18.02.2024, 00:48 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 18.02.2024, 00:54 przez Maeve Chang.)
Babka zawsze powtarzała jej, żeby nie najadała się przed snem, bo potem będą się głupie rzeczy śnić.
W sensie mówiła tak za czasów, gdy jeszcze kontaktowała z wymiarem Ziemia, a Mewa była rozszalałym dzieciakiem. Nic więc dziwnego, że niewiele z tych nauk zapamiętała, a jeszcze mniej wniosła w dorosłe życie.
Akurat przemieszczała się z kuchni do siebie, co by spożyć kolację w zaciszu własnego pokoju. Głównie po to, żeby nie musieć obsłuchiwać, że je za troje, że gotuje jakieś mamałygi po nocach, ani żeby ktoś jej nagle nie wymyślił jakiegoś zadania bojowego. Szła więc powoli, człapiąc po deskach skrzypiącego pod stopami parkietu, w jednej ręce niosąc miskę z makaronem, w drugiej pałeczki. Co kilka kroków nawet jadła po trochu, nie mogąc wytrzymać aż dotrze do celu.
Wtem usłyszała nieboski krzyk brzmiący jak jej imię. Zastygła w ruchu, zmarszczyła czoło i brwi, po czym odruchowo się odwróciła, próbując zlokalizować drącego japę. Była przekonana, że wołali ją z dołu, z samej Palarni, ale ręki sobie uciąć by nie dała. Tak samo jak nie była pewna, do której siostry należał krzyk, aczkolwiek przynajmniej była pewna, że nie był to głos matki. Głównie dlatego, że tym razem obeszło się bez niechcianego gratisu w postaci dreszczu przebiegającego wzdłuż kręgosłupa.
Najpierw pomyślała, że nie chce jej się schodzić. Ma kolacje do zjedzenia i łóżko do zajęcia przez zależenie. Poza tym zwykle jak słyszała swoje imię krzyczane w ten sposób, to ktoś podejrzewał ją o zepsucie czegoś lub wykręcenie numeru i zwiastowało to zbliżającą się burę. A Maeve wolałaby zepsutego wieczoru uniknąć.
No ale zeszła.
Bo co jeśli się waliło i paliło tam na dole? Co jeśli było to wołanie o ratunek? A co jeśli ktoś potrzebuje pomocy i jak zwykle zawołał ją, bo jej imię jest najkrótsze?
Schodziła sprawnie, ale bez pośpiechu - nie biega się z jedzeniem. Nie zajęło jej to jednak wiele czasu, więc w końcu przeszła przez drzwi prowadzące do frontu Palarnii i jeszcze zanim zdążyła rzucić okiem na sytuację, z pełnymi ustami zapytała:
- Czego? -
Wtedy jednak podniosła wzrok znad makaronu i adrenalina uderzyła jej do głowy mocniej, niż ostrość pieprzu syczuańskiego, z którym ewidentnie przesadziła i jak sypała, to ręka jej się omsknęła. Kiedy zobaczyła błysk ostrza zbliżającego się w kierunku Marilli, miska wypadła jej z ręki. Kawałki porcelany posypały się po podłodze wraz z zawartością, a Maeve - plując sobie w brodę, że nie zeszła szybciej - obkręciła pałeczki w drugiej ręce tak, by łatwiej wbić je napastnikowi w szyję. Czy gdziekolwiek, gdzie zaboli najbardziej.
- Zostaw ją, śmieciu - warknęła, rzucając się na gościa i nabierając w drodze o kilka centymetrów więcej, by dorównać mu wzrostem. Kolor oczu Maeve też zmieniał się jak kalejdoskopie, świadcząc o tym, że równie gwałtownie buzują w niej teraz emocje.
W sensie mówiła tak za czasów, gdy jeszcze kontaktowała z wymiarem Ziemia, a Mewa była rozszalałym dzieciakiem. Nic więc dziwnego, że niewiele z tych nauk zapamiętała, a jeszcze mniej wniosła w dorosłe życie.
***
Akurat przemieszczała się z kuchni do siebie, co by spożyć kolację w zaciszu własnego pokoju. Głównie po to, żeby nie musieć obsłuchiwać, że je za troje, że gotuje jakieś mamałygi po nocach, ani żeby ktoś jej nagle nie wymyślił jakiegoś zadania bojowego. Szła więc powoli, człapiąc po deskach skrzypiącego pod stopami parkietu, w jednej ręce niosąc miskę z makaronem, w drugiej pałeczki. Co kilka kroków nawet jadła po trochu, nie mogąc wytrzymać aż dotrze do celu.
Wtem usłyszała nieboski krzyk brzmiący jak jej imię. Zastygła w ruchu, zmarszczyła czoło i brwi, po czym odruchowo się odwróciła, próbując zlokalizować drącego japę. Była przekonana, że wołali ją z dołu, z samej Palarni, ale ręki sobie uciąć by nie dała. Tak samo jak nie była pewna, do której siostry należał krzyk, aczkolwiek przynajmniej była pewna, że nie był to głos matki. Głównie dlatego, że tym razem obeszło się bez niechcianego gratisu w postaci dreszczu przebiegającego wzdłuż kręgosłupa.
Najpierw pomyślała, że nie chce jej się schodzić. Ma kolacje do zjedzenia i łóżko do zajęcia przez zależenie. Poza tym zwykle jak słyszała swoje imię krzyczane w ten sposób, to ktoś podejrzewał ją o zepsucie czegoś lub wykręcenie numeru i zwiastowało to zbliżającą się burę. A Maeve wolałaby zepsutego wieczoru uniknąć.
No ale zeszła.
Bo co jeśli się waliło i paliło tam na dole? Co jeśli było to wołanie o ratunek? A co jeśli ktoś potrzebuje pomocy i jak zwykle zawołał ją, bo jej imię jest najkrótsze?
Schodziła sprawnie, ale bez pośpiechu - nie biega się z jedzeniem. Nie zajęło jej to jednak wiele czasu, więc w końcu przeszła przez drzwi prowadzące do frontu Palarnii i jeszcze zanim zdążyła rzucić okiem na sytuację, z pełnymi ustami zapytała:
- Czego? -
Wtedy jednak podniosła wzrok znad makaronu i adrenalina uderzyła jej do głowy mocniej, niż ostrość pieprzu syczuańskiego, z którym ewidentnie przesadziła i jak sypała, to ręka jej się omsknęła. Kiedy zobaczyła błysk ostrza zbliżającego się w kierunku Marilli, miska wypadła jej z ręki. Kawałki porcelany posypały się po podłodze wraz z zawartością, a Maeve - plując sobie w brodę, że nie zeszła szybciej - obkręciła pałeczki w drugiej ręce tak, by łatwiej wbić je napastnikowi w szyję. Czy gdziekolwiek, gdzie zaboli najbardziej.
- Zostaw ją, śmieciu - warknęła, rzucając się na gościa i nabierając w drodze o kilka centymetrów więcej, by dorównać mu wzrostem. Kolor oczu Maeve też zmieniał się jak kalejdoskopie, świadcząc o tym, że równie gwałtownie buzują w niej teraz emocje.
I wanna skin you alive
I wanna wear your flesh
— like a costume —
I wanna wear your flesh
— like a costume —