19.02.2024, 22:27 ✶
Gdyby nie ten błogostan, który spłynął na nie niczym manna z nieba, skończyłoby się to rzucanie czułymi słówkami tragicznie. Nie wiadomo czy dla nieznajomej, czy dla samej Maeve, która otrzymałaby niepiękne w zamian za nienadobne, ale ta była zdecydowanie jeszcze chwilę temu gotowa, by skoczyć do gardła tej morowej pannie, co by wyrwać jej Raine z ust razem z językiem.
Nie wiedziała ani skąd ta zaborczość, ani narastająca agresja - może nerwy, które nie docierały do niej dzięki adrenalinie, gdy na jej oczach odbywało się samobójstwo wspomagane przez partaczy, wezbrały w niej teraz i szukały drogi ujścia. Na szczęście nie podzieliła losu zapisanego runami ołtarza i krew jej nie zalała. Uspokoiła się szybciej, niż zdołała się wścieknąć.
Niemniej i tak złapała Malfoy tak łapczywie i mocno za rękę, że błyskawicznie pobielały jej knykcie.
Mewa wiedziała, że nie umarły i nie potrzebowała niczyjego potwierdzenia - doskonale wiedziała, że gdziekolwiek trafi po śmierci, to miejsce nie będzie choćby w połowie tak przyjemne jak to. Zamierzała iść do piekła z każdej religii, a ze wszystkich, o których słyszała, żadne nie było wypełnione kwiatami i pięknymi kobietami. Najbardziej skłonna była uznać, że jak ten piorun przysadził w ziemię, to upadając przydzwoniła potylicą w kamień i teraz majaczy.
- Skoro znasz nas wszystkie, to może wyrównajmy położenie i się nam przedstaw? - Potrząsnęła głową i rozłożyła ramiona, bo nie lubiła się bawić w zgadywanki i owijanie w bawełnę. Skoro nawet Lorraine nie miała zielonego pojęcia, kim jest ich nowa koleżanka, ba - nawet nie wyglądała, jakby w którejś kaplicy jej dzwoniło kim jest, to znaczyło, że ta znajomość jednostronna. A nuż ta baba ich obserwuje jak śpią? Co jak co, ale Maeve uważała koncept aniołów stróżów obserwujących ludzi rano, wieczór, we dnie i w nocy za nieco dziwny, jeśli nie obleśny.
Spojrzała w niebo, gdy wspomniała o upadku przez dziurę w zasłonie. Porwany niczym sukno nieboskłon wprawił ją w dyskomfort; jeśli faktycznie przeleciały przez to coś, to gdzie do cholery były? Jakoś nie mogła uwierzyć w to, co widzi, ale z drugiej strony... Przecież to mogła być zwyczajna iluzja. Czy nie widzieliście przecież sufitu w Wielkiej Sali w Hogwarcie?
- Ludzie ofiarują śmierć wszystkiemu, nawet kanałom na Nokturnie. Niektórzy po prostu lubią się oszukiwać, że robią to w imię wyższego celu, co by potem móc zasnąć w nocy - oświadczyła, wywracając oczyma. Po co w to wszystko mieszać bogów? Czemu w ogóle mieli składać im ofiary, czy to żywe, czy martwe? Czy wszechmogące istoty tak nisko upadły, że potrzebowały ciała niestabilnej Agatki na zachętę?
- Dobra, my tu gadu-gadu, wchodzimy w rozprawy filozoficzne, a nie wiemy nawet jak się stąd wydostać, plus ktoś leży w trafie i nie dycha. I to nawet nie dwie dychy, tylko Trelawney. - Po dwie dychy może by się schyliła. - Nie wiem, jak wy, ale ja bym bardzo chciała wrócić do mojego własnego planu astralnego, zanim moja twarz pojawi się na kartonach mleka wśród innych zaginionych. - Wyznawszy swoje marzenie i zalążek planu działania, zaczęła się rozglądać za jakąś drogą powrotną. Ścieżką, rzeką. No czymkolwiek, co mogłoby ich gdziekolwiek doprowadzić. Nawet do ich zguby.
Nie wiedziała ani skąd ta zaborczość, ani narastająca agresja - może nerwy, które nie docierały do niej dzięki adrenalinie, gdy na jej oczach odbywało się samobójstwo wspomagane przez partaczy, wezbrały w niej teraz i szukały drogi ujścia. Na szczęście nie podzieliła losu zapisanego runami ołtarza i krew jej nie zalała. Uspokoiła się szybciej, niż zdołała się wścieknąć.
Niemniej i tak złapała Malfoy tak łapczywie i mocno za rękę, że błyskawicznie pobielały jej knykcie.
Mewa wiedziała, że nie umarły i nie potrzebowała niczyjego potwierdzenia - doskonale wiedziała, że gdziekolwiek trafi po śmierci, to miejsce nie będzie choćby w połowie tak przyjemne jak to. Zamierzała iść do piekła z każdej religii, a ze wszystkich, o których słyszała, żadne nie było wypełnione kwiatami i pięknymi kobietami. Najbardziej skłonna była uznać, że jak ten piorun przysadził w ziemię, to upadając przydzwoniła potylicą w kamień i teraz majaczy.
- Skoro znasz nas wszystkie, to może wyrównajmy położenie i się nam przedstaw? - Potrząsnęła głową i rozłożyła ramiona, bo nie lubiła się bawić w zgadywanki i owijanie w bawełnę. Skoro nawet Lorraine nie miała zielonego pojęcia, kim jest ich nowa koleżanka, ba - nawet nie wyglądała, jakby w którejś kaplicy jej dzwoniło kim jest, to znaczyło, że ta znajomość jednostronna. A nuż ta baba ich obserwuje jak śpią? Co jak co, ale Maeve uważała koncept aniołów stróżów obserwujących ludzi rano, wieczór, we dnie i w nocy za nieco dziwny, jeśli nie obleśny.
Spojrzała w niebo, gdy wspomniała o upadku przez dziurę w zasłonie. Porwany niczym sukno nieboskłon wprawił ją w dyskomfort; jeśli faktycznie przeleciały przez to coś, to gdzie do cholery były? Jakoś nie mogła uwierzyć w to, co widzi, ale z drugiej strony... Przecież to mogła być zwyczajna iluzja. Czy nie widzieliście przecież sufitu w Wielkiej Sali w Hogwarcie?
- Ludzie ofiarują śmierć wszystkiemu, nawet kanałom na Nokturnie. Niektórzy po prostu lubią się oszukiwać, że robią to w imię wyższego celu, co by potem móc zasnąć w nocy - oświadczyła, wywracając oczyma. Po co w to wszystko mieszać bogów? Czemu w ogóle mieli składać im ofiary, czy to żywe, czy martwe? Czy wszechmogące istoty tak nisko upadły, że potrzebowały ciała niestabilnej Agatki na zachętę?
- Dobra, my tu gadu-gadu, wchodzimy w rozprawy filozoficzne, a nie wiemy nawet jak się stąd wydostać, plus ktoś leży w trafie i nie dycha. I to nawet nie dwie dychy, tylko Trelawney. - Po dwie dychy może by się schyliła. - Nie wiem, jak wy, ale ja bym bardzo chciała wrócić do mojego własnego planu astralnego, zanim moja twarz pojawi się na kartonach mleka wśród innych zaginionych. - Wyznawszy swoje marzenie i zalążek planu działania, zaczęła się rozglądać za jakąś drogą powrotną. Ścieżką, rzeką. No czymkolwiek, co mogłoby ich gdziekolwiek doprowadzić. Nawet do ich zguby.
I wanna skin you alive
I wanna wear your flesh
— like a costume —
I wanna wear your flesh
— like a costume —