19.02.2024, 20:56 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 19.02.2024, 20:58 przez Millie Moody.)
Millie ze względu na swój oryginalnie zepsuty zegar biologiczny, nie miała problemu jedzeniem czy piciem o najróżniejszych porach dnia i nocy. Nie miała problemu z przyjmowaniem dzikich dyżurów, gdy wszyscy inni wymiękali. Zakładała, że pewnie nie dożyje w ten sposób trzydziestki — cóż, była szansa, że niedługo całkiem mogłaby się przekonać, jak to będzie żyć z trójką na karku.
Jak dotąd było to życie intensywne, czasem zjarane, z paczką przyjaciół, która zamiast tłuczków okładała bandziorów i magicznych pojebów. Zajmowała się tym czym w szkole, wypatrywaniem okazji i szybkim przemieszczeniem się do niej. Za głupia zbyt leniwa na awans, lubiła wykonywać polecenia (chociaż nigdy by się do tego głośno nie przyznała), i narzekać na nie przy każdej jednej okazji.
Ale teraz było inaczej. Teraz nie było tutaj żadnych rozkazów.
– Kret – niemalże splunęła, finalne t uderzyło twardo w podniebienie z pełnią nienawiści. Dla dziewczyny był to najgorszy gatunek człowieka, ten któremu się ufa i powierza życie tylko po to, by obudzić się ze sztyletem między żebrami. Jej oczy zwęziły się, palce zacisnęły na kubku, jakby zaraz miała zamiar go zgnieść. Nie chodziło o nią. Chodziło o Alastora. Był ważną figurą (w oczach Mildered najważniejszą), którą niejeden złol bardzo chętnie by strącił. – Wiesz kto? – zapytała tak, jakby jedno słowo Brenny wystarczyło, by teleportowała się do tego chuja, a następnie zabrała go na wycieczkę w jedną stronę na biegun północny. Bez różdżki.
Jak dotąd było to życie intensywne, czasem zjarane, z paczką przyjaciół, która zamiast tłuczków okładała bandziorów i magicznych pojebów. Zajmowała się tym czym w szkole, wypatrywaniem okazji i szybkim przemieszczeniem się do niej. Za głupia zbyt leniwa na awans, lubiła wykonywać polecenia (chociaż nigdy by się do tego głośno nie przyznała), i narzekać na nie przy każdej jednej okazji.
Ale teraz było inaczej. Teraz nie było tutaj żadnych rozkazów.
– Kret – niemalże splunęła, finalne t uderzyło twardo w podniebienie z pełnią nienawiści. Dla dziewczyny był to najgorszy gatunek człowieka, ten któremu się ufa i powierza życie tylko po to, by obudzić się ze sztyletem między żebrami. Jej oczy zwęziły się, palce zacisnęły na kubku, jakby zaraz miała zamiar go zgnieść. Nie chodziło o nią. Chodziło o Alastora. Był ważną figurą (w oczach Mildered najważniejszą), którą niejeden złol bardzo chętnie by strącił. – Wiesz kto? – zapytała tak, jakby jedno słowo Brenny wystarczyło, by teleportowała się do tego chuja, a następnie zabrała go na wycieczkę w jedną stronę na biegun północny. Bez różdżki.