20.02.2024, 21:54 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 27.09.2025, 11:57 przez Król Likaon.)
adnotacja moderatora
Rozliczono - Erik Longbottom - osiągnięcie Badacz Tajemnic II
Rozliczono - Millie Moody - osiągnięcie Pierwsze koty za płoty
Rozliczono - Millie Moody - osiągnięcie Pierwsze koty za płoty
—28/12/1970—
Główna ulica, Aleja Horyzontalna
Erik Longbottom & Millie Moody
To był jeden z tych wieczór, kiedy Londyn zdawał się całkowicie pokryty białym puchem skrzypiącym pod butami. Śnieg prószył z nieba, tworząc miękką poduszkę na dachach, chodnikach i drzewach. W powietrzu unosił się zapach palonego drewna i napojów korzennych, a z rozświetlonych ozdobami lokali dobiegały okrzyki bawiących się gości i klientów. W oknach sklepów i domów migotały światełka, a ludzie ubrani w ciepłe płaszcze, szaliki i czapki przemierzali szybkim krokiem ulice miasta.
Było już grubo po dwudziestej pierwszej, gdy Millie Moody i Erik Longbottom przenieśli się z patrolem z Ulicy Pokątnej na sąsiadującą z nią Aleję Horyzontalną. Pogoda, jak można było się domyślać, nie dopisywała. Stolica Anglii poddała się w tym roku siłom Matki Natury, zmieniając się w skute lodem i pokryte grubą warstwą śniegu miasto. W magicznej dzielnicy i tak było lepiej niż w mugolskiej. Niemagowie nie mieli dostępu do całej listy zaklęć rozgrzewających, a solenie ulic zdecydowanie zajmowało im dłużej niż czarodziejom.
Żadne ułatwienia nie sprawiały jednak, że patrol w taką pogodę był jakkolwiek przyjemny. To i tak lepiej niż wypad na Nokturn, pomyślał z przekąsem detektyw, naciągając na siebie mocniej gruby sweter i sprawdzając zapięcie zimowej peleryny w kolorze szarym, sugerującym ich przynależność do rządowych sił bezpieczeństwa. Policzki i nosy pary Brygadzistów były zarumienione od zimna, a każdy oddech tworzył małe chmurki w powietrzu.
— Wybacz za ten nagły przydział, Mills — odezwał się, poprawiając kaptur munduru. Przekrzywił głowę, co by spojrzeć na swą towarzyszkę i zaraz zaczął mrużyć oczy, gdy padający śnieg począł atakować jego przystojną, acz nieogoloną twarz. — Miałem zabrać ze sobą Thomasa, ale coś mu nagle wypadło. — Nie wiedział, czy faktycznie miał kryzys w rodzinę, czy jednak chodziło o randkę. Poza tym wolał nie dopytywać. — Mam nadzieję, że twój brat się nie obrazi.
Gdyby nie nagłe wezwanie Millie, Longbottom pewnie musiałby zabrać kogoś z młodzików, a oni byli... Niezbyt zdatni do służby w tym okresie. Część dochodziła do siebie po intensywnych świętach, inni mieli własne obowiązki służbowe lub dopiero się wdrażali. Dostępność panny Moody spadła mu jak z nieba. Kto wie, może nawet załapie się na jakąś ostatnią premię w tym roku? W końcu, co gorszego od niezapowiedzianego patrolu mogło się wydarzyć w życiu Brygadzistów, gdy zostały trzy dni do hucznego sylwestra?
— Przygotowałaś już sobie jakieś postanowienia noworoczne? — Wyciągnął z kieszeni pogniecioną paczkę papierosów i wsunął jednego do ust. — Chcesz jednego? — Uśmiechnął się półgębkiem, w razie potrzeby użyczając koleżance jednej fajki, po czym sam odpalił swoją, rozkoszując się dymem atakującym jego gardło. — Mogliśmy gorzej dziś trafić.
Kontynuowali spacer przez Aleję Horyzontalną. Ruch na ulicy powoli się zmniejszał, czasem mijały ich pojedyncze osoby lub rozgorączkowane pary liczące, że uda im się zrobić ostatnie zakupy i nie pocałują klamki licznych sklepów rozsianych w dzielnicy. Erik obejrzał się przelotnie za młodą parą, gdzie ojciec niósł na rękach cztero- lub pięcioletniego chłopca. Ktoś tu się zmęczył zakupami. Naprawdę mogło być nieciekawie, a jest nawet... znośnie, pomyślał z zadowoleniem Erik. Żadnych bójek, żadnych burd, przedmioty nie latały z okien, a męty z Nokturnu zdawały się trzymać swojego rewiru. Wszystko było w jak najlepszym porządku. Jeszcze.
Było już grubo po dwudziestej pierwszej, gdy Millie Moody i Erik Longbottom przenieśli się z patrolem z Ulicy Pokątnej na sąsiadującą z nią Aleję Horyzontalną. Pogoda, jak można było się domyślać, nie dopisywała. Stolica Anglii poddała się w tym roku siłom Matki Natury, zmieniając się w skute lodem i pokryte grubą warstwą śniegu miasto. W magicznej dzielnicy i tak było lepiej niż w mugolskiej. Niemagowie nie mieli dostępu do całej listy zaklęć rozgrzewających, a solenie ulic zdecydowanie zajmowało im dłużej niż czarodziejom.
Żadne ułatwienia nie sprawiały jednak, że patrol w taką pogodę był jakkolwiek przyjemny. To i tak lepiej niż wypad na Nokturn, pomyślał z przekąsem detektyw, naciągając na siebie mocniej gruby sweter i sprawdzając zapięcie zimowej peleryny w kolorze szarym, sugerującym ich przynależność do rządowych sił bezpieczeństwa. Policzki i nosy pary Brygadzistów były zarumienione od zimna, a każdy oddech tworzył małe chmurki w powietrzu.
— Wybacz za ten nagły przydział, Mills — odezwał się, poprawiając kaptur munduru. Przekrzywił głowę, co by spojrzeć na swą towarzyszkę i zaraz zaczął mrużyć oczy, gdy padający śnieg począł atakować jego przystojną, acz nieogoloną twarz. — Miałem zabrać ze sobą Thomasa, ale coś mu nagle wypadło. — Nie wiedział, czy faktycznie miał kryzys w rodzinę, czy jednak chodziło o randkę. Poza tym wolał nie dopytywać. — Mam nadzieję, że twój brat się nie obrazi.
Gdyby nie nagłe wezwanie Millie, Longbottom pewnie musiałby zabrać kogoś z młodzików, a oni byli... Niezbyt zdatni do służby w tym okresie. Część dochodziła do siebie po intensywnych świętach, inni mieli własne obowiązki służbowe lub dopiero się wdrażali. Dostępność panny Moody spadła mu jak z nieba. Kto wie, może nawet załapie się na jakąś ostatnią premię w tym roku? W końcu, co gorszego od niezapowiedzianego patrolu mogło się wydarzyć w życiu Brygadzistów, gdy zostały trzy dni do hucznego sylwestra?
— Przygotowałaś już sobie jakieś postanowienia noworoczne? — Wyciągnął z kieszeni pogniecioną paczkę papierosów i wsunął jednego do ust. — Chcesz jednego? — Uśmiechnął się półgębkiem, w razie potrzeby użyczając koleżance jednej fajki, po czym sam odpalił swoją, rozkoszując się dymem atakującym jego gardło. — Mogliśmy gorzej dziś trafić.
Kontynuowali spacer przez Aleję Horyzontalną. Ruch na ulicy powoli się zmniejszał, czasem mijały ich pojedyncze osoby lub rozgorączkowane pary liczące, że uda im się zrobić ostatnie zakupy i nie pocałują klamki licznych sklepów rozsianych w dzielnicy. Erik obejrzał się przelotnie za młodą parą, gdzie ojciec niósł na rękach cztero- lub pięcioletniego chłopca. Ktoś tu się zmęczył zakupami. Naprawdę mogło być nieciekawie, a jest nawet... znośnie, pomyślał z zadowoleniem Erik. Żadnych bójek, żadnych burd, przedmioty nie latały z okien, a męty z Nokturnu zdawały się trzymać swojego rewiru. Wszystko było w jak najlepszym porządku. Jeszcze.
the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞