02.12.2022, 03:31 ✶
Daisy odsunęła aparat od twarzy. Najpierw obserwowała odprowadzaną Faye, potem skupiła uwagę na przemawiającej Elisie. Przeszło jej przez myśl, że Longbottomowie przypominali dobrze naoliwioną maszynę. Działali razem, jakby zawczasu zaplanowali, jak powinni reagować na wszystkie potencjalne, nawet te najbardziej absurdalne, wpadki. I Daisy musiała przyznać, że na swój sposób robiło to na niej wrażenie. Może nie aż takie by wystawić im laurkę w gazecie, ale…
Podniosła wzrok na zbliżającego się do niej Elliota Malfoya. Na jej twarzy pojawił się uprzejmy, wyuczony, choć niezbyt szeroki uśmiech. Raz, że nie była na tyle głupia by uważać, że mężczyzna podchodzi do niej ot tak, kierowany jakąś osobliwą nicią sympatii. Dwa, wciąż miała w pamięci, że był świeżo upieczonym wdowcem a czytelnicy „Proroka Codziennego” chętnie dowiedzieliby się, czemu pojawił się na balu, zamiast przeżywać po cichu żałobę. Trzy, no i była jeszcze wygrana w tej absurdalnej licytacji.
- Daisy Lokchart – odpowiedziała, ściskając lekko wyciągniętą rękę. Odwróciła głowę od wpływowego mężczyzny, by popatrzeć na tańczących. Nie, nie spodziewała się kolejnego, przypadkiem (lub nie) zamienionego w zwierzę czarodzieja. Choć z pewnością widok przebiegających przez salę łosi, jeleni, saren, dzików, lisów, borsuków, wilków, jenotów, rysi i cietrzewi byłby aż nadto interesujący. Ale nawet jeśli nie, to coraz bardziej pijani czarodzieje również potrafili dostarczyć sporej dawki rozrywki.
Patrząc, trawiła słowa Elliota. Był znany, bogaty, wpływowy i najwidoczniej oferował jej jakąś formę współpracy. Miała tylko nadzieję, że nie taką, przez którą miałaby jutro ominąć w artykule informacje o jego obecności na balu i o licytacji. Nawet jeśli ona o tym nie napisze, plotki i tak się rozejdą. Nie da się uciszyć kilku tuzinów czarodziei a sekret, który znało dwie osoby nie był sekretem.
- Brzmi to jak bardzo hojna propozycja – zauważyła. Oczywiście, o ile rzeczywiście miał coś ciekawego do powiedzenia. Znowu się uśmiechnęła, kierując na niego pełną uwagę, tym razem szerzej, mniej sztucznie choć może przez to również mniej przyjaźnie niż wcześniej. – Czy to nowe ma jakieś realne kształty? – dopytała.
Jeśli chodziło o Erika, teraz tak dzielnie chroniącego prywatności Nory, Daisy nawet nie patrzyła w tamtym kierunku. Prawda wyglądała tak, że właściwe zdjęcia już miała i chociaż przemiana w bobra była widowiskowa (tak jak i obecna rozpacz trafionej), trafiła na zwykłą dziewczynę. I chociaż z pewnością dałoby się ją ograć jakąś wyśmiewającą właścicielkę piekarni historyjką, Daisy miała w sobie tyle przyzwoitości by oszczędzić jej tego wstydu (i żadnego powodu by być wobec niej tak bezmyślnie okrutną).
- Więc dlaczego zawitałeś na bal u Longbottomów? Zdaje mi się, że to dość… - w jej głosie pojawiło się wahanie, jakby albo ostrożnie ważyła słowa, albo bawiła się ich brzmieniem. – Dość trudny okres w twoim życiu.
Podniosła wzrok na zbliżającego się do niej Elliota Malfoya. Na jej twarzy pojawił się uprzejmy, wyuczony, choć niezbyt szeroki uśmiech. Raz, że nie była na tyle głupia by uważać, że mężczyzna podchodzi do niej ot tak, kierowany jakąś osobliwą nicią sympatii. Dwa, wciąż miała w pamięci, że był świeżo upieczonym wdowcem a czytelnicy „Proroka Codziennego” chętnie dowiedzieliby się, czemu pojawił się na balu, zamiast przeżywać po cichu żałobę. Trzy, no i była jeszcze wygrana w tej absurdalnej licytacji.
- Daisy Lokchart – odpowiedziała, ściskając lekko wyciągniętą rękę. Odwróciła głowę od wpływowego mężczyzny, by popatrzeć na tańczących. Nie, nie spodziewała się kolejnego, przypadkiem (lub nie) zamienionego w zwierzę czarodzieja. Choć z pewnością widok przebiegających przez salę łosi, jeleni, saren, dzików, lisów, borsuków, wilków, jenotów, rysi i cietrzewi byłby aż nadto interesujący. Ale nawet jeśli nie, to coraz bardziej pijani czarodzieje również potrafili dostarczyć sporej dawki rozrywki.
Patrząc, trawiła słowa Elliota. Był znany, bogaty, wpływowy i najwidoczniej oferował jej jakąś formę współpracy. Miała tylko nadzieję, że nie taką, przez którą miałaby jutro ominąć w artykule informacje o jego obecności na balu i o licytacji. Nawet jeśli ona o tym nie napisze, plotki i tak się rozejdą. Nie da się uciszyć kilku tuzinów czarodziei a sekret, który znało dwie osoby nie był sekretem.
- Brzmi to jak bardzo hojna propozycja – zauważyła. Oczywiście, o ile rzeczywiście miał coś ciekawego do powiedzenia. Znowu się uśmiechnęła, kierując na niego pełną uwagę, tym razem szerzej, mniej sztucznie choć może przez to również mniej przyjaźnie niż wcześniej. – Czy to nowe ma jakieś realne kształty? – dopytała.
Jeśli chodziło o Erika, teraz tak dzielnie chroniącego prywatności Nory, Daisy nawet nie patrzyła w tamtym kierunku. Prawda wyglądała tak, że właściwe zdjęcia już miała i chociaż przemiana w bobra była widowiskowa (tak jak i obecna rozpacz trafionej), trafiła na zwykłą dziewczynę. I chociaż z pewnością dałoby się ją ograć jakąś wyśmiewającą właścicielkę piekarni historyjką, Daisy miała w sobie tyle przyzwoitości by oszczędzić jej tego wstydu (i żadnego powodu by być wobec niej tak bezmyślnie okrutną).
- Więc dlaczego zawitałeś na bal u Longbottomów? Zdaje mi się, że to dość… - w jej głosie pojawiło się wahanie, jakby albo ostrożnie ważyła słowa, albo bawiła się ich brzmieniem. – Dość trudny okres w twoim życiu.