagiem. Jego oficjalnie jedyną zarejestrowaną w urzędach formą był niedźwiedź brunatny, który na dwóch łapach miał niemalże trzy metry. Wydłużając się i obrastając futrem, nabierając masy i adekwatnych, nie tak odległych od człowieka kształtów, zapewne "podfrunął" trzymającym go mężczyzną nieco wyżej (kto wie, może jednak sufit tego miejsca był zdecydowanie niżej?. Płynnie jednak opuścił łapę, którą Erik trzymał, tak by go sobie obniżyć i zagarnąć drugą do futrzastego objęcia w zaskakująco delikatnym geście. A potem opadł do normalnej czterołapiej pozycji z Erikiem, który miał do dyspozycji 400 kilową kotwicę, na wypadek gdyby mocno przelany drink, miałby go odlecieć z kimś. Tak, tak, to był oficjalny powód.
Miał być niedźwiedź tańczący w koszuli, ostatecznie był niedźwiedź, który zdecydowanie nie tańczył no i koszula też, gdzieś tam była, ale zniknęła pod brunatnobrązowym futrem. Najbardziej żal mu było diademu, który też został wchłonięty przez zwierzęcą formę. Z gardła aż dobył mu się rozżalony, krótki i żałosny dźwięk, przypominający bardziej nawoływanie, a może troskę o stan Erika? Czy był tu ktoś biegły w niedźwiedzim?
Plan był prosty. Miał sobie spokojnie podpierać ścianę, aż przyjdzie Morpheus, rozmówić się z nim, potem zdecydować czy chce tu zostać, czy nie.
Co mogło pójść nie tak?
Przez głowę lotem błyskawicy przetoczył mu się korowód myśli.
Powiedzieć, że czuł się niekomfortowo to mało. Pewność siebie i pozytywne samopoczucie nieoczekiwanie dostały jakąś tajemną dziurę w burcie i ten statek zdecydowanie zaczął tonąć. Nora wyglądała obłędnie, a każde jej słowo, złośliwe, pełne goryczy, zaczepności, przypominało mu o liście, który czytał tak niedawno. Każdy jej ruch, każde drżenie kącika... widywał ją przez te osiem lat, uciekał za każdym razem, by nie dopuszczać do konfrontacji, by nie musić się mierzyć z rozmową, która – kto wie, prędzej czy później między nimi pewnie nastąpi. Mówił sobie, że to dla jej dobra, ale nie oszukujmy się, tak było po prostu wygodniej. Z drugiej strony... dlaczego od miesięcy przesiadywał w barze jej babci i warowni, zamiast koczować u Ariela? Czyżby liczył na to, że skoro los zmusił go do wyprowadzki, to pomoże mu, aby w końcu porozmawiali?
Trzymając Erika, spojrzał niepewnie w stronę Perseusa. Te czujne czarne oczy, wychudzona sylwetka, szponiaste palce i niekończąca się ocena... Lubił z nim pić, lubił gdy się śmiali, ale teraz, teraz tak bardzo nie lubił faktu, jak bardzo Perseus przypomina mu jego matkę. Matkę, która była w stanie bez trudu odczytać jego intencje, myśli, marzenia, matkę, której teraz otwarcie się sprzeciwiał będąc tu z nimi wszystkimi, narażając się, angażując się, lubiąc ludzi, chcąc być częścią społeczności. Lekarz sam z siebie z pewnością reprezentował odmienne stanowisko, ale teraz dysonans poznawczy młodzika ugniótł go, nie wiedząc bardziej czy lękając się błyszczących w głowie oskarżeń wobec samego siebie, czy tego jak doświadczony psychiatra, widząc wszystko obmalowane na jego twarzy nie da mu żyć i siłą (perswazji raczej patrząc na stan jego mięśni) zaciągnie go na kozetkę.
I jeszcze Morpheus, który podszedł do nich z tym niewydarzonym szczurem. Wyglądał dokładnie tak, jak Samuel chciał początkowo wyglądać i próbował to opisać Brennie. Ptak o właściwym upierzeniu, idealnym na porę lęgową. Gdy przytulił się na powitanie, we wrażliwy nos uderzył go jego zapach, ciężar i słodycz dojrzałej śliwki doprawiony cierpkością niepozornej, biedniejszej siostry czereśni. Owoce były w zasięgu spożywczych możliwości Sama tylko smażone na smalcu, lub dodawane do pieczystego. Przełknął ślinę, wraz z gładkim komplementem.
To było mgnienie, tornado myśli, ręce zaczynały mu się pocić, czuł jak czerwień zalewa mu zbyt ekspresyjną twarz. Musiał coś zrobić, musiał skupić się na zadaniu...
– Odsuńcie się – warknął, może nazbyt chropowato, samemu przesuwając się o metr od nich. Erik był lekki, to nie był problem, by ściągnąć go na dół tak po prostu. Ale pozostawała to doskonała wymówka, by sięgnąć po rozwiązanie, którego nikt nie będzie miał mu za złe. Wszyscy – no może poza Neilem, ale walić to, jak zemdleje, żadna strata – wiedzieli, że jest animagiem. Jego oficjalnie jedyną zarejestrowaną w urzędach formą był niedźwiedź brunatny, który na dwóch łapach miał niemalże trzy metry. Wydłużając się i obrastając futrem, nabierając masy i adekwatnych, nie tak odległych od człowieka kształtów, zapewne "podfrunął" trzymającym go mężczyzną nieco wyżej (kto wie, może jednak sufit tego miejsca był zdecydowanie niżej?. Płynnie jednak opuścił łapę, którą Erik trzymał, tak by go sobie obniżyć i zagarnąć drugą do futrzastego objęcia w zaskakująco delikatnym geście. A potem opadł do normalnej czterołapiej pozycji z Erikiem, który miał do dyspozycji 400 kilową kotwicę, na wypadek gdyby mocno przelany drink, miałby go odlecieć z kimś. Tak, tak, to był oficjalny powód.
Miał być niedźwiedź tańczący w koszuli, ostatecznie był niedźwiedź, który zdecydowanie nie tańczył no i koszula też, gdzieś tam była, ale zniknęła pod brunatnobrązowym futrem. Najbardziej żal mu było diademu, który też został wchłonięty przez zwierzęcą formę. Z gardła aż dobył mu się rozżalony, krótki i żałosny dźwięk, przypominający bardziej nawoływanie, a może troskę o stan Erika? Czy był tu ktoś biegły w niedźwiedzim?