02.12.2022, 01:24 ✶
Nie zareagował dobrze na wieść, że w mieście odbyły się ataki. Jego myśli momentalnie poleciały w stronę bliskich, ale przede wszystkim Danny. Wiedział, że jeśli działo się coś tego typu, z pewnością była już na miejscu. Czuł ogromną, mimowolną potrzebę wybycia ze szpitala. Tylko po to, żeby ją znaleźć, upewnić się, że jest cała. Najlepiej by było, gdyby przy okazji zabrał ją ze sobą gdzieś, gdzie będzie bezpiecznie. Wiedział, że ludzie potrzebują pomocy, ale nie chciał tego robić kosztem jej bezpieczeństwa. I chociaż przez krótką chwilę chciał pobiec do gabinetu, zabrać swoje rzeczy i ruszyć na miasto, ostatecznie zrezygnował. Nie mógł ot tak wyjść i zostawić tych wszystkich ludzi. Ostatnimi czasy i tak mieli problemy ze zbyt wielką ilością pacjentów w porównaniu do lekarzy. Każda para rąk była na cenę złota. Gdyby teraz wyszedł, naraziłby wiele niewinnych istnień, a przecież nie mógł sobie na to pozwolić. Nigdy nie wybaczyłby sobie takiego zaniedbania.
Właśnie dlatego zacisnął zęby, wziął kilka głębszych oddechów i wrócił na powierzchnię. Jęki, krzyki, rozmowy — wszystko zaczęło na nowo do niego docierać. Rozejrzawszy się, dostrzegł Menodorę. Posłał jej lekki, nieco niemrawy uśmiech, po czym ruszył w jej stronę. Fakt, że pomagał mu ktoś znajomy, komu ufał, sprawiał, że czuł się nieco pewniej.
— Będzie tylko gorzej. Przygotujmy zapasowe składniki i eliksiry — rzucił, po czym ruszył w stronę schowka na leki i inne przybory do eliksirów.
Skupiając się na tu i teraz, starał się wyrzucić na tył głowy zmartwienia. Nie mógł teraz wyjść, mieli zbyt dużo pacjentów, którymi ktoś musiał się zająć. No i zaczęli przybywać nowi. A Danny przecież na pewno da sobie rade.
Większość pacjentów była w dość stabilnym stanie. Podawał im standardowe dawki odpowiednich leków, stabilizując ich stan. Tutaj jednak zaczęły się robić schody.
Gdy na salę wniesiono nowego pacjenta, od razu wiedział, że święci się coś większego.
— Skąd przyjechał? Co się stało? — rzucił w stronę pracowników, którzy go przynieśli, ale ci jedynie pokręcili głowami, dając do zrozumienia, że nie wiedzą. Zdenerwowany Lupin minął ich i podszedł do pacjenta. Wyciągnął różdżkę i zaczął mamrotać pod nosem inkantacje. Czubek różdżki lekko się zaświecił, mężczyzna lekko się uspokoił... co jednak nie trwało zbyt długo. Jęki na nowo wypełniły salę, a gdyby tego było mało, jego skóra zaczęła zmieniać kolor.
— Cholera jasna, to coś poważniejszego... - zaczął, w głowie kompletując rzeczy, których będą potrzebowali. — Potrzebujemy eliksiru uspokajającego. Nie dam rady nic zrobić, jeśli będzie się rzucał. Przynieść też wiggenowy. Potrzebujemy też dyptamu. I mieszankę łagodzącą objawy zatrucia. Tę zieloną. I beozar. Na wszelki wypadek... — dokończył, po czym wrócił do poszkodowanego. Raz jeszcze przyłożył różdżkę do jego ciała i zaczął mamrotać zaklęcia. Bo chociaż wiedział już, że to nie pomoże, miał nadzieję, że zatrzyma w ten sposób działanie tego, czymkolwiek to było do czasu, aż przyjaciółka dostarczy mu medykamenty.
Właśnie dlatego zacisnął zęby, wziął kilka głębszych oddechów i wrócił na powierzchnię. Jęki, krzyki, rozmowy — wszystko zaczęło na nowo do niego docierać. Rozejrzawszy się, dostrzegł Menodorę. Posłał jej lekki, nieco niemrawy uśmiech, po czym ruszył w jej stronę. Fakt, że pomagał mu ktoś znajomy, komu ufał, sprawiał, że czuł się nieco pewniej.
— Będzie tylko gorzej. Przygotujmy zapasowe składniki i eliksiry — rzucił, po czym ruszył w stronę schowka na leki i inne przybory do eliksirów.
Skupiając się na tu i teraz, starał się wyrzucić na tył głowy zmartwienia. Nie mógł teraz wyjść, mieli zbyt dużo pacjentów, którymi ktoś musiał się zająć. No i zaczęli przybywać nowi. A Danny przecież na pewno da sobie rade.
Większość pacjentów była w dość stabilnym stanie. Podawał im standardowe dawki odpowiednich leków, stabilizując ich stan. Tutaj jednak zaczęły się robić schody.
Gdy na salę wniesiono nowego pacjenta, od razu wiedział, że święci się coś większego.
— Skąd przyjechał? Co się stało? — rzucił w stronę pracowników, którzy go przynieśli, ale ci jedynie pokręcili głowami, dając do zrozumienia, że nie wiedzą. Zdenerwowany Lupin minął ich i podszedł do pacjenta. Wyciągnął różdżkę i zaczął mamrotać pod nosem inkantacje. Czubek różdżki lekko się zaświecił, mężczyzna lekko się uspokoił... co jednak nie trwało zbyt długo. Jęki na nowo wypełniły salę, a gdyby tego było mało, jego skóra zaczęła zmieniać kolor.
— Cholera jasna, to coś poważniejszego... - zaczął, w głowie kompletując rzeczy, których będą potrzebowali. — Potrzebujemy eliksiru uspokajającego. Nie dam rady nic zrobić, jeśli będzie się rzucał. Przynieść też wiggenowy. Potrzebujemy też dyptamu. I mieszankę łagodzącą objawy zatrucia. Tę zieloną. I beozar. Na wszelki wypadek... — dokończył, po czym wrócił do poszkodowanego. Raz jeszcze przyłożył różdżkę do jego ciała i zaczął mamrotać zaklęcia. Bo chociaż wiedział już, że to nie pomoże, miał nadzieję, że zatrzyma w ten sposób działanie tego, czymkolwiek to było do czasu, aż przyjaciółka dostarczy mu medykamenty.