19.02.2024, 01:23 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 19.02.2024, 01:23 przez Atreus Bulstrode.)
tańczę z Brenną
Wzruszył jeszcze ramionami na słowa Viki. Mogła być i marchew, a mogły być też na nowo ogórki. Tych nigdy przecież za wiele, a przynajmniej tak mu się zdawało, bo te schodziły szybko i do wódki i do obiadu, a jak się piło wódkę do obiadu? Wtedy to już kurczyły się ich zapasy w zastraszającym tempie.
Spojrzał na Vincenta, marszcząc przy tym brwi, a potem przeczesał włosy palcami, bo chyba o to mu właściwie chodziło. Świetliki zakręciły się nieco dookoła jego palców, ale większość z nich wciąż rozświetlało mu pasma. Cóż, trudno. Jak mu tak było do śmiechu, to kim on był, żeby mu tego zabraniać.
- Są Pandory? No proszę, całkiem fajne. Kręci się może gdzieś tutaj? - zapytał, bo w sumie nie widział nigdzie kuzynki, ale może zwyczajnie umknęła mu gdzieś w tłumie. - Na zdrowie - rzucił do Prewetta z uśmiechem podobnym do tego, który Vincent posłał jemu. Potem pociągnął Brennę za sobą na parkiet, skutecznie uniemożliwiając jej tym samym zauważenie co w ogóle wyprawiało się przy grupce Erika.
- Paskudo? Z jego strony to niemal pieszczotliwe określenie - rzucił, ujmując ją w pasie i prowadząc do rytmu muzyki. Podobnie jednak jak jej, głos wokalistki wydał mu się całkiem znajomy, więc mimowolnie jego spojrzenie powędrowało gdzieś w bok, szukając śpiewaczki. - No proszę, zgaduję, że to te drinki, tak? - parsknął rozbawiony, kiedy odnalazł spojrzeniem Victorię. Musiał jej przyznać, że słuchało się naprawdę przyjemnie, a nigdy w sumie nie posądzał jej o zacięcie wokalne. - Przed chwilą wypiliśmy i w sumie barman nas ostrzegał, ale szczerze, to ja chyba nic nie czuję? - wzruszył ramionami. Istniało jednak prawdopodobieństwo, że zwyczajnie nie zastanawiał się nad tym, co nim mogło powodować.
- Wiesz, chodziła mi po głowie ostatnio taka jedna rzecz odnośnie tego, co mi powiedziałaś po tym, jak złamałaś mi nos - zastanowił się przez moment, czy w ogóle chce to powiedzieć, ale coś pchało go do przodu. Mimowolnie poruszył dłonią, która spoczywała na jej talii, jakby chciał pochwycić ją nieco mocniej, bojąc się że zaraz wywinie się z jego uścisku, kiedy tylko zawieszone na moment słowa wreszcie wymkną się na światło dzienne. Im bardziej jednak o tym myślał, tym bardziej nie mógł się przed nimi powstrzymać. - Naprawdę się we mnie zakochałaś? Nie mam nic przeciwko, a tak po prawdzie schlebia mi to, ale odniosłem wrażenie, że ta opcja nie wchodzi w grę, szczególnie kiedy rodzina patrzy. A wiesz, nie wiem czy jestem gotowy na życie w ukryciu - co jednak mógł zrobić, to ubrać te słowa w zawadiacki, tak typowy dla siebie uśmiech, kiedy zaglądał jej prosto w oczy. Jakby chciał w ten sposób zmienić to pytanie w zwykły żart, zwykłą zaczepkę. Ale prawdą było - taką, której nie był w stanie przyznać przed samym sobą otwarcie - że łamanie magii Beltane pozostawało po sobie coś, co wcale już wynikiem magii nie było. Były to najprawdziwsze uczucia, które pojawiły się z czasem, kiedy krążyli wokół siebie wabieni tym charakterystycznym przyciąganiem.
Wzruszył jeszcze ramionami na słowa Viki. Mogła być i marchew, a mogły być też na nowo ogórki. Tych nigdy przecież za wiele, a przynajmniej tak mu się zdawało, bo te schodziły szybko i do wódki i do obiadu, a jak się piło wódkę do obiadu? Wtedy to już kurczyły się ich zapasy w zastraszającym tempie.
Spojrzał na Vincenta, marszcząc przy tym brwi, a potem przeczesał włosy palcami, bo chyba o to mu właściwie chodziło. Świetliki zakręciły się nieco dookoła jego palców, ale większość z nich wciąż rozświetlało mu pasma. Cóż, trudno. Jak mu tak było do śmiechu, to kim on był, żeby mu tego zabraniać.
- Są Pandory? No proszę, całkiem fajne. Kręci się może gdzieś tutaj? - zapytał, bo w sumie nie widział nigdzie kuzynki, ale może zwyczajnie umknęła mu gdzieś w tłumie. - Na zdrowie - rzucił do Prewetta z uśmiechem podobnym do tego, który Vincent posłał jemu. Potem pociągnął Brennę za sobą na parkiet, skutecznie uniemożliwiając jej tym samym zauważenie co w ogóle wyprawiało się przy grupce Erika.
- Paskudo? Z jego strony to niemal pieszczotliwe określenie - rzucił, ujmując ją w pasie i prowadząc do rytmu muzyki. Podobnie jednak jak jej, głos wokalistki wydał mu się całkiem znajomy, więc mimowolnie jego spojrzenie powędrowało gdzieś w bok, szukając śpiewaczki. - No proszę, zgaduję, że to te drinki, tak? - parsknął rozbawiony, kiedy odnalazł spojrzeniem Victorię. Musiał jej przyznać, że słuchało się naprawdę przyjemnie, a nigdy w sumie nie posądzał jej o zacięcie wokalne. - Przed chwilą wypiliśmy i w sumie barman nas ostrzegał, ale szczerze, to ja chyba nic nie czuję? - wzruszył ramionami. Istniało jednak prawdopodobieństwo, że zwyczajnie nie zastanawiał się nad tym, co nim mogło powodować.
- Wiesz, chodziła mi po głowie ostatnio taka jedna rzecz odnośnie tego, co mi powiedziałaś po tym, jak złamałaś mi nos - zastanowił się przez moment, czy w ogóle chce to powiedzieć, ale coś pchało go do przodu. Mimowolnie poruszył dłonią, która spoczywała na jej talii, jakby chciał pochwycić ją nieco mocniej, bojąc się że zaraz wywinie się z jego uścisku, kiedy tylko zawieszone na moment słowa wreszcie wymkną się na światło dzienne. Im bardziej jednak o tym myślał, tym bardziej nie mógł się przed nimi powstrzymać. - Naprawdę się we mnie zakochałaś? Nie mam nic przeciwko, a tak po prawdzie schlebia mi to, ale odniosłem wrażenie, że ta opcja nie wchodzi w grę, szczególnie kiedy rodzina patrzy. A wiesz, nie wiem czy jestem gotowy na życie w ukryciu - co jednak mógł zrobić, to ubrać te słowa w zawadiacki, tak typowy dla siebie uśmiech, kiedy zaglądał jej prosto w oczy. Jakby chciał w ten sposób zmienić to pytanie w zwykły żart, zwykłą zaczepkę. Ale prawdą było - taką, której nie był w stanie przyznać przed samym sobą otwarcie - że łamanie magii Beltane pozostawało po sobie coś, co wcale już wynikiem magii nie było. Były to najprawdziwsze uczucia, które pojawiły się z czasem, kiedy krążyli wokół siebie wabieni tym charakterystycznym przyciąganiem.