20.02.2024, 02:08 ✶
tańcuję dalej z Brenn
- Już bez przesady, może jej się spodoba? Odkryje swoją nową, życiową pasję? - zażartował, kołysząc się w rytm piosenki, do której podśpiewywała ze sceny Lestrange. Chyba sobie gorszego momentu nie mógł wybrać na porywanie Brenny do tańca, bo tak samo melodia, jak i sączące się ze sceny słowa, były aż nadto wolne i słodkie.
- Nie wiem, odniosłem po prostu takie wrażenie - odpowiedział, przekrzywiając lekko głowę w niezdecydowaniu. Ciężko mu było sobie do końca wyobrazić jak bardzo ktoś z jej krewniaków mógłby się zaangażować w ich swatanie, głównie chyba dlatego, że jego właśni chyba się już zwyczajnie poddali. Matka wciąż uznawały za ważny zakład, który dawno temu zawarła ze swoim mężem, odnośnie tego kto pierwszy stanie na ślubnym kobiercu i wiernie Atreusowi kibicowała, ale bez takiego entuzjazmu jak wcześniej, kiedy był jeszcze młodszy. Może przywykła, że nie był w stanie zatrzymać przy sobie nikogo na dłużej, wyraźnie nie będąc w stanie znaleźć jakiegoś złotego środka i iść na kompromisy, chociaż on sam uważał że zwyczajnie miał szczęścia w tym zakresie. Często też mówił, że to wszystko dlatego, że fortuna sprzyja mu w kartach, a przez to nie starczyło jej już tyle na inne aspekty jego życia, szczególnie jeśli o miłość chodziło. Jeszcze na początku tego roku, nawet jeśli pierścionek na palec Elaine założył w wyniku wygranego zakładu, uważał że coś mogłoby z tego być. Że tak jak Stanley lubił mu wytykać, to była ta jedyna i nie było czym się przejmować, ale okazało się, że historia lubiła się powtarzać, a para w naturalny sposób zaczęła dryfować w przeciwnych kierunkach. Ona wyjechała do Francji, a on został tutaj, z więzią na karku i ledwo żywy.
Może dlatego o wiele ciężej było mu się przyznać teraz, że coś między nimi było. Jakaś jego część stała się przesądna i nie chciała zapeszać, a z innej strony był bardzo świadomy tego, jakie uczucia osoba Brenny wzbudzała w jego przyjaciołach. Antoś już dawno stracił dla niej głowę i gdyby tylko cokolwiek mu powiedział, ten chodziłby jak struty, dogłębnie zraniony. Stanley jej nie znosił i kiedy jeszcze pracował w Ministerstwie, darł z nią koty regularnie, nawet jeśli w ten grzeczny sposób osoby, która starała się zbytnio nie napaskudzić w miejscu pracy. Louvain natomiast... był Louvainem, a nazwisko Longbottom wyznaczało dla niego zdrajców krwi. Każdy z nich, gdyby im się do tej więzi przyznał, pewnie by się go zapytał czy upadł na głowę. Co zaś tyczyło się jego szanownej rodziny, to mógł sobie wyobrazić jak matka pyta się go, czy dobrze się bawi, ojciec; niby to poważny, zastanawia się skąd mieli czas na takie głupoty na służbie, jakby sam w młodości był bardziej rozsądny, a Florence wywraca unosi wysoko brew, tylko po to by zaraz się go zapytać, czemu nie przyszedł do niej z tą więzią.
- Hm - mruknął, nie tyle będąc zaskoczonym jej wyznaniem, co niekoniecznie wiedząc co z nim zrobić. - Chyba niestety muszę. Uderzysz mnie jeszcze z raz, albo zgodzisz się znowu na wspólne odejście ze świata i sam się zakocham - rzucił, równie lekko jak ona, uśmiechając się przy tym wesoło.
- Szczerze, to prędzej bym się spodziewał, że gdybyś coś knuła to zaprosiłabyś mnie do jakichś katakumb, albo innego nawiedzonego lasu. Nie ma to jak romantyczna próba wspólnego przeżycia śmiertelnego niebezpieczeństwa. W sumie prosił, żebym ci nie mówił, ale nie wiem jak to się ma do faktu, że wydajesz się jak najlepiej poinformowana. Tłumaczył to zaproszenie tym, że instytucje Brygady i Aurorów powinny się nawzajem wspierać w najróżniejszych aspektach. - parsknął, wyraźnie rozbawiony. - Całkiem sprytne, gdyby nie fakt, że wcześniej tak całkiem nieoczekiwanie to akurat mnie wybrał, żeby ci przynieść książkę. Żeby chociaż zrobił to w pracy, ale on po prostu wysłał mi sowę... Ale gdyby co, to ci absolutnie nic nie powiedziałem i tłumaczę się tak, że to moja siostra mnie zabrała ze sobą na swoje zaproszenie. O tam sobie siedzi, nawet nie muszę bardzo kłamać - wskazał głową w kierunku gdzie znajdowała się Florence, a obok niej już teraz i Vincent, który postanowił do niej zagadać.
- Już bez przesady, może jej się spodoba? Odkryje swoją nową, życiową pasję? - zażartował, kołysząc się w rytm piosenki, do której podśpiewywała ze sceny Lestrange. Chyba sobie gorszego momentu nie mógł wybrać na porywanie Brenny do tańca, bo tak samo melodia, jak i sączące się ze sceny słowa, były aż nadto wolne i słodkie.
- Nie wiem, odniosłem po prostu takie wrażenie - odpowiedział, przekrzywiając lekko głowę w niezdecydowaniu. Ciężko mu było sobie do końca wyobrazić jak bardzo ktoś z jej krewniaków mógłby się zaangażować w ich swatanie, głównie chyba dlatego, że jego właśni chyba się już zwyczajnie poddali. Matka wciąż uznawały za ważny zakład, który dawno temu zawarła ze swoim mężem, odnośnie tego kto pierwszy stanie na ślubnym kobiercu i wiernie Atreusowi kibicowała, ale bez takiego entuzjazmu jak wcześniej, kiedy był jeszcze młodszy. Może przywykła, że nie był w stanie zatrzymać przy sobie nikogo na dłużej, wyraźnie nie będąc w stanie znaleźć jakiegoś złotego środka i iść na kompromisy, chociaż on sam uważał że zwyczajnie miał szczęścia w tym zakresie. Często też mówił, że to wszystko dlatego, że fortuna sprzyja mu w kartach, a przez to nie starczyło jej już tyle na inne aspekty jego życia, szczególnie jeśli o miłość chodziło. Jeszcze na początku tego roku, nawet jeśli pierścionek na palec Elaine założył w wyniku wygranego zakładu, uważał że coś mogłoby z tego być. Że tak jak Stanley lubił mu wytykać, to była ta jedyna i nie było czym się przejmować, ale okazało się, że historia lubiła się powtarzać, a para w naturalny sposób zaczęła dryfować w przeciwnych kierunkach. Ona wyjechała do Francji, a on został tutaj, z więzią na karku i ledwo żywy.
Może dlatego o wiele ciężej było mu się przyznać teraz, że coś między nimi było. Jakaś jego część stała się przesądna i nie chciała zapeszać, a z innej strony był bardzo świadomy tego, jakie uczucia osoba Brenny wzbudzała w jego przyjaciołach. Antoś już dawno stracił dla niej głowę i gdyby tylko cokolwiek mu powiedział, ten chodziłby jak struty, dogłębnie zraniony. Stanley jej nie znosił i kiedy jeszcze pracował w Ministerstwie, darł z nią koty regularnie, nawet jeśli w ten grzeczny sposób osoby, która starała się zbytnio nie napaskudzić w miejscu pracy. Louvain natomiast... był Louvainem, a nazwisko Longbottom wyznaczało dla niego zdrajców krwi. Każdy z nich, gdyby im się do tej więzi przyznał, pewnie by się go zapytał czy upadł na głowę. Co zaś tyczyło się jego szanownej rodziny, to mógł sobie wyobrazić jak matka pyta się go, czy dobrze się bawi, ojciec; niby to poważny, zastanawia się skąd mieli czas na takie głupoty na służbie, jakby sam w młodości był bardziej rozsądny, a Florence wywraca unosi wysoko brew, tylko po to by zaraz się go zapytać, czemu nie przyszedł do niej z tą więzią.
- Hm - mruknął, nie tyle będąc zaskoczonym jej wyznaniem, co niekoniecznie wiedząc co z nim zrobić. - Chyba niestety muszę. Uderzysz mnie jeszcze z raz, albo zgodzisz się znowu na wspólne odejście ze świata i sam się zakocham - rzucił, równie lekko jak ona, uśmiechając się przy tym wesoło.
- Szczerze, to prędzej bym się spodziewał, że gdybyś coś knuła to zaprosiłabyś mnie do jakichś katakumb, albo innego nawiedzonego lasu. Nie ma to jak romantyczna próba wspólnego przeżycia śmiertelnego niebezpieczeństwa. W sumie prosił, żebym ci nie mówił, ale nie wiem jak to się ma do faktu, że wydajesz się jak najlepiej poinformowana. Tłumaczył to zaproszenie tym, że instytucje Brygady i Aurorów powinny się nawzajem wspierać w najróżniejszych aspektach. - parsknął, wyraźnie rozbawiony. - Całkiem sprytne, gdyby nie fakt, że wcześniej tak całkiem nieoczekiwanie to akurat mnie wybrał, żeby ci przynieść książkę. Żeby chociaż zrobił to w pracy, ale on po prostu wysłał mi sowę... Ale gdyby co, to ci absolutnie nic nie powiedziałem i tłumaczę się tak, że to moja siostra mnie zabrała ze sobą na swoje zaproszenie. O tam sobie siedzi, nawet nie muszę bardzo kłamać - wskazał głową w kierunku gdzie znajdowała się Florence, a obok niej już teraz i Vincent, który postanowił do niej zagadać.