19.02.2024, 21:54 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 19.02.2024, 21:55 przez Brenna Longbottom.)
- Możemy podejrzewać. Ale to na pewno nie jest jeden kret, Mills - powiedziała Brenna. Zdawała się zaskakująco spokojna, jak na temat tej rozmowy, choć w istocie od spokoju była dość daleka. Gdzieś w środku była rozedrgana, pełna zmartwienia o rodzinę, o przyjaciół i o wszystkich ludzi, którzy nie zasługiwali na to, by spotkała ich krzywda, a których krzywda z pewnością spotka. Uśmiechała się do znajomych i z tyłu głowy miała myśl: po której staniesz stronie?
Uniosła filiżankę do ust i upiła łyk kawy, nim odstawiła naczynie na blat, pomiędzy nimi.
– A nawet jeżeli będziemy wiedzieć, kto takim jest, zdobycie dowodów i rozegranie tego legalnie nie będzie łatwe – podjęła, cichym głosem, mimo czaru, który chwilę wcześniej rzuciła na okolicę ich stolika. Mówiła z przekonaniem, chociaż tak naprawdę to w dużej mierze wynikało z faktu, że jej ojciec wierzył w Dumbledore’a – ona więc też była skłonna w niego uwierzyć, i ta wiara podszyta była dodatkowo wspomnieniami z Hogwartu, gdy Albus zdawał się najpotężniejszym czarodziejem na świecie.
Poza tym naprawdę przeczuwała całą sobą, że Ministerstwo to po prostu za mało.
– Dlatego Ministerstwo to za mało. Obawiam się, że jeżeli zostawi się wszystko w tych rękach… to skończy się jak z Grindewaldem, który tak cholernie daleko zaszedł, bo miał swoich zwolenników niemal wszędzie.
I ostatecznie tym, który go pokonał, był Albus Dumbledore. A wcześniej szyki czarnoksiężnika raz po raz krzyżowali nie pracownicy niemieckiego, amerykańskiego czy brytyjskiego ministerstwa, a zebrani przez niego ludzie. Tyle że wtedy zebrał ich trochę za późno, tym razem zaś zaczął działać natychmiast.
– Pytanie, czy jesteś zainteresowany, aby działać też p o z a Departamentem – dokończyła cicho. Nie, nie podawała na razie szczegółów: bo póki nie wiedziała, czy Mills jest zainteresowana, podawać ich absolutnie nie powinna.
Nie każdy chciał się mieszać.
I nie każdy zdawał sobie sprawę z tego, że tym razem zagrożenie jest naprawdę realne.
Uniosła filiżankę do ust i upiła łyk kawy, nim odstawiła naczynie na blat, pomiędzy nimi.
– A nawet jeżeli będziemy wiedzieć, kto takim jest, zdobycie dowodów i rozegranie tego legalnie nie będzie łatwe – podjęła, cichym głosem, mimo czaru, który chwilę wcześniej rzuciła na okolicę ich stolika. Mówiła z przekonaniem, chociaż tak naprawdę to w dużej mierze wynikało z faktu, że jej ojciec wierzył w Dumbledore’a – ona więc też była skłonna w niego uwierzyć, i ta wiara podszyta była dodatkowo wspomnieniami z Hogwartu, gdy Albus zdawał się najpotężniejszym czarodziejem na świecie.
Poza tym naprawdę przeczuwała całą sobą, że Ministerstwo to po prostu za mało.
– Dlatego Ministerstwo to za mało. Obawiam się, że jeżeli zostawi się wszystko w tych rękach… to skończy się jak z Grindewaldem, który tak cholernie daleko zaszedł, bo miał swoich zwolenników niemal wszędzie.
I ostatecznie tym, który go pokonał, był Albus Dumbledore. A wcześniej szyki czarnoksiężnika raz po raz krzyżowali nie pracownicy niemieckiego, amerykańskiego czy brytyjskiego ministerstwa, a zebrani przez niego ludzie. Tyle że wtedy zebrał ich trochę za późno, tym razem zaś zaczął działać natychmiast.
– Pytanie, czy jesteś zainteresowany, aby działać też p o z a Departamentem – dokończyła cicho. Nie, nie podawała na razie szczegółów: bo póki nie wiedziała, czy Mills jest zainteresowana, podawać ich absolutnie nie powinna.
Nie każdy chciał się mieszać.
I nie każdy zdawał sobie sprawę z tego, że tym razem zagrożenie jest naprawdę realne.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.