18.02.2024, 12:16 ✶
Tak, to był pług. Zdecydowanie powinienem być bardziej pewniejszy siebie w swoich wypowiedziach, inaczej mogłem wyjść na niekompetentnego. A na co komu niekompetentny antropolog? Do zapychania stanowiska, gdyż jego Ojciec był poważanym urzędnikiem? Ach, to byłoby najgorsze, co mogłoby mnie spotkać. I tak wiele zawdzięczałem Chesterowi, więc nie chciałem mu jeszcze zawdzięczać ścieżek swojej kariery, choć - o, zgrozo - to właśnie on nią kierował. Rysował linie, które od zawsze prowadziły mnie do Ministerstwa Magii. Nic innego, tylko Ministerstwo Magii. Na antropologię wepchnąłem siebie sam. Mówił, że jestem tu faktycznie przydatny, ale czy aby na pewno był dumny z tego, że jego syn babrał się po łokcie w trupach...? Nie byłem pewien. Zastanawiałem się, czy nie liczył, że wraz z rodzeństwem pójdziemy drogą aurora, dokładnie tak jak On. Trochę się rozproszyliśmy. Czasami rozważałem, czy nie dołączyć do Vespery. Może właśnie tam było ostatecznie moje miejsce?
Ech, mogłem sobie zadawać pytania, ale to i tak nie zmieniało następującej sytuacji. Coś niebezpiecznego czaiło się w Kniejach. Coś, co prawdopodobnie zabijało swoją mocą, energią, aurą, oddechem, pierdem czy czymkolwiek. Czymś, o czym nie mieliśmy jeszcze pojęcia. Kuszące by się temu przyjrzeć z bliska. I równie mocno niebezpieczne. Mogłem skończyć jak Thomas. Bez życia, bez jakiejkolwiek energii... Coś ją wciągnęło, tę moc z nich, całe życie. Karmiło się nią czy może rosło w siłę...? W jaki sposób to robiło? I przede wszystkim - dlaczego?
- Departament Tajemnic... To bardzo subiektywne, ocenić, co powinno zostać odtajnione przed społeczeństwem, a co nie - zauważyłem, kiwając przy tym głową. - Obstawiam, że ich wiedza mogłaby niejednokrotnie znacznie przyspieszyć naszą pracę, moją czy twoją, ale, cóż, rządzą się własnymi prawami - dodałem również z nieskrywaną niechęcią do tego działu. Niechęcią, ale też niemałą pokusą w sercu by poznać to, co skrywane przed światem. Oni to mieli tam, schowane w swoich korytarzach, biurach, komnatach. Obawiałem się jednak, że nie przeszedłbym pozytywnie tych wszystkich wymyślnych testów Departamentu Tajemnic. Obawiałem się również, że przeszedłbym je aż nader pozytywnie. Wiedza to potęga, ale również odpowiedzialność. Może właśnie stąd brała się ta specyficzna aura u Niewymownych? Nosili na swoich barkach karby wiedzy tajemnej i z nikim nie mogli się tym podzielić. To pozostawało jedynie w ich hermetycznym klubie, niedostępne dla gawiedzi, dla nas... na pozór prostych czarodziejów.
- Będę zobowiązany, jeśli coś ustalisz w temacie tego zestarzenia się. Czarodziej uczy się całe życie, a praktyka czyni mistrza - zauważyłem niezrażony, nieco pogodny, ale tez nieco zaciekawiony. Nie przepadałem za nierozwiązanymi sprawami, a ta para denatów nie bez powodu zajęła mi dużo czasu. Szukałem odpowiedzi, których nie byłem w stanie wyczytać z samych ciał. Potrzebowałem więcej informacji, punktu zaczepienia. Dawno nie zrobiłem tak szczegółowej sekcji zwłok, a to również nic nie pomogło. Nie mogłem również ukryć, że to na swój sposób zaprzątało mój umysł, irytowało, doprowadzało do szewskiej pasji. Pragnąłem być najlepszy, niezawodny, idealny.
- Cóż, myślę, że jesteśmy dogadani. W razie potrzeby jestem do waszej dyspozycji - odparłem, robiąc krok w tył, tym samym dając znać Atreusowi, że właściwie koniec audiencji. Nic dodać, nic ująć. Robota czekała, więc trzeba było powrócić do swoich obowiązków. Miałem jeszcze kilka tomów do przewertowania w tej sprawie i zwłoki w lodówce dotyczące kompletnie innej sprawy. Czekały na rozpakowanie, ale to nie było coś wymagającego, więc postanowiłem odłożyć to na drugą część dnia.
Nie żałowałem, że zaproponowałem Atreusowi moją pracę w plenerze. Jeśli miałoby mi to pomóc w odnalezieniu odpowiedzi na nurtujące mnie pytania, to mogłem nawet ubabrać się po szyję w bagnie, byleby dowiedzieć się więcej, być może rozwiązać zagadkę, rozwinąć się bardziej, może wykluć, bo wciąż tu gdzieś w sobie czułem tę barierę, to ograniczenie; pewny, że mogę rozłożyć skrzydła i pokazać światu swoją potęgę. Niestety, nie byłem w stanie namierzyć, gdzie się ona kryła, w jaki sposób mógłbym do niej dotrzeć. Potrzebowałem kopać by móc, by być wystarczającym, by odegrać jakąś rolę, być ważnym, a przede wszystkim by mieć możliwość ochrony bliskich. Tak, potrzebowałem tego czegoś, ale czy ta siła, co zabrała życie Thomasowi i Marthcie miała mi w tym w jakikolwiek sposób pomóc?
Ech, mogłem sobie zadawać pytania, ale to i tak nie zmieniało następującej sytuacji. Coś niebezpiecznego czaiło się w Kniejach. Coś, co prawdopodobnie zabijało swoją mocą, energią, aurą, oddechem, pierdem czy czymkolwiek. Czymś, o czym nie mieliśmy jeszcze pojęcia. Kuszące by się temu przyjrzeć z bliska. I równie mocno niebezpieczne. Mogłem skończyć jak Thomas. Bez życia, bez jakiejkolwiek energii... Coś ją wciągnęło, tę moc z nich, całe życie. Karmiło się nią czy może rosło w siłę...? W jaki sposób to robiło? I przede wszystkim - dlaczego?
- Departament Tajemnic... To bardzo subiektywne, ocenić, co powinno zostać odtajnione przed społeczeństwem, a co nie - zauważyłem, kiwając przy tym głową. - Obstawiam, że ich wiedza mogłaby niejednokrotnie znacznie przyspieszyć naszą pracę, moją czy twoją, ale, cóż, rządzą się własnymi prawami - dodałem również z nieskrywaną niechęcią do tego działu. Niechęcią, ale też niemałą pokusą w sercu by poznać to, co skrywane przed światem. Oni to mieli tam, schowane w swoich korytarzach, biurach, komnatach. Obawiałem się jednak, że nie przeszedłbym pozytywnie tych wszystkich wymyślnych testów Departamentu Tajemnic. Obawiałem się również, że przeszedłbym je aż nader pozytywnie. Wiedza to potęga, ale również odpowiedzialność. Może właśnie stąd brała się ta specyficzna aura u Niewymownych? Nosili na swoich barkach karby wiedzy tajemnej i z nikim nie mogli się tym podzielić. To pozostawało jedynie w ich hermetycznym klubie, niedostępne dla gawiedzi, dla nas... na pozór prostych czarodziejów.
- Będę zobowiązany, jeśli coś ustalisz w temacie tego zestarzenia się. Czarodziej uczy się całe życie, a praktyka czyni mistrza - zauważyłem niezrażony, nieco pogodny, ale tez nieco zaciekawiony. Nie przepadałem za nierozwiązanymi sprawami, a ta para denatów nie bez powodu zajęła mi dużo czasu. Szukałem odpowiedzi, których nie byłem w stanie wyczytać z samych ciał. Potrzebowałem więcej informacji, punktu zaczepienia. Dawno nie zrobiłem tak szczegółowej sekcji zwłok, a to również nic nie pomogło. Nie mogłem również ukryć, że to na swój sposób zaprzątało mój umysł, irytowało, doprowadzało do szewskiej pasji. Pragnąłem być najlepszy, niezawodny, idealny.
- Cóż, myślę, że jesteśmy dogadani. W razie potrzeby jestem do waszej dyspozycji - odparłem, robiąc krok w tył, tym samym dając znać Atreusowi, że właściwie koniec audiencji. Nic dodać, nic ująć. Robota czekała, więc trzeba było powrócić do swoich obowiązków. Miałem jeszcze kilka tomów do przewertowania w tej sprawie i zwłoki w lodówce dotyczące kompletnie innej sprawy. Czekały na rozpakowanie, ale to nie było coś wymagającego, więc postanowiłem odłożyć to na drugą część dnia.
Nie żałowałem, że zaproponowałem Atreusowi moją pracę w plenerze. Jeśli miałoby mi to pomóc w odnalezieniu odpowiedzi na nurtujące mnie pytania, to mogłem nawet ubabrać się po szyję w bagnie, byleby dowiedzieć się więcej, być może rozwiązać zagadkę, rozwinąć się bardziej, może wykluć, bo wciąż tu gdzieś w sobie czułem tę barierę, to ograniczenie; pewny, że mogę rozłożyć skrzydła i pokazać światu swoją potęgę. Niestety, nie byłem w stanie namierzyć, gdzie się ona kryła, w jaki sposób mógłbym do niej dotrzeć. Potrzebowałem kopać by móc, by być wystarczającym, by odegrać jakąś rolę, być ważnym, a przede wszystkim by mieć możliwość ochrony bliskich. Tak, potrzebowałem tego czegoś, ale czy ta siła, co zabrała życie Thomasowi i Marthcie miała mi w tym w jakikolwiek sposób pomóc?
Koniec sesji