19.02.2024, 15:24 ✶
Prędzej czy później przyszedłby taki czas, gdy jedno z nich musiałoby oficjalnie zadeklarować, co faktycznie czuje do tego drugiego. Od pamiętnego balu charytatywnego u Longbottomów prasa nie dawała im spokoju, a wydarzenia z Beltane zdawały się tylko podsycać atmosferę nabierającej prędkości miłosnej afery. Nie musieli nawet pojawiać się zbyt często razem publicznie, a gazety i tak się o nich rozpisywały, jakby byli największą atrakcją sezonu. Jakby wszystkich ogarnęła jakaś miłosna gorączka i to związki wskoczyły na pierwszy plan w obliczu zagrożenia ze strony Śmierciożerców i innych problemów magicznego świata.
Słyszał pogłoski, że majowe pale połączyły czarodziejów i czarownice jakąś przedziwną więzią, jednak... Im się przecież nie udało, prawda? Nie zatknęli na czubie kolorowego wianka zaplecionego przez Heather. A jednak wydarzenie to zbliżyło ich do siebie bardziej niż inne, zupełnie jakby dopiero wtedy uświadomili sobie jak samotni i jak smutni by byli, gdyby nie mieli siebie nawzajem. Czy to też była magia majowych pali, czy też własna desperacja dała o sobie znać, pchając ich ku sobie jeszcze bardziej? Zapewne nigdy nie poznają odpowiedzi na to pytanie: Beltane pozostawali już daleko za sobą, zwracając się ku obowiązkom i przyjemnościom codziennego życia.
Okoliczności zmusiły poniekąd Lupina do tego, aby zwalczyć niechęć przed wystąpieniami, tłumami ludzi i zadać to najważniejsze pytanie. Nie wyobrażał tak sobie własnych zaręczyn. Sądził, że jeśli przyjdzie co do czego, to odbędzie się to przelotem — w kuchni podczas wspólnego przygotowywania śniadania, paląc papierosa na balkonie, popijając tani alkohol nad Tamizą czy jedząc obiad z rodziną. Poza tym po nieudanej próbie zaręczyn ze strony Cedrika, młodszy z rodzeństwa martwił się poniekąd, że i jego spotka podobny los. W końcu nikt nie mógł mu zagwarantować szczęśliwego zakończenia tej historii.
A teraz było już po wszystkim i utrata przytomności była swego rodzaju ulgą dla młodego czarodzieja. Nie musiał znosić spojrzeń, szukać wymówek i rozedrgany szukać pustego fotela. Zamiast tego po prostu odpłynął, zrzucając całą odpowiedzialność na swoją narzeczoną. W końcu to był obopólny związek, czyż nie? On swoją część wykonał, teraz Heather mogła przejąć pałeczkę. Teraz mogła wzywać pomocy, dziękować przelotem ludziom, których paręnaście minut wcześniej prawie zadeptała, a potem zamknąć się wraz z nieprzytomnym Cameronem do sali. Czy towarzyszył im jednak uzdrowiciel?
Nie, niestety nie. Ruda była więc zdana na siebie i łaskę innych gości, którzy pomogliby jej przenieść Lupina do jednej z bocznych sal, gdzie mógłby odetchnąć i (miejmy nadzieję) odzyskać przytomność.
Przez te trzydzieści pięć minut Cameron śnił piękne sny. Leżał na łące, otoczony polnymi kwiatami. Powietrze niosło ze sobą zapach ziół i owoców z pobliskiego lasu. Nie pamiętał, jak się tu znalazł, ani co robił wcześniej. O nic nie musiał się martwić. Rozkoszował się po prostu szumem wiatru i śpiewem ptaków, przymykając leniwie oczy, gdy ciepło słońca ogrzewało jego twarz. Był szczęśliwy i spokojny. Tak mu się przynajmniej wydawało, bo czegoś mu w tym wszystkim brakowało. Powinien tu być ktoś jeszcze, ktoś...
— Heather! — Poderwał się nagle z kanapy, prawie uderzając o wiszącą nad nim głowę Rudej.
Gdyby nie to, że dalej było mu słabo i momentalnie opadł na poduszki, pewnie teraz miałaby pięknego guza. Lupin rozejrzał się gorączkowo na wszystkie strony, starając sobie przypomnieć, co się właściwie stało. Byli na imprezie, tańczyli, a potem... A potem ktoś ich prawie przyłapał, więc on... Oświadczyl się. No tak, oświadczył się. A Ruda zaakceptowała jego lipny pierścionek zerwany z balustrady schodów. Huh.
— Kocham cię, wiesz? — wymamrotał, dotykając mimowolnie swojego czoła. Kręciło mu się w głowie i czuł się, jakby właśnie wyszedł z sali zabiegowej po parogodzinnej operacji. — Na Merlina, przecież to było czyste szaleństwo. Ale chyba nas stąd... Nie wyrzucili?
Słyszał pogłoski, że majowe pale połączyły czarodziejów i czarownice jakąś przedziwną więzią, jednak... Im się przecież nie udało, prawda? Nie zatknęli na czubie kolorowego wianka zaplecionego przez Heather. A jednak wydarzenie to zbliżyło ich do siebie bardziej niż inne, zupełnie jakby dopiero wtedy uświadomili sobie jak samotni i jak smutni by byli, gdyby nie mieli siebie nawzajem. Czy to też była magia majowych pali, czy też własna desperacja dała o sobie znać, pchając ich ku sobie jeszcze bardziej? Zapewne nigdy nie poznają odpowiedzi na to pytanie: Beltane pozostawali już daleko za sobą, zwracając się ku obowiązkom i przyjemnościom codziennego życia.
Okoliczności zmusiły poniekąd Lupina do tego, aby zwalczyć niechęć przed wystąpieniami, tłumami ludzi i zadać to najważniejsze pytanie. Nie wyobrażał tak sobie własnych zaręczyn. Sądził, że jeśli przyjdzie co do czego, to odbędzie się to przelotem — w kuchni podczas wspólnego przygotowywania śniadania, paląc papierosa na balkonie, popijając tani alkohol nad Tamizą czy jedząc obiad z rodziną. Poza tym po nieudanej próbie zaręczyn ze strony Cedrika, młodszy z rodzeństwa martwił się poniekąd, że i jego spotka podobny los. W końcu nikt nie mógł mu zagwarantować szczęśliwego zakończenia tej historii.
A teraz było już po wszystkim i utrata przytomności była swego rodzaju ulgą dla młodego czarodzieja. Nie musiał znosić spojrzeń, szukać wymówek i rozedrgany szukać pustego fotela. Zamiast tego po prostu odpłynął, zrzucając całą odpowiedzialność na swoją narzeczoną. W końcu to był obopólny związek, czyż nie? On swoją część wykonał, teraz Heather mogła przejąć pałeczkę. Teraz mogła wzywać pomocy, dziękować przelotem ludziom, których paręnaście minut wcześniej prawie zadeptała, a potem zamknąć się wraz z nieprzytomnym Cameronem do sali. Czy towarzyszył im jednak uzdrowiciel?
Nie, niestety nie. Ruda była więc zdana na siebie i łaskę innych gości, którzy pomogliby jej przenieść Lupina do jednej z bocznych sal, gdzie mógłby odetchnąć i (miejmy nadzieję) odzyskać przytomność.
~~*~~
Przez te trzydzieści pięć minut Cameron śnił piękne sny. Leżał na łące, otoczony polnymi kwiatami. Powietrze niosło ze sobą zapach ziół i owoców z pobliskiego lasu. Nie pamiętał, jak się tu znalazł, ani co robił wcześniej. O nic nie musiał się martwić. Rozkoszował się po prostu szumem wiatru i śpiewem ptaków, przymykając leniwie oczy, gdy ciepło słońca ogrzewało jego twarz. Był szczęśliwy i spokojny. Tak mu się przynajmniej wydawało, bo czegoś mu w tym wszystkim brakowało. Powinien tu być ktoś jeszcze, ktoś...
— Heather! — Poderwał się nagle z kanapy, prawie uderzając o wiszącą nad nim głowę Rudej.
Gdyby nie to, że dalej było mu słabo i momentalnie opadł na poduszki, pewnie teraz miałaby pięknego guza. Lupin rozejrzał się gorączkowo na wszystkie strony, starając sobie przypomnieć, co się właściwie stało. Byli na imprezie, tańczyli, a potem... A potem ktoś ich prawie przyłapał, więc on... Oświadczyl się. No tak, oświadczył się. A Ruda zaakceptowała jego lipny pierścionek zerwany z balustrady schodów. Huh.
— Kocham cię, wiesz? — wymamrotał, dotykając mimowolnie swojego czoła. Kręciło mu się w głowie i czuł się, jakby właśnie wyszedł z sali zabiegowej po parogodzinnej operacji. — Na Merlina, przecież to było czyste szaleństwo. Ale chyba nas stąd... Nie wyrzucili?