19.02.2024, 03:12 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.03.2024, 18:02 przez Brenna Longbottom.)
Dalej jestem na parkiecie z Atre.
- Dostała zaproszenie, ale nie wiem czy się pojawi.
Nie zwróciła specjalnej uwagi na wymianę złośliwych uśmiechów, traktując to jako coś rodzinnego. Widać dziedziczyło się to po Prewettach, bo i Vinc i Atreus upodobali sobie te cyniczne uśmiechy i byli w tym bardzo podobni. Pomachała Vincentowi i po prostu pozwoliła się pociągnąć na do tańca.
- Nigdy nie używał mojego imienia - powiedziała. Gdyby nie tańczyli, może wzruszyłaby przy tym ramionami, ale w tej chwili zadowoliła się krótkim komentarzem, bo wyjaśnianie relacji jej i Prewetta byłoby... bardzo, bardzo skomplikowane. - O cholera, to chyba faktycznie Victoria. Zabije mnie, jak już jej przejdzie - podsumowała z odrobiną rozbawienia, zerkając w stronę sceny.
A potem to rozbawienie minęło jak ręką odjął i choć kroku nie zmyliła, zesztywniała na moment, kiedy padły kolejne słowa, bo mogłaby spodziewać się wielu rzeczy, ale nie takiej rozmowy, a przynajmniej nie tutaj i podczas tańca. Chociaż może powinna się cieszyć, że byli akurat na parkiecie, a nie na przykład coś jadła, bo mogłaby umrzeć przez zakrztuszenie. Przeszło jej przez myśl najpierw, że chyba jednak jakiś drink zadziałał i to najwyraźniej taki, którego efektów nawet ona nie znała, a potem - że Atreus może po to tu przyszedł: upewnić się, że nie wbiła sobie niczego głupiego do głowy, skłoniony ku temu bez wątpienia zaproszeniem od Erika (postanowiła jednak brata zamordować). Jeśli tak, to może i ładnie z jego strony, że wolał wyjaśnić sytuację szybko, chociaż mógł równie dobrze zrobić to listownie, acz miło, że był przy tym stawianiu wszystkiego jasno przynajmniej uprzejmy. A później jeszcze zrobiła bardzo szybki rachunek sumienia, ale ni cholery nie mogła sobie przypomnieć, żeby powiedziała na ścieżkach... zaraz, naprawdę wziął takie ironizowanie za jakieś deklaracje?
Nie musiał tak naprawdę trzymać jej mocniej, bo nie zamierzała uciekać, nawet jeżeli przez ułamek sekundy miała ochotę. Może i pod pewnymi względami zachowywała się równie dojrzałe jak jakaś piętnastolatka i równie wiele jak taka ogarniała, ale przecież nie miała piętnastu lat i właściwie Brennie nigdy nie brakowało śmiałości.
- Co do rzeczy ma rodzina? - zdziwiła się. Och, jasne, bardzo nie chciała, żeby wiedzieli cokolwiek o więzi, czy ogólnie o jej stanie emocjonalnym, bo to był jej problem, nie ich, a ona miała rozwiązywać problemy, nie dorzucać ich ludziom więcej. Nie wątpiła też, ze on wolałby nie przyznawać się krewnym i przyjaciołom, jak urządziła go druidzka magia: przecież zasadniczo to jej nie lubił. Poza tym wiedziała aż za dobrze, że część rodziny, z Erikiem i matką na czele natychmiast zaczęłaby ich swatać, co skomplikowałoby mu życie jeszcze bardziej niż jej pomysł z przeklętym wiankiem, a część, z Mavelle na przodzie, której sekundowaliby ojciec i Heather, wyjaśniać, dlaczego powinna trzymać się bardzo, bardzo daleko. Nie że tych wyjaśnień potrzebowała, doskonale znała wszystkie powody (I wszystkie ignorowała) z trzema na czele: po pierwsze Zakon, po drugie Atreus jeśli interesował się jakąś dziewczyną to tylko na chwilę, po trzecie Zakon, tak dla podkreślenia. A gdy szło o drugie, to wprawdzie nigdy specjalnie nie interesowała się, z kim się spotykał i jak długo, ale gdyby miała szacować, pewnie uznałaby, że sama jego zainteresowanie mogłaby przy pomyślnych wiatrach utrzymać jakiś miesiąc. Nie była ani idealną damą jak Elaine, ani taką atrakcyjną kobietą jak Ludovicka, a przecież i nimi błyskawicznie się znudził.
Nie miało tu nic do rzeczy, że chciała cokolwiek kryć, bo chodziło konkretnie o niego. Pewnie tak samo zachowałaby się, gdyby jakimś cudem ten wianek wrzucił na górę Vincent albo o zgrozo, co za straszny scenariusz: Stanley.
- Nie nazwałabym tego od razu zakochaniem, raczej teraz jeszcze zadurzeniem, więc nie musisz się mną specjalnie przejmować - stwierdziła, równie lekko i bezpośrednio, jak kiedyś podeszła do jego wygłupów pod wpływem amortencji. Bo nie miała większego problemu z mówieniem wprost i tam naprawdę ona umiała przyznać sama przed sobą, że niestety, przestało chodzić tylko o magię mniej więcej wtedy, kiedy zaproponował jej wspólne samobójstwo, a potem dal jej pralinkę - jakkokolwiek idiotycznie to nie brzmiało. Ale bardzo starała się n i e z a k o c h a ć, choćby dlatego, że nie była pewna, czy ten Atreus, którego poznała, i na którym jej zależało, w ogóle istniał: w końcu jego zachowaniami kierowała ogólna magia. Chociaż pewnie zakochałaby się i tak, gdyby spędzili ze sobą jeszcze trochę czasu.
I to nie był koniec świata. Prędzej czy później przecież przejdzie, a ona nie zamierzała zachowywać się jak jakaś szalona, była dziewczyna. Nawet nie była... no byłą.
- Jeśli się martwisz, że knuję coś głupiego, bo mój brat cię tu zaprosił, to nic nie wiedziałam i niczego nie knuję, a jego tym razem spacyfikuję znacznie skuteczniej, żeby ci nie mieszał.
- Dostała zaproszenie, ale nie wiem czy się pojawi.
Nie zwróciła specjalnej uwagi na wymianę złośliwych uśmiechów, traktując to jako coś rodzinnego. Widać dziedziczyło się to po Prewettach, bo i Vinc i Atreus upodobali sobie te cyniczne uśmiechy i byli w tym bardzo podobni. Pomachała Vincentowi i po prostu pozwoliła się pociągnąć na do tańca.
- Nigdy nie używał mojego imienia - powiedziała. Gdyby nie tańczyli, może wzruszyłaby przy tym ramionami, ale w tej chwili zadowoliła się krótkim komentarzem, bo wyjaśnianie relacji jej i Prewetta byłoby... bardzo, bardzo skomplikowane. - O cholera, to chyba faktycznie Victoria. Zabije mnie, jak już jej przejdzie - podsumowała z odrobiną rozbawienia, zerkając w stronę sceny.
A potem to rozbawienie minęło jak ręką odjął i choć kroku nie zmyliła, zesztywniała na moment, kiedy padły kolejne słowa, bo mogłaby spodziewać się wielu rzeczy, ale nie takiej rozmowy, a przynajmniej nie tutaj i podczas tańca. Chociaż może powinna się cieszyć, że byli akurat na parkiecie, a nie na przykład coś jadła, bo mogłaby umrzeć przez zakrztuszenie. Przeszło jej przez myśl najpierw, że chyba jednak jakiś drink zadziałał i to najwyraźniej taki, którego efektów nawet ona nie znała, a potem - że Atreus może po to tu przyszedł: upewnić się, że nie wbiła sobie niczego głupiego do głowy, skłoniony ku temu bez wątpienia zaproszeniem od Erika (postanowiła jednak brata zamordować). Jeśli tak, to może i ładnie z jego strony, że wolał wyjaśnić sytuację szybko, chociaż mógł równie dobrze zrobić to listownie, acz miło, że był przy tym stawianiu wszystkiego jasno przynajmniej uprzejmy. A później jeszcze zrobiła bardzo szybki rachunek sumienia, ale ni cholery nie mogła sobie przypomnieć, żeby powiedziała na ścieżkach... zaraz, naprawdę wziął takie ironizowanie za jakieś deklaracje?
Nie musiał tak naprawdę trzymać jej mocniej, bo nie zamierzała uciekać, nawet jeżeli przez ułamek sekundy miała ochotę. Może i pod pewnymi względami zachowywała się równie dojrzałe jak jakaś piętnastolatka i równie wiele jak taka ogarniała, ale przecież nie miała piętnastu lat i właściwie Brennie nigdy nie brakowało śmiałości.
- Co do rzeczy ma rodzina? - zdziwiła się. Och, jasne, bardzo nie chciała, żeby wiedzieli cokolwiek o więzi, czy ogólnie o jej stanie emocjonalnym, bo to był jej problem, nie ich, a ona miała rozwiązywać problemy, nie dorzucać ich ludziom więcej. Nie wątpiła też, ze on wolałby nie przyznawać się krewnym i przyjaciołom, jak urządziła go druidzka magia: przecież zasadniczo to jej nie lubił. Poza tym wiedziała aż za dobrze, że część rodziny, z Erikiem i matką na czele natychmiast zaczęłaby ich swatać, co skomplikowałoby mu życie jeszcze bardziej niż jej pomysł z przeklętym wiankiem, a część, z Mavelle na przodzie, której sekundowaliby ojciec i Heather, wyjaśniać, dlaczego powinna trzymać się bardzo, bardzo daleko. Nie że tych wyjaśnień potrzebowała, doskonale znała wszystkie powody (I wszystkie ignorowała) z trzema na czele: po pierwsze Zakon, po drugie Atreus jeśli interesował się jakąś dziewczyną to tylko na chwilę, po trzecie Zakon, tak dla podkreślenia. A gdy szło o drugie, to wprawdzie nigdy specjalnie nie interesowała się, z kim się spotykał i jak długo, ale gdyby miała szacować, pewnie uznałaby, że sama jego zainteresowanie mogłaby przy pomyślnych wiatrach utrzymać jakiś miesiąc. Nie była ani idealną damą jak Elaine, ani taką atrakcyjną kobietą jak Ludovicka, a przecież i nimi błyskawicznie się znudził.
Nie miało tu nic do rzeczy, że chciała cokolwiek kryć, bo chodziło konkretnie o niego. Pewnie tak samo zachowałaby się, gdyby jakimś cudem ten wianek wrzucił na górę Vincent albo o zgrozo, co za straszny scenariusz: Stanley.
- Nie nazwałabym tego od razu zakochaniem, raczej teraz jeszcze zadurzeniem, więc nie musisz się mną specjalnie przejmować - stwierdziła, równie lekko i bezpośrednio, jak kiedyś podeszła do jego wygłupów pod wpływem amortencji. Bo nie miała większego problemu z mówieniem wprost i tam naprawdę ona umiała przyznać sama przed sobą, że niestety, przestało chodzić tylko o magię mniej więcej wtedy, kiedy zaproponował jej wspólne samobójstwo, a potem dal jej pralinkę - jakkokolwiek idiotycznie to nie brzmiało. Ale bardzo starała się n i e z a k o c h a ć, choćby dlatego, że nie była pewna, czy ten Atreus, którego poznała, i na którym jej zależało, w ogóle istniał: w końcu jego zachowaniami kierowała ogólna magia. Chociaż pewnie zakochałaby się i tak, gdyby spędzili ze sobą jeszcze trochę czasu.
I to nie był koniec świata. Prędzej czy później przecież przejdzie, a ona nie zamierzała zachowywać się jak jakaś szalona, była dziewczyna. Nawet nie była... no byłą.
- Jeśli się martwisz, że knuję coś głupiego, bo mój brat cię tu zaprosił, to nic nie wiedziałam i niczego nie knuję, a jego tym razem spacyfikuję znacznie skuteczniej, żeby ci nie mieszał.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.