Drgnął, zaskoczony zaklęciem. Nie zdążyłby się uchylić, wiedział to bez spoglądania w głąb swojego serca. Nie był w tym dobry, nie widział nadchodzącego magicznego ciosu, na czym zwykle polegał w misjach terenowych. Brenna miała rację. Musiał myśleć nad wyjściem, nie zgrywaniem bohatera. Dlatego obserwował, w dwojaki sposób.
Wzrok Morpheusa zmatowiał, dziwna koncentracja dnia codziennego wyparowała. Już nie spoglądał z najwyższą uwagą przed siebie i w stronę dzieciątek, możliwie idących na rzeź czasu i przestrzeni, a w mniej uchwytną materię prekognicji. Ciężko spoglądało się w tym niebycie na cokolwiek, zamiast delikatnych nici, które muskał opuszkiem i zrywał oddechem, wykluczając pewne wątki i wzory, poruszał się w przestrzeni ektoplazmy, pachnącej spalonym cukrem i opiłkami stali. Te ostatnie zaś zdawały się ranić jego skórę, gdy sięgał po wizję przyszłości.
Robiło mu się niedobrze.
Odezwał się cichym, nieobecnym głosem, jakby z głębin, czeluści Tartaru, ale jeszcze nie rozszczepionym na wiele tonów Przepowiedni, z wielkiej litery. Słyszalny był jedynie trud, z jakim spotykał się, gdy próbował wieszczyć, sięgając znacznie głębiej do kotła przyszłości, niż to rozsądne, a jednak widząc tylko kilkusekundowe przebłyski. Nawet płynność i erudycja Morpheusa wyparowały, szatkując jego mowę.
— Zaklęcie na schodach. Możliwie pułapka. Czarownik. Wasz zbiegły? Jakiś inny? Ktoś zamknięty tutaj? Na pewno nikt z nas, ma inne buty. Czas nie płynie tu dobrze.
Starszy Longbottom miał na twarzy ten wyraz, którego można się spodziewać po kimś, kto planuje morderstwo zdecydowanie bez zimnej krwi, z pasją i planem. Brenna wiedziała, że nie było niczego, co doprowadzało wujka do białej gorączki, jak niemożliwość podglądania przyszłości, a jedyne ograniczenia, jakie uznawał, to te stworzone samemu sobie, ze względu na niezbyt przyjemne (dla niego) wizje nocy poślubnych swoich braci, zbyt wybuchowych kłótni lub żenujących sytuacji kogoś z rodziny.
Odruchowo, skierowany głosem Rodolphusa ku dywanowi, chciał podnieść go w górę i zatrzymać w czasie, ale jedyne zaklęcie, które przyniosło efekt, to zaklęcie przedmiotu w żywicy moment, blokada upływu, zniszczenia, przemiany. Najbardziej nienaturalna forma świata: zastój. Zredukował możliwości, jakie dawał przedmiot, do egzystencji w milisekundzie momentu, w którym dotknął go czar, przez przynajmniej kilka minut. O ile w tej przestrzeni coś takiego, jak minuta istniało.
— Jeśli wszystko jest odwrócone — szepnął do nich — Potrzebujemy albo odwrotności wyjścia albo lustra.
rzut na podniesienie (fail) i zatrzymanie w czasie (sukces)