19.02.2024, 23:45 ✶
Dolohov nie skomentował w żaden sposób jej słów, ale od razu było widać, że chciał coś powiedzieć. Rozchylił nawet wargi, ale zaniechał bardzo szybko - powodem takiego działania była chęć upewnienia się, czy aby na pewno nie zrobi z siebie idioty przed dziewczyną będącą „zawsze o krok od rozbicia sobie łba”, bo teraz kiedy musiał mierzyć się z widokiem nawiedzającego go Morpheusa, nie mógł nie myśleć o jego opowieściach z pociągu jadącego do Szkocji. To było potworne, jak szybko tak słodkie i wyraźne wspomnienie przerodziło się w coś niosącego ze sobą tak solidną i bolesną dawkę smutku. On jednak nie dał po sobie tego poznać - tego, że wcale nie była przeciętną, mało ważną Brygadzistką, tylko małym berbeciem, o którym opowiadał mu i innym człowiek, w którym Dolohov lata temu tak mocno się zakochał - jego życie było jednym, wielkim kłamstwem, więc i teraz kłamał doskonale. Na przykład bardzo skutecznie okłamywał siebie (że wcale go to nie obchodziło) i świat (też, że wcale go to nie obchodziło), no bo to było dawno i nieprawda (tylko czasem o nim myślał, odkąd Annaleigh przestała poić go swoimi specyfikami, może po prostu jak żona odstawia ci amortencję po prawie dziesięciu latach to robisz się nostalgiczny i przypomina ci się, jak to jest być szczęśliwym i kogoś kochać), a rodzina Longbottomów wcale go nie obchodziła (to nie tak, że bardzo chętnie zaprosiłby jej brata na kolację), a tak w ogóle to wcale nie jest samotny (a to jak płacze na kanapie jedząc diamenty to tylko taki efekt uboczny wielkiej sławy). Kilka, małych, zupełnie nieistotnych kłamstewek - co to było dla człowieka muszącego występować regularnie przed tłumami ludzi i udowodnić im bycie nieomylnym, byciem doskonałym, w dziedzinie jaką się zajmował?
Przekonał samego siebie bardzo mocno, czyli wcale, więc w sumie dobrze dla wszystkich tu obecnych, że Brenna nie wpatrywała się w jego spowitą wewnętrznym mrokiem twarz, a na kościste palce bawiące się dziecinnie prostą układanką. Dziecinnie prostą układanką, o ile znało się pewne sposoby i sposobiki. Dokładnie, wręcz wyraziście dokładnie takie, jakich Dolohov uczył się od swojego nauczyciela. Pierwsza myśl - to jego nauczyciel był tym mordercą, ale to nie było możliwe, bo kiedy ma się czterdzieści lat, to twoi starzy profesorowie rozpadający się już wtedy, kiedy przekazywali ci swą starszą wiedzę, aktualnie znajdowali się gdzieś w Limbie. Istniała jednak o wiele prostsza odpowiedź na to pytanie.
Vakel z głośnym trzaskiem otworzył szufladę swojego biurka i wyciągnął z niej swój notatnik, który następnie otworzył na świeżej stronie i zaczął na nim pisać. Później powrócił do poprzedniego układu, tego porzuconego na rzecz nowego i też coś zapisał. Miał teraz przed sobą szereg cyfr, pierwszy dosyć chaotyczny, drugi... pozornie też, ale tylko jeżeli wpadło się w pułapkę losowości, bo kiedy czytało się te cyfry od prawej do lewej, od razu rzucały się w oczy cztery: 1972. To była data.
- Zaraz wrócę - oznajmił i faktycznie opuścił gabinet. Nie mógł zabrać jej ze sobą, bo biblioteka mieściła się w tej części kamienicy, w której Dolohovowie mieszkali, dziwnie więc byłoby wprowadzać kogoś obcego do przestrzeni, w których potrafiły wylegiwać się jego żona i córka. Normalne przyniósłby mu to Peregrin, ale nawet on nie zrozumiałby, o jaką książkę mu chodzi. Poszedł więc po nią sam, pozostawiając Brennę samotną w gabinecie pełnym tykających zegarów, z filiżanką herbaty i takim dziwnym poczuciem, że wróżbita jednocześnie wspaniale się bawił, rozwiązując tę zagadkę, jak i coś go w tym wszystkim dogłębnie przeraziło.
Wrócił z książką i z gazetą. Mówiąc konkretniej, z wydaniami Proroka Codziennego.
- ...to data i wydanie. Szyfr bibliograficzny. - Wyjaśnił, książkę odkładając na bok. Było to dzieło zbiorowe kilku autorów, w tym (co za wielkie zaskoczenie) jego samego. A później zaczął sprawdzać te gazety, sunął palcem po artykułach, aż wreszcie dojechał palcem do reklamy jakiegoś pubu pod mostem na Charing Cross Road. - Znów piorunująco łatwe - zupełnie tak, jakby ktoś zaprojektował to dla niego, co za wielka niespodzianka - jasnowidz, z którym się panna konsultowała, w przeciwieństwie do mordercy, nigdy nie przeczytał Szyfrownicy, której jednym ze współautorów jestem. Nie muszę korzystać z trzeciego oka, żeby wiedzieć, że w tym pubie na jakiejś obskurnej ścianie męskiej łazienki znajdziecie następną wiadomość. - Podniósł to tomiszcze i wręczył jej do ręki. Pierwsze, jedno z naprawdę niewielu wydań, niecieszące się szczególną popularnością. Szkoda, pomyślał. Bo to zwiększało szansę, że któryś z jego fanów nie tylko był mordercą, ale i idiotą, bo tak łatwo dał się złapać... chociaż kogoś takiego jak Dolohov bardziej zawodził jakikolwiek brak własnej inwencji. Z jakiegoś powodu nie przeszło mu przez myśl obawianie się o bycie jakimś następnym celem, czy inną bzdurę. Przecież ktoś tak głupi nigdy nie zdołałby go pokonać (a może raczej go dogonić, kiedy zacząłby uciekać).
Przekonał samego siebie bardzo mocno, czyli wcale, więc w sumie dobrze dla wszystkich tu obecnych, że Brenna nie wpatrywała się w jego spowitą wewnętrznym mrokiem twarz, a na kościste palce bawiące się dziecinnie prostą układanką. Dziecinnie prostą układanką, o ile znało się pewne sposoby i sposobiki. Dokładnie, wręcz wyraziście dokładnie takie, jakich Dolohov uczył się od swojego nauczyciela. Pierwsza myśl - to jego nauczyciel był tym mordercą, ale to nie było możliwe, bo kiedy ma się czterdzieści lat, to twoi starzy profesorowie rozpadający się już wtedy, kiedy przekazywali ci swą starszą wiedzę, aktualnie znajdowali się gdzieś w Limbie. Istniała jednak o wiele prostsza odpowiedź na to pytanie.
Vakel z głośnym trzaskiem otworzył szufladę swojego biurka i wyciągnął z niej swój notatnik, który następnie otworzył na świeżej stronie i zaczął na nim pisać. Później powrócił do poprzedniego układu, tego porzuconego na rzecz nowego i też coś zapisał. Miał teraz przed sobą szereg cyfr, pierwszy dosyć chaotyczny, drugi... pozornie też, ale tylko jeżeli wpadło się w pułapkę losowości, bo kiedy czytało się te cyfry od prawej do lewej, od razu rzucały się w oczy cztery: 1972. To była data.
- Zaraz wrócę - oznajmił i faktycznie opuścił gabinet. Nie mógł zabrać jej ze sobą, bo biblioteka mieściła się w tej części kamienicy, w której Dolohovowie mieszkali, dziwnie więc byłoby wprowadzać kogoś obcego do przestrzeni, w których potrafiły wylegiwać się jego żona i córka. Normalne przyniósłby mu to Peregrin, ale nawet on nie zrozumiałby, o jaką książkę mu chodzi. Poszedł więc po nią sam, pozostawiając Brennę samotną w gabinecie pełnym tykających zegarów, z filiżanką herbaty i takim dziwnym poczuciem, że wróżbita jednocześnie wspaniale się bawił, rozwiązując tę zagadkę, jak i coś go w tym wszystkim dogłębnie przeraziło.
Wrócił z książką i z gazetą. Mówiąc konkretniej, z wydaniami Proroka Codziennego.
- ...to data i wydanie. Szyfr bibliograficzny. - Wyjaśnił, książkę odkładając na bok. Było to dzieło zbiorowe kilku autorów, w tym (co za wielkie zaskoczenie) jego samego. A później zaczął sprawdzać te gazety, sunął palcem po artykułach, aż wreszcie dojechał palcem do reklamy jakiegoś pubu pod mostem na Charing Cross Road. - Znów piorunująco łatwe - zupełnie tak, jakby ktoś zaprojektował to dla niego, co za wielka niespodzianka - jasnowidz, z którym się panna konsultowała, w przeciwieństwie do mordercy, nigdy nie przeczytał Szyfrownicy, której jednym ze współautorów jestem. Nie muszę korzystać z trzeciego oka, żeby wiedzieć, że w tym pubie na jakiejś obskurnej ścianie męskiej łazienki znajdziecie następną wiadomość. - Podniósł to tomiszcze i wręczył jej do ręki. Pierwsze, jedno z naprawdę niewielu wydań, niecieszące się szczególną popularnością. Szkoda, pomyślał. Bo to zwiększało szansę, że któryś z jego fanów nie tylko był mordercą, ale i idiotą, bo tak łatwo dał się złapać... chociaż kogoś takiego jak Dolohov bardziej zawodził jakikolwiek brak własnej inwencji. Z jakiegoś powodu nie przeszło mu przez myśl obawianie się o bycie jakimś następnym celem, czy inną bzdurę. Przecież ktoś tak głupi nigdy nie zdołałby go pokonać (a może raczej go dogonić, kiedy zacząłby uciekać).
with all due respect, which is none