— Nic za to nie wyciąga na powierzchnię naszych uczuć, jak świadomość końca. Nie ma mocniejszego uczucia, niż pragnienie życia, milisekundy przed tragedią — stwierdził, patrząc głównie na obraz. Wizja, jaką przedstawiła Loretta, bawiła go dostatecznie myśl, że w gruncie rzeczy jest podobna do niego, tylko młodsza. Oto ktoś, kto zanurzał się w przyjemności bólu i czerpał z tego, co ciemne i nieprzyjemne. W jego oczach młoda Lestrange była o krok od momentu, aby zabić swojego personalnego boga, by odkryć, że władcą świata jest rozkład, a tamto wcielenie to tylko fasada. Wszystko miało swój koniec, najważniejsze jednak to, aby tańczyć i tańczyć, zanim zakończy się ostrze noża i dusza wpadnie w limbo. Była o krok, ale brakowało tych kilku lat doświadczenia, zmiażdżenia w klamrze rzeczywistości. Klosz dookoła niej nadal istniał, nawet jeśli myślała, że nie.
— Gdzie miałbym uciec, jeśli spotykam samego siebie w każdym następnym miejscu, panno Lestrange? — zapytał, wypijając resztę alkoholu ze swojego kieliszka. — Nie ma ucieczki, kiedy zna się już to drobne drgnięcie w kąciku ust, zapowiadające pocałunek ostrza, zanim pojawi się na licu.
Kiedy Morpheus miał siedemnaście lat, uważał, że umrze młodo. Mówił to z pewnością nastoletniego profety, wieszcza natchnionego głosem przedwiecznych. Gdy miał dwadzieścia siedem, biochemia jego mózgu na zawsze odmieniła się w tańcu z przeszłością i przyszłością, a jedyną osobą, którą prawdziwie kochał, był przeszły-on w tym momencie, gdy naginał czas do swoich potrzeb i wchodził w interakcję z samym sobą. Gdy miał trzydzieści siedem, zaakceptował fakt, że miłość nie jest dla niego, gdy dotyka innych, przekazuje swoją zgniliznę dalej, więc zatopił się w pięknie cielesności już do ostatku, aż sam zmieni się w pył i żałobę.
Zniżył swój głos jeszcze bardziej, do ledwie słyszalnych głosek, wypowiadanych niemal bez powietrza w doskonałej dykcji
— Czy to oferta? — pytanie o tyle zabawne, że przecież na każde z nich już znał odpowiedź. Odłożył puste szkło na tacę przechodzącego kelnera, lekko wysuwając się z jej dotyku, by powrócić i opuszki palców oprzeć na jej kręgosłupie, jakby nie mówił o nożach.