20.02.2024, 01:56 ✶
Empatką ciężko ją było nazwać, ale im dłużej obserwowała jak Flynn przepoczwarza się w napinacza, tym bardziej miała wrażenie, że jest jak te kolorowe owady, co są takie pstrokate i straszne na pokaz. Maskują się za obliczem twardziela, żeby nikt nie podszedł, bo jak podejdzie, to ów twardziel złoży po sobie uszy i będzie płakał za mamą.
Choć kto wie, za kim płakałby Crow. Może za Fontaine? Zresztą, jego odpowiedź chyba powiedziała więcej niż tysiąc słów.
- O moje drogi rodne się nie martw, lepiej bój się o swoje. Niedaleko pada jabłko od jabłoni - powiedziała to wręcz na jednym oddechu, jakby wcale nie musiała się zastanawiać nad tą wiązanką. Przechyliła głowę i zacisnęła usta, przyglądając mu się raz jeszcze, tym razem uważniej; trochę czuła się, jakby dźgała niedźwiadka przez kraty i teoretycznie mogło się jej to odbić czkawką, ale wolała kusić los, przeczuwawszy, że szanse na odwet są nikłe. Gdyby Edge naprawdę wiedział, jak skutecznie zakończyć ich rozmowę, już dawno harcowałaby po terenie cyrku bez kilku zębów.
On się ewidentnie czegoś bał, ale raczej nie Maeve. Raczej bał się, że była pierwszym krokiem ku powrotowi do korzeni.
Naprawdę misternie planowała dalej mu dogryzać, ale kiedy usłyszała, że się jąka, dosłownie zrobiło jej się go żal. Nie mogła tego opisać słowami, ale zwyczajnie wezbrało w niej współczucie - poczuła się, jakby znęcała się nad dziarskim, przypartym do muru pięciolatkiem, który robi co może, żeby się wybronić przed prześladującym go starszym kolegą, lecz przecież jest tylko dzieckiem i nie zasługuje na takie traktowanie.
Niby z tyłu głowy wciąż pamiętała, że ma do czynienia z mordercą, ale sama nie była kimś, kto mógł pierwszy rzucić kamieniem.
- Ech - westchnęła z rezygnacją, decydując się ułatwić mu sprawę. Nie mogła patrzeć na niego, kiedy tak żałośnie się bronił. - Może odświeżę ci pamięć - zaproponowała, a następnie rozejrzała się szybko w lewo i w prawo. Nie wiedziała na dobrą sprawę po co, bo przecież wokół były tłumy, ktoś i tak by to zobaczył. Ale licho nie śpi, odruchy też nie.
Zasłoniła dłońmi twarz; zawsze to robiła przy metamorfomagii, bo twarz wyginająca się pod nieludzkimi kątami przyprawiała ludzi o mdłości, a ten tutaj już był na skraju paniki. Ciało falowało, skracając się o kilka centymetrów - przed chwilą była ciutkę wyższa od Crowa, teraz stała niższa o co najmniej połowę głowy. Włosy przybrały kolor pospolitego brązu, wydłużyły się.
Kiedy odsłoniła twarz, nie stała przed nim już Azjatka. Stała przed nim zielonooka Finley.
- Teraz już wiesz, w którym kościele dzwoni? - zapytała uroczym głosem, brzmiąc przy tym na nieco głupią, co kontrastowało znacznie ze zwyczajowym niskim, zachrypniętym głosem Maeve. Jeśli powrót do tej aparycji nie połączy kropek w jego głowie, to już nic nie pomoże - z pustego to i Merlin nie naleje.
Choć kto wie, za kim płakałby Crow. Może za Fontaine? Zresztą, jego odpowiedź chyba powiedziała więcej niż tysiąc słów.
- O moje drogi rodne się nie martw, lepiej bój się o swoje. Niedaleko pada jabłko od jabłoni - powiedziała to wręcz na jednym oddechu, jakby wcale nie musiała się zastanawiać nad tą wiązanką. Przechyliła głowę i zacisnęła usta, przyglądając mu się raz jeszcze, tym razem uważniej; trochę czuła się, jakby dźgała niedźwiadka przez kraty i teoretycznie mogło się jej to odbić czkawką, ale wolała kusić los, przeczuwawszy, że szanse na odwet są nikłe. Gdyby Edge naprawdę wiedział, jak skutecznie zakończyć ich rozmowę, już dawno harcowałaby po terenie cyrku bez kilku zębów.
On się ewidentnie czegoś bał, ale raczej nie Maeve. Raczej bał się, że była pierwszym krokiem ku powrotowi do korzeni.
Naprawdę misternie planowała dalej mu dogryzać, ale kiedy usłyszała, że się jąka, dosłownie zrobiło jej się go żal. Nie mogła tego opisać słowami, ale zwyczajnie wezbrało w niej współczucie - poczuła się, jakby znęcała się nad dziarskim, przypartym do muru pięciolatkiem, który robi co może, żeby się wybronić przed prześladującym go starszym kolegą, lecz przecież jest tylko dzieckiem i nie zasługuje na takie traktowanie.
Niby z tyłu głowy wciąż pamiętała, że ma do czynienia z mordercą, ale sama nie była kimś, kto mógł pierwszy rzucić kamieniem.
- Ech - westchnęła z rezygnacją, decydując się ułatwić mu sprawę. Nie mogła patrzeć na niego, kiedy tak żałośnie się bronił. - Może odświeżę ci pamięć - zaproponowała, a następnie rozejrzała się szybko w lewo i w prawo. Nie wiedziała na dobrą sprawę po co, bo przecież wokół były tłumy, ktoś i tak by to zobaczył. Ale licho nie śpi, odruchy też nie.
Zasłoniła dłońmi twarz; zawsze to robiła przy metamorfomagii, bo twarz wyginająca się pod nieludzkimi kątami przyprawiała ludzi o mdłości, a ten tutaj już był na skraju paniki. Ciało falowało, skracając się o kilka centymetrów - przed chwilą była ciutkę wyższa od Crowa, teraz stała niższa o co najmniej połowę głowy. Włosy przybrały kolor pospolitego brązu, wydłużyły się.
Kiedy odsłoniła twarz, nie stała przed nim już Azjatka. Stała przed nim zielonooka Finley.
- Teraz już wiesz, w którym kościele dzwoni? - zapytała uroczym głosem, brzmiąc przy tym na nieco głupią, co kontrastowało znacznie ze zwyczajowym niskim, zachrypniętym głosem Maeve. Jeśli powrót do tej aparycji nie połączy kropek w jego głowie, to już nic nie pomoże - z pustego to i Merlin nie naleje.
I wanna skin you alive
I wanna wear your flesh
— like a costume —
I wanna wear your flesh
— like a costume —