18.02.2024, 18:44 ✶
Effie nie odpowiadała, co wprowadziło Macmillan w jeszcze większą konsternację. Jej oczywistym, pierwszym instynktem było znaleźć się bliżej ukochanej Trelawney, więc podczołgała się do niej i zaczęła ją szturchać, chcąc sprawdzić, czy przyniesie to jakąkolwiek reakcję. A jej oczy? Czy ona w ogóle była przytomna? Czy oddychała? Chciała wyciągnąć ze stanu dziewczyny jak najwięcej informacji, chociaż delikatny głos towarzyszącego im dziewczęcia mówił, że wcale nie umarły. Kłębiąca się w niej panika szybko jednak minęła. Nie rozumiała do końca dlaczego, przecież stan Effimery był czymś, co powinno doprowadzać ją teraz do gorączki, a zamiast tego zachwyciła się delikatną, wiosenną bryzą tańczącą wokół nich wszystkich.
Może prawda była taka, że pytanie o śmierć zadała z nadzieją? Może... może w takim właśnie miejscu, gdzieś głęboko w zaświatach miała wreszcie poczuć się spokojnie?
Wciąż pochylając się nad Efiimery, podążyła wzrokiem w kierunku kobiety, później na wskazywane przez nią miejsca. Uszczypnęła się w rękę dla pewności, że nie był to sen, ale sytuacja nachalnie wciskała jej do głowy myśli o tym, co spotkało Victorię Lestrange i strasznie ją to wszystko zirytowało. Ponadludzki byt bawiący się za jakąś zasłoną, mówiący rzeczy tak, jakby miały być dla niej oczywiste - ona jednak nie doszukała się w swoich myślach żadnych poszlak, więc nie miała się do czego odnieść. Przepełniona spokojem, nie odczuwała już żalu do Matki za to, że nigdy nie słuchała jej modlitw, a jednak nie potrafiła już nie podchodzić do tego wszystkiego bez dużej dawki krytyczności.
- Skąd myśl, że ktokolwiek ofiarował coś bogom?
Macmillan zmarszczyła nos, wstając.
- Isobell wyglądała, jakby chciała nas zaszlachtować tylko i wyłącznie dla własnej uciechy pszelania ich klwi i enelgii na ten stół, co pszypomina bahdziej naghrobną płytę niżeli święte miejsce.
Może prawda była taka, że pytanie o śmierć zadała z nadzieją? Może... może w takim właśnie miejscu, gdzieś głęboko w zaświatach miała wreszcie poczuć się spokojnie?
Wciąż pochylając się nad Efiimery, podążyła wzrokiem w kierunku kobiety, później na wskazywane przez nią miejsca. Uszczypnęła się w rękę dla pewności, że nie był to sen, ale sytuacja nachalnie wciskała jej do głowy myśli o tym, co spotkało Victorię Lestrange i strasznie ją to wszystko zirytowało. Ponadludzki byt bawiący się za jakąś zasłoną, mówiący rzeczy tak, jakby miały być dla niej oczywiste - ona jednak nie doszukała się w swoich myślach żadnych poszlak, więc nie miała się do czego odnieść. Przepełniona spokojem, nie odczuwała już żalu do Matki za to, że nigdy nie słuchała jej modlitw, a jednak nie potrafiła już nie podchodzić do tego wszystkiego bez dużej dawki krytyczności.
- Skąd myśl, że ktokolwiek ofiarował coś bogom?
Macmillan zmarszczyła nos, wstając.
- Isobell wyglądała, jakby chciała nas zaszlachtować tylko i wyłącznie dla własnej uciechy pszelania ich klwi i enelgii na ten stół, co pszypomina bahdziej naghrobną płytę niżeli święte miejsce.
she is passion embodied,
a flower of melodrama
in eternal bloom.
a flower of melodrama
in eternal bloom.