19.02.2024, 14:39 ✶
– Piękny, listopadowy poranek – odparła Brenna na to pytanie „co tam”, i chociaż słowa same w sobie w zestawieniu z pogodą, z tą szarugą, z ponurą atmosferą listopada w świecie czarodziejów brzmiały ironiczne, to w głosie Brenny nie było sarkazmu, a uśmiech posłany Millie nie był może wesoły, ale na pewno przyjazny.
Moody nie musiała mieć w sobie krwi jasnowidzów ani otworzyć Trzeciego Oka, aby domyślać się, że pewnie nie chodziło o jakieś towarzyskie spotkanie. Gdyby Brenna chciała wyciągnąć ją na wspólny posiłek, zrobiłaby to pewnie podczas lunchu, a pogadać o jakichś zupełnych głupotach mogłyby w jakimś przyjemniejszym miejscu – jak jakiejś kawiarni na Pokątnej albo nawet w kuchni Longbottomów, gdzie skrzatka Malwa co rusz podstawiałaby im pod nos ciasteczka z marmoladą.
– Na sen? – spytała, sama sięgając po swoją filiżankę. Wolała herbatę – cóż za wstyd, jak na policjantkę – ale w taki poranek jak ten, wczesną porą, gdy na zewnętrz wciąż jeszcze nawet nie pojaśniało na dobre, mocna, czarna i gorzka kawa stanowiła wybawienie. Zwłaszcza, że Brenna potrzebowała mieć teraz umysł jasny, a nie przytłumiony sennością. – Obawiam się, że nie poprawię ci dzisiaj humoru – stwierdziła z pewnym zamyśleniem, spoglądając najpierw na kelnerkę i jegomościa w kącie, a potem za szybę, jakby po raz kolejny upewniała się, że nikogo nie ma w pobliżu: i to mimo tego, że zaklęcie otoczyło je na kilka minut ciasnym kokonem, utrudniając podsłuchiwanie. – Widziałaś ostatni bilans ataków? – zapytała retorycznie, bo nawet jeżeli Moody go nie widziała, to wszyscy w ich Departamencie gadali tylko o tym. Już nikogo nie interesowało nawet otwarcie nowej paczkarni na Pokątnej czy burzliwe rozstanie znanej, biurowej pary aurorów… – Działają skutecznie. Za skutecznie, żeby mogli to robić, nie mając informacji z wewnątrz Ministerstwa – powiedziała, z pewną ostrożnością. Nawet nie wywołaną nieufnością – skrajnej paranoi Brenna jeszcze się nie nabawiła, a to była Mills z rodziny postrachu czarnoksiężników.
Po prostu czasem trudno było znaleźć właściwe słowa. Nawet takiej gadule jak ona.
Moody nie musiała mieć w sobie krwi jasnowidzów ani otworzyć Trzeciego Oka, aby domyślać się, że pewnie nie chodziło o jakieś towarzyskie spotkanie. Gdyby Brenna chciała wyciągnąć ją na wspólny posiłek, zrobiłaby to pewnie podczas lunchu, a pogadać o jakichś zupełnych głupotach mogłyby w jakimś przyjemniejszym miejscu – jak jakiejś kawiarni na Pokątnej albo nawet w kuchni Longbottomów, gdzie skrzatka Malwa co rusz podstawiałaby im pod nos ciasteczka z marmoladą.
– Na sen? – spytała, sama sięgając po swoją filiżankę. Wolała herbatę – cóż za wstyd, jak na policjantkę – ale w taki poranek jak ten, wczesną porą, gdy na zewnętrz wciąż jeszcze nawet nie pojaśniało na dobre, mocna, czarna i gorzka kawa stanowiła wybawienie. Zwłaszcza, że Brenna potrzebowała mieć teraz umysł jasny, a nie przytłumiony sennością. – Obawiam się, że nie poprawię ci dzisiaj humoru – stwierdziła z pewnym zamyśleniem, spoglądając najpierw na kelnerkę i jegomościa w kącie, a potem za szybę, jakby po raz kolejny upewniała się, że nikogo nie ma w pobliżu: i to mimo tego, że zaklęcie otoczyło je na kilka minut ciasnym kokonem, utrudniając podsłuchiwanie. – Widziałaś ostatni bilans ataków? – zapytała retorycznie, bo nawet jeżeli Moody go nie widziała, to wszyscy w ich Departamencie gadali tylko o tym. Już nikogo nie interesowało nawet otwarcie nowej paczkarni na Pokątnej czy burzliwe rozstanie znanej, biurowej pary aurorów… – Działają skutecznie. Za skutecznie, żeby mogli to robić, nie mając informacji z wewnątrz Ministerstwa – powiedziała, z pewną ostrożnością. Nawet nie wywołaną nieufnością – skrajnej paranoi Brenna jeszcze się nie nabawiła, a to była Mills z rodziny postrachu czarnoksiężników.
Po prostu czasem trudno było znaleźć właściwe słowa. Nawet takiej gadule jak ona.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.