17.02.2024, 21:57 ✶
Nie chciałem tego mówić, a jednak sam wywołałem lawinę pytań w ustach Aveliny. Trudnych pytań, na które nie chciałem odpowiadać. Nie chciałem tu być. Nigdy w przeszłości nie chciałem się z nią przyjaźnić. Nie chciałem również jej współczucia czy miłości, czy czegokolwiek... A jednak. Stało się. Działo się. Było sobie. Wbrew mnie i moim przekonaniom, jak gdyby starożytni bogowie powrócili by bawić się moim życiem, mną niczym pierwszą lepszą zabawką, która wpadła im w palce. A teraz, hop, ukręcimy mu nosa, niech się zakocha w tej butnej Krukonce, której to tak nie znosił, z którą się wyzywał, którą gardził za obgryzanie warg... Przeklęte słowa, przeklęty myśli i obrazy, przeklęte uczucia.
Czemu? I czemu akurat skoczek? Na F3? Coś kombinowała czy sama nie wiedziała, co robi? Czy to może kolejny pstryk w nosa od samych bogów? Nie miałem siły by tu być, ale jednak byłem, bo ją szanowałem, bo zasługiwała na zakończenie tego rozdziału, nas. Oboje tego potrzebowaliśmy. Pytanie, kto bardziej? Ona czy może jednak ja?
Nie odpowiedziałem od razu. Wpatrzyłem się w to pole F3, na którym teraz stał skoczek. To naprawdę nic nie znaczyło. Po prostu popadałem w paranoję. Próbowałem to jakoś usprawiedliwić. Nie potrafiłem się skupić na szachach, ale nie zamierzałem pozwolić jej wygrać. Wciąż była we mnie determinacja. Nie zwykłem się poddawać w pojedynkach - czy to magicznych, czy w rozgrywkach szachów. Zrobię wszystko by wygrać, a jeśli przegram, zrobię wszystko, co w mojej mocy, by więcej się to nie powtórzyło. Szkoda, że nie przekładało się to na emocje. Byłbym kompletnie innym człowiekiem, nie popełniałbym tyle błędów.
- Nie wiem, co ci odpowiedzieć. Po prostu chciałem cię zobaczyć ten ostatni raz. Przy okazji zweryfikować twój poziom zadowolenia. Fajnie będzie dowalić Ślizgonowi, co? W końcu się doczekasz - zauważyłem z nieskrywanym żalem i nie miałem na myśli partii szachów, tylko nasze zerwane... właściwie co? To coś, co nas łączyło zagmatwanie poplątaną nicią w kolorze zgniłej czerwieni, zmieszanej z czernią i czymś odrażającym.
Złapałem za pionka i niemalże rzuciłem go na pole D6. Jeśli zechce mnie stratować koniem, to ja go zdepczę jak robaka.
- Czemu cały czas pracujesz w tej marnej aptece. Stać cię na coś więcej - stwierdziłem, nie schodząc z bojowego tonu. Byłem pewien, że jeśli pozwolę sobie na zejście z niego, to totalnie się rozsypię. Musiałem być twardą mendą. Jak w szkole Albo będę najtwardszą mendą, albo... będę nikim? Heh. Chyba jednak było już za późno. Dla mnie. Dla bycia najtwardszą mendą. Więc czemu to robiłem? Dla siebie? Czy dla niej? Czy byłem w stanie robić to dla niej? Chroniłem siebie. A może tak naprawdę nas...? Już się gubiłem. Lepiej było się skupić na rozgrywce - prosta plansza, jasne zasady, żadnych uczuć.
Czemu? I czemu akurat skoczek? Na F3? Coś kombinowała czy sama nie wiedziała, co robi? Czy to może kolejny pstryk w nosa od samych bogów? Nie miałem siły by tu być, ale jednak byłem, bo ją szanowałem, bo zasługiwała na zakończenie tego rozdziału, nas. Oboje tego potrzebowaliśmy. Pytanie, kto bardziej? Ona czy może jednak ja?
Nie odpowiedziałem od razu. Wpatrzyłem się w to pole F3, na którym teraz stał skoczek. To naprawdę nic nie znaczyło. Po prostu popadałem w paranoję. Próbowałem to jakoś usprawiedliwić. Nie potrafiłem się skupić na szachach, ale nie zamierzałem pozwolić jej wygrać. Wciąż była we mnie determinacja. Nie zwykłem się poddawać w pojedynkach - czy to magicznych, czy w rozgrywkach szachów. Zrobię wszystko by wygrać, a jeśli przegram, zrobię wszystko, co w mojej mocy, by więcej się to nie powtórzyło. Szkoda, że nie przekładało się to na emocje. Byłbym kompletnie innym człowiekiem, nie popełniałbym tyle błędów.
- Nie wiem, co ci odpowiedzieć. Po prostu chciałem cię zobaczyć ten ostatni raz. Przy okazji zweryfikować twój poziom zadowolenia. Fajnie będzie dowalić Ślizgonowi, co? W końcu się doczekasz - zauważyłem z nieskrywanym żalem i nie miałem na myśli partii szachów, tylko nasze zerwane... właściwie co? To coś, co nas łączyło zagmatwanie poplątaną nicią w kolorze zgniłej czerwieni, zmieszanej z czernią i czymś odrażającym.
Złapałem za pionka i niemalże rzuciłem go na pole D6. Jeśli zechce mnie stratować koniem, to ja go zdepczę jak robaka.
- Czemu cały czas pracujesz w tej marnej aptece. Stać cię na coś więcej - stwierdziłem, nie schodząc z bojowego tonu. Byłem pewien, że jeśli pozwolę sobie na zejście z niego, to totalnie się rozsypię. Musiałem być twardą mendą. Jak w szkole Albo będę najtwardszą mendą, albo... będę nikim? Heh. Chyba jednak było już za późno. Dla mnie. Dla bycia najtwardszą mendą. Więc czemu to robiłem? Dla siebie? Czy dla niej? Czy byłem w stanie robić to dla niej? Chroniłem siebie. A może tak naprawdę nas...? Już się gubiłem. Lepiej było się skupić na rozgrywce - prosta plansza, jasne zasady, żadnych uczuć.