19.02.2024, 09:06 ✶
Kiedy zapisywała się do BUM-u, to było tak naturalne i banalne, jak pojawienie się w Hogwarcie. Kroczyła ścieżką swojego brata, chociaż on wdrapał się tą ścieżką na szczyt, ona dopiero planowała tam się wdrapać... może za jakiś czas. Tak czy inaczej Brygada Uderzeniowa Ministerstwa była doskonałą fuchą. Stała wypłata, sami kumple ze szkoły, kawa, pączki i spokojna robota posypana trochę adrenalinowym crunchem.
Aż do teraz.
Atmosfera wisząca w powietrzu, była tak gęsta, że dało ją się kroić nożami. Bardzo nie chciała czytać gazet, ale musiała to robić, nawet ślepy zauważyłby rosnące nastroje, polaryzowanie społeczności, coraz wyraźniejszy podział na my i oni i to ze względu na coś tak abstrakcyjnego jak niezależne od ludzi wybory ich rodziców.
Uważała, że to absurd, ale ludzie zabijali się o większe gówna niż to.
Pod skórą czuła, że Brenna ściąga ją do tej kawiarenki nie po to, by poplotkować o dupach i tabelkach mistrzostw w quiditchu.
– No co tam? – zapytała, zajmując miejsce naprzeciwko, rzucając spojrzenie na podwójne espresso. Pewnie bez miodu, wątpiła żeby w takiej kanciapie mieli miód. Ściągnęła kaptur z głowy, roztaczając wokół siebie ostrą woń kadzideł i fajek zmiękczonych listopadową wyspiarską dżadżawicą, której szanujący się londyńczyk nawet nie zauważał.
– Kawa ok, moje trociczki przestały działać, więc jak podłe by to nie było, to nie będzie tak podłe jak mój obecny stan. – Przetarła przekrwione oczy. Cienie malowniczo rozkładały się na bladej skórze, choć złociste oczy nie straciły na bystrości spojrzenia. Przekrzywiła głowę wykrzywając się nieco. Coś chrupnęło w jej szyi nieprzyjemnie. Zaraz potem rozpoczęła rytuał wywijania sobie palców na drugą stronę i ziewnęła, nie kłopotając się zasłonięciem sobie buzi. Chociaż coraz bardziej zbliżała się do trzydziestki, zachowywała się cały czas tak, jakby miała dziesięć lat mniej na karku. Były powody, dla których nigdy nie awansowała na detektywa, nawet jeśli cały czas się upierała, że to jej wybór.
Aż do teraz.
Atmosfera wisząca w powietrzu, była tak gęsta, że dało ją się kroić nożami. Bardzo nie chciała czytać gazet, ale musiała to robić, nawet ślepy zauważyłby rosnące nastroje, polaryzowanie społeczności, coraz wyraźniejszy podział na my i oni i to ze względu na coś tak abstrakcyjnego jak niezależne od ludzi wybory ich rodziców.
Uważała, że to absurd, ale ludzie zabijali się o większe gówna niż to.
Pod skórą czuła, że Brenna ściąga ją do tej kawiarenki nie po to, by poplotkować o dupach i tabelkach mistrzostw w quiditchu.
– No co tam? – zapytała, zajmując miejsce naprzeciwko, rzucając spojrzenie na podwójne espresso. Pewnie bez miodu, wątpiła żeby w takiej kanciapie mieli miód. Ściągnęła kaptur z głowy, roztaczając wokół siebie ostrą woń kadzideł i fajek zmiękczonych listopadową wyspiarską dżadżawicą, której szanujący się londyńczyk nawet nie zauważał.
– Kawa ok, moje trociczki przestały działać, więc jak podłe by to nie było, to nie będzie tak podłe jak mój obecny stan. – Przetarła przekrwione oczy. Cienie malowniczo rozkładały się na bladej skórze, choć złociste oczy nie straciły na bystrości spojrzenia. Przekrzywiła głowę wykrzywając się nieco. Coś chrupnęło w jej szyi nieprzyjemnie. Zaraz potem rozpoczęła rytuał wywijania sobie palców na drugą stronę i ziewnęła, nie kłopotając się zasłonięciem sobie buzi. Chociaż coraz bardziej zbliżała się do trzydziestki, zachowywała się cały czas tak, jakby miała dziesięć lat mniej na karku. Były powody, dla których nigdy nie awansowała na detektywa, nawet jeśli cały czas się upierała, że to jej wybór.