20.02.2024, 22:11 ✶
Nigdy, przenigdy nie miewał takich koszmarów, nie wiedział jeszcze wtedy, że ten odciśnie na nim swoje piętno do końca jego dni.
Obcość, nienaturalność tego miejsca.
Kamień.
Metal.
Usłyszał krzyk. Dźwięk wbił mu się w uszy, w mózg, w serce istnienia. Zakrył uszy, ale cały czas ten wrzask – nieludzki wrzask świdrował jego jestestwo. Nie zdawał sobie sprawy, że to było jego gardło, jego płuca, które w ostatnim geście rozpaczy, postanowiły wyrwać się z zamrożenia i wezwać jakąkolwiek pomoc. A może to krzyczała jego bezradność, którą chciał wypchnąć z serca, móc znów się ruszać, znów żyć teraz, gdy był na tym pozbawionym światła i zielenie cmentarzu zapomnianych duchów lasu.
I chciał. Pragnął. Cała energia skumulowana w małej piersi zadrżała w żyłach i pomknęła głównymi aortami do najdalszych zakątków dziecięcego ciała. Popłynęła zielenią, zapachem mchu, poszumem puszczy, kruszoną w palcach zaschniętą gliną, czarnoziemem pachnącym płodnością ziemi. Tentent stada jeleni, oślizgła skóra błotoryi wysuwająco walecznie jęzor w akcie obrony, pisk domagający się pożywienia piskląt, które w akcie stworzenia przebiły twarde ochronne skorupy i pragnęły wzrastać, by móc wzlecieć. Jakież było to okrutne, że klątwa zaszyta w jego dna wybrała to co umiłował najbardziej. Jakie to było piękne.
Ziemia zadrżała, a bruk przegrał w tej nierównej walce. W promieniu dwóch metrów wzbiły kolczaste pędy, wzbiła trawa, wzbiło życie domagające się zauważenia. Agresywne gałęzie w akcie zemsty dewastowały ściany kamienic przylegających do zaułka, wbijały się zaborczo w ciasne cegły, część z nich twardniała potwierdzając tym akt posiadania miejsca przez zastanie. Kwiaty, rozkwitały, piękne, barwne i groźne, pełne toksyn i nienawiści do tych, którzy pragnęli ich śmierci i osadzenia w kryształowych trumnach ku własnej uciesze.
Sam trwający pośród tego znów upadł na kolana, otumaniony, pozbawiony sił. Jego palce zatopiły się w ziemi, do której w końcu miał dostęp, jego ubranie w strzępach osłaniało rany zadawane na oślep przez łaknące światła rośliny, które i jego chciały zachłannie zagarnąć dla siebie. Wpatrywał się w broczące w ziemi dłonie, sparaliżowany, zamknięty w zielonym więzieniu. W bezpiecznym kokonie. Twarze zniknęły. Poobijane, poranione ciało nie bolało. Jeszcze.
Obcość, nienaturalność tego miejsca.
Kamień.
Metal.
Usłyszał krzyk. Dźwięk wbił mu się w uszy, w mózg, w serce istnienia. Zakrył uszy, ale cały czas ten wrzask – nieludzki wrzask świdrował jego jestestwo. Nie zdawał sobie sprawy, że to było jego gardło, jego płuca, które w ostatnim geście rozpaczy, postanowiły wyrwać się z zamrożenia i wezwać jakąkolwiek pomoc. A może to krzyczała jego bezradność, którą chciał wypchnąć z serca, móc znów się ruszać, znów żyć teraz, gdy był na tym pozbawionym światła i zielenie cmentarzu zapomnianych duchów lasu.
I chciał. Pragnął. Cała energia skumulowana w małej piersi zadrżała w żyłach i pomknęła głównymi aortami do najdalszych zakątków dziecięcego ciała. Popłynęła zielenią, zapachem mchu, poszumem puszczy, kruszoną w palcach zaschniętą gliną, czarnoziemem pachnącym płodnością ziemi. Tentent stada jeleni, oślizgła skóra błotoryi wysuwająco walecznie jęzor w akcie obrony, pisk domagający się pożywienia piskląt, które w akcie stworzenia przebiły twarde ochronne skorupy i pragnęły wzrastać, by móc wzlecieć. Jakież było to okrutne, że klątwa zaszyta w jego dna wybrała to co umiłował najbardziej. Jakie to było piękne.
Ziemia zadrżała, a bruk przegrał w tej nierównej walce. W promieniu dwóch metrów wzbiły kolczaste pędy, wzbiła trawa, wzbiło życie domagające się zauważenia. Agresywne gałęzie w akcie zemsty dewastowały ściany kamienic przylegających do zaułka, wbijały się zaborczo w ciasne cegły, część z nich twardniała potwierdzając tym akt posiadania miejsca przez zastanie. Kwiaty, rozkwitały, piękne, barwne i groźne, pełne toksyn i nienawiści do tych, którzy pragnęli ich śmierci i osadzenia w kryształowych trumnach ku własnej uciesze.
Sam trwający pośród tego znów upadł na kolana, otumaniony, pozbawiony sił. Jego palce zatopiły się w ziemi, do której w końcu miał dostęp, jego ubranie w strzępach osłaniało rany zadawane na oślep przez łaknące światła rośliny, które i jego chciały zachłannie zagarnąć dla siebie. Wpatrywał się w broczące w ziemi dłonie, sparaliżowany, zamknięty w zielonym więzieniu. W bezpiecznym kokonie. Twarze zniknęły. Poobijane, poranione ciało nie bolało. Jeszcze.