Miękkie niebo, kłaniające się do skalanej złocistymi wstęgami ziemi, rozlewało na swoich połach wczesny zmierzch, szykując się do najkrótszej tego roku nocy. Budziło uśmiechy, zaklęte gdzieś pośród westchnień miałkich i solidnych na przemian, a ostatnie tchnienie słońca czyniło z wszechrzeczy nie tandetny blichtr, a lśniący przepych. Wszystko było tak absurdalnie zjednane, karykaturalnie wręcz opiewane, pozbawione logiki, a bogate w te mary, które szukały marzeń nad arkanami chmur. Obłoki wszak, pędzone niespiesznym wiatrem, wędrowały po nieboskłonie, przysłaniając co rusz ognistą kulę, która chowała się powoli za horyzontem. Dolina Godryka, zraniona i okraszona tym całym złem, które zebrało się na jego łąkach, potrzebowała wytchnienia.
Tak jak i ona, odziana w letnią, białą sukienkę, kończącą się nad kolanem, zdobioną ażurem – loki zaś, opadały swobodnie falą na ramiona i plecy, okraszając drobną, alabastrową buzię nimbem. Bystre spojrzenie błękitnych tęczówek, otulonych welonem jasnych rzęs, sunęło po obecnych, gdy zaciskała dłonie na materiale sukienki.
Było w tym coś fatalistycznego, bolesnego i ukazywało te jątrzące się rany, które nie miały okazji się zagoić. A jednak na wargach lawirował nieprzejednany uśmiech – tak, jakby miała zażegnać to kłujące fatum. Przełknęła ślinę odrobinę ciężej, wpychając na proscenium myśli tchnienie, jakoby była tu, aby dobrze się bawić. Alastor wysłał ją na wakacje do Doliny niekierowany zbytkiem egzaltacji, za to z pewnością czerpiąc żywo z troski.
Potrzebowała tego. Potrzebowała oddechu od londyńskiego bruku.
Powiedz mi, dlaczego niebo skłania się ku ziemi; powiedz, dlaczego lawirujemy pośród tych okropieństw jak sputniki, pozwalając membranie pamięci okryć całunem to, co się stało; dlaczego spośród tych wszystkich chichotów losu, akurat ten musiał opaść barchanową płachtą na nas.
Wzięła głęboki wdech.
Zauważywszy pośród ciżby bawiących się, znajomą czuprynę, co skierowało jej kroki. Kąciki jej ust zadrżały, jakby jeszcze szukała kurażu, jednak przed nim pojawiła się już z osjanicznym uśmiechem.
– Pan Samuel? – zawołała, wyciągając ku niemu chuderlawe ramiona.
Gdy otuliła go nimi, poczuła zapach lasu i tajemnicy; obiecanego i zakazanego jednocześnie.
– Przyszedł pan na zabawę? Będzie to nietaktowne, jeśli zaproponuję panu swoje towarzystwo? – zaświergotała, odsuwając się odrobinę.
Bo tego przecież potrzebowała – towarzystwa, wytchnienia i pochłonięcia. Nigdy nie szukała uciech w cudzych ramionach, tym razem było nie inaczej, ale tym razem potrzebowała kogoś, kto wyciśnie z niej wszystko, co złe; wszystko, co w umyśle nimfy leśnej spłonęło.