19.02.2024, 23:20 ✶
Rzucając się na gościa z takim impetem, wiedziała, że lądowanie będą mieli twarde. Jeśli chodziło niego - super, na dobrą sprawę liczyła, że tak niefortunnie upadnie, że sobie ten głupi ryj rozkwasi, a kadzidła będą współpracować i staną na baczność, co by wybić mu spadające nań oczy.
Najpierw przycelowała lepiej w jego szyję, chcąc zaatakować od prawego boku - upatrzyła sobie tętnicę, ale orłem z biologii nie była i mogła tylko zgadywać, że dobrze trafia. Widząc jednak, że pcha ich dwójkę prosto w trujący bluszcz, lewą ręką chciała odruchowo osłonić własną twarz. O ile mogła przeżyć leczenie bąbli i poparzeń z ramienia, to oszpecania sobie gęby wolała uniknąć. Wiele więcej poza nią nie miała.
Na szczęście niebo nie spadło im na głowy - pudełka, pudełeczka, puszki z herbatą wydające nieboski brzdęk, który obudziłby zmarłego i a nuż ocuci babcię Chang, już tak. Jedna z herbat przydzwoniła jej w czerep, co trochę zbiło Mewę z pantałyku. Przez chwilę czuła się ogłuszona, siedziała w szoku na ziemi, choć na dobrą sprawę powinna siedzieć na mężczyźnie, który nie dalej jak kilka uderzeń serca temu próbował zamordować Marylkę. Nie dotarło to do niej jeszcze, gdy wygrzebywała się spod wszystkich pojemników i bibelotów, zbierając z gleby nie tylko siebie, ale i swój honor.
Dopiero pytanie siostry wyrwało ją z marazmu; obróciła się wokół własnej osi, najpierw całym ciałem w jedną stronę, a potem samą głową w drugą. Chłop przepadł. Amba fatima, było i ni ma.
- Co jest... - wydusiła spomiędzy niespokojnych oddechów, nie mogąc pojąć umysłem, co tu właściwie zaszło. Schyliła się pełna konsternacji, aby podnieść pałeczki, spojrzała na nie - miały na sobie ślady krwi, co oznaczało, że musiała go trafić. No cholera jasna, przecież ona nie mogła chybić z tak małej odległości. Ale ciała nie było, a jak to się mówiło w okolicy - nie ma truchła, nie ma zbrodni.
Co, do cholery, było tu grane?
- Wyteleportował się? - Niby zapytała Marillę, ale trochę brzmiało to pytanie tak, jakby rzuciła je w eter. Jakby liczyła, że jeden z tych typów, co wszedł i udawał legalnie ślepego, gdy gapił się na zajście, ale nie ingerował, powie im co zaszło. Ale wszystko milczało na ten temat jak grób, łącznie z tym przeklętym bluszczem, który przecież miał takich napastników hamować.
Wyszła zza lady, rozjerzała się raz jeszcze. Spojrzała, czy się nie skitrał za nią, czy nie wlazł za lampę, czy czasem nie trzyma się jak pająk sufitu. Nie było go nigdzie. No trudno - trzeba było się teraz skupić na istotnych rzeczach.
- Moje biedactwo... - mruknęła z bólem. Można by było się spodziewać, że mówi to do siostry, która oberwała ostrzem i prawie przypłaciła życiem, ale nie - Mewa właśnie schylała się nad swoją rozbitą miską i wywalonym na ziemię makaronem. Nie mogła przeżyć, że miałaby iść spać głodna.
Najpierw przycelowała lepiej w jego szyję, chcąc zaatakować od prawego boku - upatrzyła sobie tętnicę, ale orłem z biologii nie była i mogła tylko zgadywać, że dobrze trafia. Widząc jednak, że pcha ich dwójkę prosto w trujący bluszcz, lewą ręką chciała odruchowo osłonić własną twarz. O ile mogła przeżyć leczenie bąbli i poparzeń z ramienia, to oszpecania sobie gęby wolała uniknąć. Wiele więcej poza nią nie miała.
Na szczęście niebo nie spadło im na głowy - pudełka, pudełeczka, puszki z herbatą wydające nieboski brzdęk, który obudziłby zmarłego i a nuż ocuci babcię Chang, już tak. Jedna z herbat przydzwoniła jej w czerep, co trochę zbiło Mewę z pantałyku. Przez chwilę czuła się ogłuszona, siedziała w szoku na ziemi, choć na dobrą sprawę powinna siedzieć na mężczyźnie, który nie dalej jak kilka uderzeń serca temu próbował zamordować Marylkę. Nie dotarło to do niej jeszcze, gdy wygrzebywała się spod wszystkich pojemników i bibelotów, zbierając z gleby nie tylko siebie, ale i swój honor.
Dopiero pytanie siostry wyrwało ją z marazmu; obróciła się wokół własnej osi, najpierw całym ciałem w jedną stronę, a potem samą głową w drugą. Chłop przepadł. Amba fatima, było i ni ma.
- Co jest... - wydusiła spomiędzy niespokojnych oddechów, nie mogąc pojąć umysłem, co tu właściwie zaszło. Schyliła się pełna konsternacji, aby podnieść pałeczki, spojrzała na nie - miały na sobie ślady krwi, co oznaczało, że musiała go trafić. No cholera jasna, przecież ona nie mogła chybić z tak małej odległości. Ale ciała nie było, a jak to się mówiło w okolicy - nie ma truchła, nie ma zbrodni.
Co, do cholery, było tu grane?
- Wyteleportował się? - Niby zapytała Marillę, ale trochę brzmiało to pytanie tak, jakby rzuciła je w eter. Jakby liczyła, że jeden z tych typów, co wszedł i udawał legalnie ślepego, gdy gapił się na zajście, ale nie ingerował, powie im co zaszło. Ale wszystko milczało na ten temat jak grób, łącznie z tym przeklętym bluszczem, który przecież miał takich napastników hamować.
Wyszła zza lady, rozjerzała się raz jeszcze. Spojrzała, czy się nie skitrał za nią, czy nie wlazł za lampę, czy czasem nie trzyma się jak pająk sufitu. Nie było go nigdzie. No trudno - trzeba było się teraz skupić na istotnych rzeczach.
- Moje biedactwo... - mruknęła z bólem. Można by było się spodziewać, że mówi to do siostry, która oberwała ostrzem i prawie przypłaciła życiem, ale nie - Mewa właśnie schylała się nad swoją rozbitą miską i wywalonym na ziemię makaronem. Nie mogła przeżyć, że miałaby iść spać głodna.
I wanna skin you alive
I wanna wear your flesh
— like a costume —
I wanna wear your flesh
— like a costume —