18.02.2024, 21:03 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 19.02.2024, 13:52 przez Brenna Longbottom.)
Rozmawiam z Vincem, zanim ten odchodzi i tańczę z Atre, o ile ten nie zmieni zdania
– Na pewno wydaje się… lubić stawiać na swoim – powiedziała dyplomatycznie, bo w głębi ducha miała wrażenie, że Edward Prewett jednak uważał się za nieco sprytniejszego niż był w rzeczywistości. Ale Vincentowi na pewno nie było tak prosto, chociaż do tej pory całkiem ładnie wywijał się od wszystkich zakusów starszego brata i ojca.
– Obawiam się, że byłaby bardzo mało ciekawa. To raczej ludzie wokół mnie mają ciekawsze życiorysy, a byłoby trochę głupio zdradzać ich tajemnice, nie uważasz? – stwierdziła, uśmiechając się przelotnie. Brat wilkołak – celebryta, rodzina, ukrywająca się przed krewnymi, chłopiec, który po śmierci brata umknął spod zaklęć śmierciożerców, dziewczyna nakłaniana do ślubu z wampirem, i tak dalej, i tak dalej… życie Brenny natomiast było pełne kłopotów, ale tak naprawdę choćby gdyby opisać to Vincenta byłoby bardziej… nietypowe.
– Cześć – przywitała się, kiedy Atreus do nich podszedł. – Świetliki Pandory chyba cię polubiły – stwierdziła, spoglądając na jego włosy, teraz błyszczące od świateł, a potem przeniosła na moment spojrzenie na Vincenta. – A kto powiedział, że planuję dzisiaj w ogóle siadać, Vinc? To impreza, a nie spotkanie przy bingo emerytów. I oczywiście, że nie mam zamiaru pić drinków, ktoś tutaj musi być rozsądny i… w sumie to niech wszyscy bogowie mają nas w opiece, skoro padło na mnie – mruknęła, te słowa po drobnej pauzie dodając jakby z pewnym zamyśleniem, bo trzeźwa to mogła być, ale zdawanie tych wszystkich ludzi na rozsądek jej jednej jedynej nie było najlepszym pomysłem. Rozsądek Brenny czasem działał doskonale, a czasem postanawiał się ni z tego ni z owego wyłączyć.
Z powierzchni „jeziora”, obrośniętej krzakami, w półmroku, rozpraszanym błękitnymi światłami, nie rozglądając się za mocno, nie zauważyła tego niedźwiedzia. Inaczej pewnie już by ich obu tutaj zostawiła, pełna paniki biegnąc ku Samowi. Trochę w naiwnym przekonaniu, że gości przerazi widok miśka i zaraz wybuchnie chaos (nie zdawała sobie w pełni sprawy, że wszyscy uznają, że skoro to zabawa Brenny, to znaczy, że tak miało być), trochę w obawie, że biedny Samuel potrzebuje pomocy.
– Pewnie – skwitowała krótko zaproszenie, ujmując zimną dłoń, chociaż na moment jej spojrzenie uciekło gdzieś ku scenie, gdy głos, który zaczął śpiewać wydał się jej jakoś… znajomy?
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.