— Zmieniacze czasu tak nie działają. Cofasz się w czasie, żeby to, co się wydarzyło, mogło się wydarzyć. W uproszczeniu. Ale rzeczywiście można doprowadzić do nie-urodzeń... Nie powinienem o tym mówić. — Zreflektował się. Chociaż był urzędnikiem, nikt tak nie mówił na osoby pracujące w Departamencie Tajemnic. Oni byli Niewymownymi i tak powinien się zachowywać. Nie kłapać jęzorek jak przekupka w dzień targowy. — Koniec picia dla tego pana.
Klasnął w dłonie, rozlał ostatnią kolejkę w zaprzeczeniu do swoich słów, uniósł, tym razem krótki toast, na cześć złamanych serc i wypił całość na raz, nawet już się nie krzywiąc. Rzeczywistość, przyszłość i czas mieszały mu się już całkowicie i mało brakowało, aby zaczął mówić językami, nawiedzony przez duchy bogów, pragnących przejąć jego ciało, aby wyjawiać sekrety nadchodzącego czasu. Czuł na brzegach poznania, że jest zbyt blisko zanurzenia się w koszmary niezrozumiałych wizji i powinien zażyć eliksir snu i odciąć się od rzeczywistości.
— Dobra, ja jutro pracuję, poza tym, muszę napisać temu... pacanowi... co o nim myślę. Jak jutro przeczytacie w Proroku, że Vakel Dolohow umarł na zawał serca, w ręku trzymając list od miłości swojego życia, musicie wiedzieć, że to byłem ja.
Zaśmiał się nieco złowieszczo, próbując wstać, ale nogi się pod nim załamały i ponownie wylądował na ławce. Dopiero za czwartym razem stanął do pionu w wybuchach własnego śmiechu. W rzeczywistości Morpheus nie wysłał żadnego listu. Napisał go, owszem, ale rankiem, gdy wstał, spalił go przy świeczce, pozbywając się bolesnych wspomnień w podmuchu, który rozwiał popiół. Okazało się jednak, że jego modlitwa, jego dar z bimbru Malwy, rzeczywiście przyzwał Vakela do jego życia i następnego wieczoru Longbottom zrobił coś bardzo, bardzo głupiego.
Odpisał mu.