19.02.2024, 14:41 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 19.02.2024, 14:52 przez Florence Bulstrode.)
!magicznydrink
Florence siadła na razie nieco z boku, przy stole, na którego blacie płonęła błękitnym światłem magiczna lampa. Nie była może najbardziej towarzyską osobą pod słońcem, ale nie należała też do osób zawsze trzymających się z boku i miała większego oporu przeciwko zaczepianiu znajomych. Najpierw jednak chciała rozejrzeć się po sali. Przekonać się, kto był w środku, ile znanych sobie twarzy zobaczy i czy czyjaś obecność ją zaskoczy.
Nie była zbyt zdziwiona, że większość bawiących się prawdopodobnie nie pochodziła z rodzin czystej krwi. Zamrugała nieco na widok Perseusa Blacka, kojarzonego z Hogwartu, a potem odprowadziła wzrokiem Vincenta, kiedy ten szedł na parkiet.
Może czasem patrzyła na kogoś nieco zbyt długo, zbyt uważnie, próbując zobaczyć... co dalej.
- Naprawdę? - zdziwiła się lekko, kiedy przy stole zatrzymał się Vincent. To tylko wzmogło jej podejrzenia. Bulstrode nie wiedziała za wiele o członkach Zakonu - sama będąc zaledwie w jego sieci - ale zakładała, że przynajmniej część z nich wiedziała o niej. I od początku zastanawiała się, co tutaj robił jej krewny... Zmierzyła go bardzo uważnym spojrzeniem, a potem ostrożnie ujęła szklankę i przyjrzała się drinkowi. - Cóż, jeżeli za moment zacznę latać tak, jak Erik Longbottom, wiedz, że będę winić ciebie - poinformowała, ale uniosła naczynie do ust i wypiła kilka łyków. Drink był trochę słodki, rozlewał się w środku ciepłem i...
- Też dołączyłeś do nich? - spytała Florence, kiedy odstawiła szklankę na blat, a potem jej ręka odruchowo powędrowała ku wargom, jakby chciała zatrzymać wypowiedziane ledwo co słowa.
Bulstrode zazwyczaj mówiła i robiła właśnie to, co chciała. Niekiedy powstrzymywały ją dobre maniery, ale prawda była taka, że Flo rzadko miała chęci przeciwko nim wystąpić - i stawiała raczej na ostry jak szpilka dowcip, nie ciężką łopatę chamstwa nie dlatego, że tak wypadało, ale bo tak chciała.
I jeżeli było coś, przed czym się tutaj powstrzymywała, to przed zadaniem Atreusowi i Vincentowi tego pytania: bo przecież obiecała milczeć i zadawać zbyt wielu pytań.
Zamrugała i znów spojrzała na Vincenta, a jej niebieskie, chłodne oczy z jednej strony szukały jakichś zmian w jego mimice, z drugiej zaś... próbowały spojrzeć w przód.
Jasnowidzenie
Florence siadła na razie nieco z boku, przy stole, na którego blacie płonęła błękitnym światłem magiczna lampa. Nie była może najbardziej towarzyską osobą pod słońcem, ale nie należała też do osób zawsze trzymających się z boku i miała większego oporu przeciwko zaczepianiu znajomych. Najpierw jednak chciała rozejrzeć się po sali. Przekonać się, kto był w środku, ile znanych sobie twarzy zobaczy i czy czyjaś obecność ją zaskoczy.
Nie była zbyt zdziwiona, że większość bawiących się prawdopodobnie nie pochodziła z rodzin czystej krwi. Zamrugała nieco na widok Perseusa Blacka, kojarzonego z Hogwartu, a potem odprowadziła wzrokiem Vincenta, kiedy ten szedł na parkiet.
Może czasem patrzyła na kogoś nieco zbyt długo, zbyt uważnie, próbując zobaczyć... co dalej.
- Naprawdę? - zdziwiła się lekko, kiedy przy stole zatrzymał się Vincent. To tylko wzmogło jej podejrzenia. Bulstrode nie wiedziała za wiele o członkach Zakonu - sama będąc zaledwie w jego sieci - ale zakładała, że przynajmniej część z nich wiedziała o niej. I od początku zastanawiała się, co tutaj robił jej krewny... Zmierzyła go bardzo uważnym spojrzeniem, a potem ostrożnie ujęła szklankę i przyjrzała się drinkowi. - Cóż, jeżeli za moment zacznę latać tak, jak Erik Longbottom, wiedz, że będę winić ciebie - poinformowała, ale uniosła naczynie do ust i wypiła kilka łyków. Drink był trochę słodki, rozlewał się w środku ciepłem i...
- Też dołączyłeś do nich? - spytała Florence, kiedy odstawiła szklankę na blat, a potem jej ręka odruchowo powędrowała ku wargom, jakby chciała zatrzymać wypowiedziane ledwo co słowa.
Bulstrode zazwyczaj mówiła i robiła właśnie to, co chciała. Niekiedy powstrzymywały ją dobre maniery, ale prawda była taka, że Flo rzadko miała chęci przeciwko nim wystąpić - i stawiała raczej na ostry jak szpilka dowcip, nie ciężką łopatę chamstwa nie dlatego, że tak wypadało, ale bo tak chciała.
I jeżeli było coś, przed czym się tutaj powstrzymywała, to przed zadaniem Atreusowi i Vincentowi tego pytania: bo przecież obiecała milczeć i zadawać zbyt wielu pytań.
Zamrugała i znów spojrzała na Vincenta, a jej niebieskie, chłodne oczy z jednej strony szukały jakichś zmian w jego mimice, z drugiej zaś... próbowały spojrzeć w przód.
Jasnowidzenie
Rzut Z 1d100 - 72
Sukces!
Sukces!