Uniósł skromnie brwi. W sumie nie odprawiał jakichś wielkich cudów, przynajmniej jeszcze nie. To, że jeszcze nikomu nie urwał ręki przy użyciu standardowych zaklęć leczniczych, wynikało prędzej z tego, że testował je wielokrotnie i intensywnie. Nie uznawał swoich umiejętności za naturalny talent, a raczej coś, co wypracował na przestrzeni lat. Chociaż może podczas tego całego stażu okaże się, że jednak ma smykałkę do określonej dziedziny magicznej medycyny?
— Lubię, gdy jesteś taka pewna siebie — przyznał. Co się zaś tyczyło Rookwooda, to nie brał nawet pod uwagę, że jego nieobecność mogłaby być spowodowana jakimś wielkim problemem. Wprawdzie brak informacji, że się nie pojawi, mógł wzbudzać wątpliwości, ale może po prostu nie miał, kiedy napisać? Mógł się czegoś nażreć rano i teraz odchorowywał w łóżku. — Nadrobimy to... Kolacja u ciebie na chacie przy dobrej muzie to prawie jak ten bal.
Zaśmiał się krótko. Cóż, akurat chata starych Rudej była całkiem sporych rozmiarów, co w dużej ilości przypadków działało na ich korzyść. Na przykład, gdy odsypiali grubą imprezę i nie mieli gdzie się podziać. Gdyby spróbowali wbić do Lupinów, to prawdopodobnie wszyscy troje dostaliby ostry opierdol. Najpierw od rodziców Camerona, a potem od jego rodzeństwa, które poddałoby pod wątpliwość jego pochodzenie.
— Trzeba bronić takiego skarbu, co nie? — rzucił zawadiacko, zarzucając rękę na ramię Heather. Naturalnie rozprawiał tylko hipotetycznie, bo dużo bardziej prawdopodobne by było to, że sam by zrobił sobie krzywdę, próbując wysłać drugą osobę na tamten świat. Na jej pytanie tylko uniósł lekko kąciki ust, spuszczając na moment wzrok. — Nie wiem... Może jak dobrze rozegrasz ten wieczór, to się dowiesz.
Na tym urwała się ich rozmowa, gdyż podczas tego jakże kameralnego wywiadu, Cameron praktycznie zaczął się dusić, próbując ukryć chęć wybuchnięcia śmiechem. Z każdym kolejnym zdaniem, które opuszczało usta Heather, miał wrażenie, że zdają się dla dziennikarki coraz bardziej... pojebani. I to w najlepszym możliwym kontekście. Nie sądził, że Ruda potrafi tak ładnie grać pod publiczkę. Rozgrywała dziennikarkę, tak jak rozgrywała swoich przeciwników na boisku quidditcha. Tu tekst o kochankach, tutaj o wysokich wymaganiach, jedno zdjęcie, drugie zdjęcie i pewnie wyląduje w najnowszym wydaniu Czarownicy.
— A ty nie? Nie wiesz, co tracisz — powiedział, starając się brzmieć w taki sposób, jakby dziewczynę omijała niesamowita zabawa. — Będziesz musiała nadrobić zaległości. Eh, ty to chyba faktycznie potrzebujesz intensywnych zajęć dodatkowych.
Akcja ratunkowa w wykonaniu zaprzyjaźnionych z Longbottomami aurorów skończyła się równie szybko, jak się zaczęła i Lupin poczuł się tym nieco zawiedziony. A już myślał, że ta biba zaczynała się rozkręcać. Niby licytacja była całkiem fajna, ale nieoczekiwany atak bobra, to znaczy kobiety zmienionej w bobra, zdecydowanie przyciągnął uwagę niemałego tłumku. Brakowało jeszcze tylko dobrej muzyki i... Wtedy rozbrzmiała orkiestra. Cameron skrzywił się lekko. W najbliższym czasie zdecydowanie będą musieli wyskoczyć do jakiegoś tłumu. Więcej współczesności, mniej klasyki.
— Uno momento, skarbie. Muszę zrobić zapasy na później — Mrugnął niezdarnie do Heather, zanim ta ruszyła po talerze.
Cameron zniknął na chwilę we wciąż zaaferowanym bobrowym problemem tłumie, obierając bufet za swój główny cel. Zręcznie ominął kilka osób, cudem nie wywalając się, gdy jakaś kobieta wpadła mu pod nogi. Mimo tych trudności dotarł w końcu do stołu bufetowego. Oglądając przekąski przygotowane dla gości, z trudem powstrzymał się od ciężkiego westchnienia. Sałatki, sałatki, koreczki i jeszcze więcej sałatek. Czy gospodarze byli tak skupieni na znalezieniu dobrych fantów, że zupełnie olali kwestię wyżerki?
A nie, jednak nie, zrozumiał w końcu, gdy wypatrzył talerz z wędlinami i innymi szynkami. Nałożył sobie parę plasterków i wrócił do swojej partnerki, wyraźnie zadowolony z upolowanego posiłku. Oczywiście nie zamierzał odmawiać sobie słodkości. Bądź co bądź, to było darmowe żarcie, więc nie mógł przejść obojętnie wobec tortu. Odebrał od kelnera całkiem spory kawałek, nie widząc nic dziwnego w tym, że mieszał ze sobą mięso i ciasto.
— Możemy pójść do ogrodu. Z alkoholem oczywiście — zaproponował ochoczo. — Na wolny taniec jeszcze przyjdzie czas.
Uśmiechnął się porozumiewawczo do Rudej. Wprawdzie nie miał jakichś szczególnych preferencji, jednak jeśli już miał spędzić część tego wieczoru na parkiecie, to wolałby poczekać, aż na sali będzie nieco mniejszy tłum i trochę się przerzedzi. Mniejsza szansa, że podepcze kogoś oprócz Heather i narazi się jakiemuś arystokracie lub landlordzicy. Jeśli udało im się dojść do porozumienia, para ruszyła w stronę najbliższego baru, aby wyżebrać pożyczyć poprosić obsługę o wydanie im butelki dobrego alkoholu.