Ludzie lubili interesować się życiem innych. Zresztą, czy życie miłosne upadającej gwiazdy quidditcha nie był to zdecydowanie przyjemniejszy temat do czytania od tego kto znowu zginął? Wood przywykła do tego, że o niej piszą, wiedziała jednak, że Cameron może to traktować nieco poważniej niż ona. Sama trochę bała się tych deklaracji, nie chciała, żeby czuł się zmuszony do czegokolwiek, bo to nie byłoby fair. Musieli żyć własnym życiem, a nie sugerować się tym, co mówią inni.
Tyle, że sama łapała się na tym, że zaczęła myśleć o nim zdecydowanie poważniej. Nie było w niej tej lekkości, która znajdowała się w jej życiu jeszcze kilka miesięcy temu. Jakby podczas Beltane faktycznie się coś zmieniło, może naprawdę zadziała się tam jakaś magia? Tyle, że im nie udało się wrzucić tego nieszczęsnego wianka na pal, a ponoć to było prowodyrem tego, co działo się później. Najwyraźniej dosięgło i ich, tyle, że w nieco inny sposób. Kiedy się obudziła po tej okropnej nocy, uświadomiła sobie, że czegoś jej brakuje, bardzo szybko dotarło też do niej, czego konkretnie. Na pewno miało to związek z tym, jak chłopak zaopiekował się po jej wypadku, poświęcał jej każdą chwilę, nie był to pierwszy raz, ale dopiero teraz to faktycznie doceniła.
Tak właściwie to Heather było wszystko jedno, jak to zrobił, liczyło się tylko to, że do tego doszło, że czuł to co ona, że chciał z nią spędzić resztę życia, chociaż nie mogłaby zaprzeczyć, że podobało jej się to, że odważył się to zrobić przy tych wszystkich ludziach. Mimo wszystko nie wymagała od niego aż takiego poświęcenia, bo miała świadomość, jak reaguje na takie sytuacje, szczególnie, że to był jego pierwszy raz, nigdy przecież się nikomu nie oświadczał.
Wybrał całkiem szybki sposób, aby się wymigać od tego, co mogło się wydarzyć. Zemdlał. Ruda spanikowała, próbowała znaleźć medyka, najwyraźniej jednak Lupin był jedynym obecnym na tej sali, co za niefart, że to akurat on potrzebował w tej chwili pomocy. Na całe szczęście nie pozostawili ich samych sobie, pomogli przemieścić go do innej sali, gdzie mógł na spokojnie dojść do siebie. Właściwie wszystko się dobrze skończyło, bo nikt nie wyrzucił ich z tego balu, a chyba o to im chodziło.
Miała chwilę dla siebie. Siedziała przy nim, czekała, aż wróci do żywych. Palcami lewej ręki dotykała drewniany pierścionek, który stał się tym zaręczynowym, musiała przywyknąć do jego ciężaru. Wydawała się być zadowolona, chociaż towarzyszyło jej zmartwienie, nie miała bowiem pojęcia kiedy i czy w ogóle Cameron postanowi się obudzić. Zdążyła nawet wysmarować wyjca do Brenny, uważała, że musi się jej pochwalić tym, co się stało, a co mogło wyrazić emocje lepiej od jednego, niewinnego wyjca? Nie było takiej rzeczy.
- Ostrożnie, głuptasku. - Udało jej się uniknąć czołowego zderzenia z Cameronem, jeszcze tylko tego im brakowało. - Powoli, zemdlałeś, musisz uważać. - Starała się go nieco przystopować, bo naprawdę nie chciałaby, żeby sytuacja się powtórzyła.
- Tak się składa że wiem, i nie tylko ja to wiem, ci wszyscy ludzie na tamtej sali też to wiedzą. - Chciała mu przypomnieć, co właściwie się przed chwilą wydarzyło, chociaż powinien to pamiętać, prawda? Nie stracił przez to omdlenie świadomości tego, co się wydarzyło. Miała nadzieję, że tak nie było. - Nie wyrzucili, myślę, że mogłoby to nie zostać odpowiednio przyjęte przez czasopisma. Pozwolili nam tu dojść do siebie, po tym całym przedstawieniu. Jak się czujesz? - Zapytała jeszcze, bo nie wyglądał dobrze, nadal był blady i wydawał się zmęczony. - Coś ty sobie w ogóle myślał? - Zapytała ciekawa, bo naprawdę nie wiedziała, jak właściwie doszło do tego, że zdecydował się na taki poważny krok.