Chociaż wyróżniano ulicę Pokątną, aleję Horyzontalną oraz ulicę Śmiertelnego Nokturnu, tak naprawdę nie były to jedynie trzy proste, które krzyżowały się, a sieć uliczek, cała magiczna dzielnica, splątana ze sobą przejściami, zaułkami, prowadzącymi na zaplecza i podwórka. Im dalej od głównych arterii mrowiska miejskiego, tym węższe były alejki, tym mniej osób, tym ciemniej, im bliżej Nokturnu. Zwykle czarodzieje nie panikowali w tych miejscach, nawet tam, gdzie raczej nikt przeciętny nie zachodził, a gdzie wszelaki margines znaczył swoim zepsuciem mapę miasta. Ulice, jak ulice, brukowane drogi i mury, drzwi do klatek schodowych, łuki bram i gargulce rzygowników. Jednak dla obcych musiał to być prawdziwy labirynt.
Nawet zimą buty dla Samuela nigdy nie były tak niewygodne. Twarda, nienaturalna powierzchnia, kocie łby, na których łatwo skręcić kostkę lub płaskie płyty z granitu, wszystko ostro ciosane, bolesne dla stóp, które nienawykły do kroczenia miastem. Gdy po lesie mógł iść wiele mil, biegać, wspinać się na drzewa i jeszcze przepłynąć jezioro, skórzane buty, jeszcze nie złamane, uwierały.
— Samuel? Sam! — usłyszał głos swojej matki za sobą, ale gdy odwrócił się, była za nim ściana. Przecież... przecież stamtąd przyszedł. Wszedł coś mokrego, w coś śmierdzącego. Rynsztok. Wszystkie zapachy powielił gorąc letniego słońca, gnicie resztek wylewanych przez okna, smród kocich i ptasich odchodów. Coś zatrzepotało w powietrzu, ale podnosząc głowę do góry, było tylko szaro-niebieskie, brudne niebo, zasnute smogiem i ostre słońce, w wąskiej szparze pomiędzy budynkami, dachówkami. Skrzypnięcie jakiejś bramy brzmiało niemal jak wyrok śmierci. Przytłaczały go dźwieki, stukot obcasów. Musiał biec, biec, ale gdzie? Nie ma tu krzewów, nie ma drzew, aby odnaleźć schronienie, tylko hałas i jednocześnie dziwna cisza. Ciągły szum w uszach.
Alejki stawały się coraz węższe, jakby zacieśniały się na drobnym ciele podróżnika z pudełkiem. Ktoś się z niego śmiał, jakieś dzieciaki z umorusanymi twarzami i psychodelicznie szerokimi uśmiechami ze zbyt dużą ilością zębów.
Sam! Samuel! Gdzie jesteś?
Czy to ludzki głos, czy to skrzek ptasi? Ktoś go szukał? Ręka na ramieniu, może to matka, może to ona, może... i głos:
— Zgubiłeś się kochane? — I gdyby nie opary, sympatyczna kobieta z dołeczkiem na policzku, która szczerze zmartwiła się małym, zagubionym chłopcem, mogłaby stać się mu ostoją i pomocą, aby odnaleźć Berenikę. Jednak Sam, przepełniony dziwnym dymem, z umysłem skotłowanym paniką i czymś, co zostało mu przemocą wtłoczone do płuc, widział jedynie okrutnego mechanicznego szerszenia, z wyciągniętym żądłem i odnóżami, zbliżającymi się do jego ramion, z kłami, gotowymi pożreć jego miękkie tkanki. Był malutką pszczółką, a ona potężnym drapieżnikiem.
Głos zaplątał się o własne struny głosowe w gardle, duszony wizją, gdy szerszeń transformował w kolorową chmurę ciała bez głowy, a uliczki jeszcze bardziej zawężyły się, a przecież się nie ruszał, to gdzie szerszeń, gdzie kobieta, gdzie matka... Ślina napływała mu do gardła, jakby miał coś zjeść, coś pysznego, ale była kwaśna, piekąca w podniebienie, brzuch z nerwów oplatała ciasna obręcz, oczy, rozszerzone, szukały prawdy, której nie było.
Tezeusz w labiryncie Minotaura. Gdzie masz swoją nitkę? Zapytał jakiś szczebioczący głos. Poczuł uderzenie ubłoconego patyka w swoje plecy. To tamte dzieci z zębami, z dużą ilością zębów, z błyskiem w oczach, zbyt dużych oczach, oczach owada, czy to są kolejne mechaniczne szerszenie, których zgrzytliwe ruchy pokrytego rdzą mechanizmu wżynały się w mózg. Smród oleju i rozkładu, który niczego nie nawozi, a tylko pęcznieje chorobą, toczącą miasta od wieków. Mechaniczne cykanie zegarowych serc, automatonów, siekających wszystko, co żyje.