02.12.2022, 03:52 ✶
Iskierki podekscytowania zamigotały żwawo w spojrzeniu niebieskich oczu, gdy rozmówca roztoczył przed nim wizję jachtu, jeszcze lepszych liści herbaty, a przede wszystkim swojego towarzystwa gdzieś poza deszczową Anglią i ciemną monumentalnością Ministerstwa. Być może pierwszy pytanie brzmiało koślawo i sugerowało, że Erik potrzebował koła ratunkowego, ale domniemana propozycja jaką skierował w stronę Elliotta w następnej części swojej wypowiedzi przeważyła szalę, więc Malfoy postanowił pociągnąć temat w podobnym tonie.
- Ustaliliśmy już, że nie bierzesz zbyt wiele urlopu. - zaczął i uniósł jeden kącik ust wyżej - Wstyd odrzucić tak przyjemną ofertę, wybierz datę, dostosuję się, nie mogę się doczekać aż woda skrystalizuje ci myśli do tego stopnia, że będziesz mógł odpowiedzieć na moje pytanie. - oczywiście odrobinę się przedrzeźniał, ale nie ukrywał w swojej odpowiedzi, że bardzo chętnie wybrałby się na opisany przez Longbottoma parudniowy wypad. Czy istniała możliwość, że Elliott zagubiłby się między wersami, dobrymi trunkami i ogólną atmosferą zapominając o tym, dlaczego ta propozycja w ogóle powstała? Być może, ale to Erik musiał już sprawdzić samemu. Malfoy był osobą raczej skrupulatną, jak dało się zauważyć w tej rozmowie, wciągał z wypowiedzi najmniej spodziewane części i słówka sprawdzając jak rozmówca zareaguje oraz jaką linię obrony wybierze, a być może nawet i 'atak'? Jeżeli, oczywiście, porównywać rozmowę do sztuki wojny, co, w niektórych momentach być może się sprawdzało, w wypadku Erika i Elliotta, tylko w kontekście przedrzeźniania się i gierek słownych, które nie ciągnęły za sobą większych konsekwencji, przynajmniej tak się blondynowi wydawało.
- Niestety podobne lęki stają się prawdą, mało kto zadba o nasz interes tak, jak my sami. - odparł krótko, acz dobitnie, gdy wysłuchał tego, co rozmówca miał do powiedzenia. Na chwilę, gdy przysłuchiwał się słowom prześlizgującym się spomiędzy ust Erika, zapomniał nawet o herbacie i spojrzał na nią jakby ta znalazła się w jego dłoni znikąd, jakoby wcześniej jej tam nie było. Dla niepoznaki, aby otrząsnąć się z dziwnego zahipnotyzowania słowami i tonem drugiego mężczyzny wziął łyk rozcieńczonego kapką mleka naparu pozwalając, aby gorzkość rozpłynęła się na podniebieniu i pobudziła trybiki logistyczne zatrzymując te odpowiedzialne za skupianie się na gestach, mimice, niewielkich zmarszczkach zbierających się przy brwiach, w momencie zamyślenia, rozmówcy. Widząc zaciśnięte usta chciał zachęcić Longbottoma do kontynuowania wywodu, z prostego powodu: lubił go słuchać, co też było pewnym rodzajem zaskoczenia, nie przypominał sobie, aby w rozmowie zwracał uwagę na drugą osobę. Nawet jeżeli dyskutował z Percym to wstawki Blacka traktował jako tło dla siebie, dopełnienie, a odpowiedzi jako potwierdzenie, ze jest wysłuchiwany, że dostaje uwagę. Brał sobie z bliskich relacji i interakcji to, co najbardziej go cieszyło i satysfakcjonowało, dlatego, gdy jedna z nich zaczynała działać na zasadzie wzajemności zatrzymywał się na chwilę, aby przemyśleć swoje następne kroki. Chęć milczenia, jego własnego, a nie marzenie o rzuceniu na wypaplanego delikwenta zaklęcia Langlock, była powiewem świeżości, być może zapowiedzią morskiej bryzy i padających na blade lico promieni słonecznych gdzieś pomiędzy jednym brzegiem, a drugim, w rytmicznym kołysaniu fal i kryształów zdobiących ich grzbiety.
- Ludzie oddają się innym oraz kontrolę nad sobą z różnych powodów, pobudek, przymusów. Mam wrażenie, że brak równowagi w relacji jest tak mocno zatartą normą, że uważamy te funkcjonujące jak dobrze naoliwiona maszyna za coś nienaturalnego i dziwnego, czasami godnego podziwu, a czasu nie, z czystej zazdrości - dorzucił pare knutów do tej kupki myśli, która nagromadzali pomiędzy sobą w bardzo krótkim czasie, znowu. Z tyłu głowy miał myśl, że powinni przejść do konkretów, że czekał go cały dzień pracy, że dokument, który miał przed sobą też wymagał przeanalizowania, a Merlin jeden wie ile była asystentka nagromadziła takich teczek w swoim biurku. Nie chciał się teraz na tym skupiać, jeszcze nie teraz, gdy miał przed sobą Longbottoma tak skrzętnie dobierającego słowa ze sobą, pozwalając im wypłynąć i wypełnić pomieszczenie przedziwnie znajomym uczuciem zrozumienia. Do Elliotta dotarło to z opóźnieniem, że to, do czego tak bardzo lgnął było połączenie na pewnym poziomie intelektualnym i zrozumienie swoich, często być może przeciwstawnych konceptów.
Kolejna wypowiedź strąciła go z pantałyku, aż zamrugał nie opanowawszy tej automatycznej reakcji swojego ciała. Odczekał zanim cokolwiek powiedział, ale spojrzał też na Erika z pewnym wyrzutem, jakby chciał mu bez głośnie przekazać 'jak możesz w ogóle tek myśleć'. Dłuższa chwila minęła, łącznie z kolejną wypowiedzią rozmówcy, zanim Elliott zorientował się, że prowokacja była prawdopodobnie celowa.
- Na takim poziomie to lepiej by było jakbyś ze mną zamieszkał, może Nicholas by się ucieszył, że w domu jest ktoś poza mną. - zażartował odrobinę ściszonym tonem, zupełnie jakby ktoś dmuchnął, aby pozbyć się ogników wcześniej rozpadających jego spojrzenie. Sprowadził się na ziemię odpychając wszystkie myśli, które kumulowały się wokół słów codziennie oraz rano. Budzenie się obok kogoś, kogo faktycznie się chce, rozumie i docenia było dla Elliotta obcym uczucie od wielu lat, jeżeli nie od zawsze. Wolał o tym nie myśleć, zwłaszcza, ze jego żona wciąż była uważana za chorą, dlatego tego typu żarty czy rozważania mogły być dla niego niebezpieczne. Nie chciał skakać świadomością do momentu, w którym po raz kolejny będzie odwiedzał ją w Lecznicy Dusz. Być może Perseus umilał mu każde spotkanie, ale nie wystarczająco, aby wspomnienia okropności tego miejsca odeszły.
Uśmiechnął się blado słysząc komplement, nie był pewien jak odpowiedzieć. Zwykłe dziękuje wydawało się wyświechtane, zbyt ciche, nazbyt zwyczajne, a chęć odwdzięczenia się miłym słowem wręcz raziła sztucznością. Dlaczego bycie naturalnie miłym musiało przychodzić mu tak trudno? O wiele prościej radził sobie w sytuacjach sarkastycznych, albo takich, gdy musiał być przedstawiany jako tyran, albo obiekt strachu, ewentualnie... cóż. Mniejsza.
- Mogę powiedzieć to samo - udało mu się w końcu wykrztusić, chociaż poczuł ciężar konsekwencji emocjonalnych, jakie idą za tą jedną, krótką przyjemną sentencją osądzając się na klatce piersiowej jak ciężka cegła - Dlatego zaproponowałem, abyśmy ... spędzali ze sobą więcej czasu - dopowiedział, chociaż czuł, ze serce zaczyna mu bić coraz szybciej, więc podziękował Merlinowi, że temat zszedł na coś bardziej związanego z pracą, a zażenowanie pochłonęło Logbottoma prawie całkowicie, gdy usłyszał, co zawierają dokumenty.
- Cóż, to na pewno jeden ze sposobów, aby ich opisać - zawtórował zanim wywód Erika nie zmienił się w poważniejszą dyskusję. Wciąż próbował się nie roześmiać, więc mięśnie szczęki miał spięte, a brwi lekko uniesione, aby zachować chociaż resztki jakiejkolwiek powagi. Musiał przyznać, że gdy Longbottom aż wstał z emocji było to bardzo trudne. Cóż, po tej scence, która zobaczył przed gabinetem Elliott wcale mu się nie dziwił. Spojrzenie Malfoya od razu padło na kończynę, przez którą wysoki mężczyzna lekko utykał, dlatego uniesione do tej pory brwi zmarszczyły się odrobinę tylko po to, aby unieść się znowu, słysząc dalszą część wypowiedzi o rodzajach... kogutów.
Cóż za abstrakcyjna sytuacja - Kanclerz był prawie pewny, że Erikowi wcale nie jest do śmiechu, ale zanim sam nim wybuchnął chciał mieć pewność, ze cała ta sytuacja nie jest zwykłą wkrętka, zaplanowanym żartem. Taki scenariusz nie pasował mu do osoby Longbottoma, więc już chciał się zaśmiać, gdy ten znalazł się na wyciągnięcie ręki, Elliott ostatkiem silnej woli powstrzymał się, aby nie cofnąć głowy, gdy serce mu przyspieszyło, już po raz drugi(!) w przeciągu ostatnich dziesięciu minut i wtedy właśnie usłyszał wzmiankę o bobrze. Spojrzenie szybko zawiesił na oprawioną w ramkę kapibarę w garniturze i nie mógł się już powstrzymać, wybuchnął histerycznym śmiechem unosząc ramiona do góry i chowają twarz w dłoniach. Poczuł jak łzy wyciskane przez śmiech, którym prawdopodobnie nie zanosił się od dobrych paru tygodni, jeżeli nie miesięcy, spływają z oczu przez palce.
- Przepraszam cię, daj mi chwilę, moment, zaraz ci... - chciał dokończyć zdanie, ale wydawało się to niemożliwe, bo zbierające się w nim rozbawienie w końcu wybuchło, do tego stopnia, ze zaczął boleć go brzuch. Przetarł rękoma twarz wycierając też łzy i odsłaniając ją ponownie przed rozmówcą. Policzki miał zaczerwienione, a oczy wciąż szklane. Zamknął teczkę, z której jeszcze chwilę temu czytał i powachlował się nią ostentacyjnie starając się wygiąć usta w coś, co nie było uśmiechem, ale gromki śmiech mu w tym przeszkadzał - Na Merlina, zaraz ci wytłumaczę, przepraszam najmocniej. - odłożył dokumenty na biurko i wyciągnął chusteczkę, którą przetarł kolejne wyciśnięte przez śmiech łzy starając doprowadzić się do porządku. Wziął pare głębszych oddechów, czując że jest mu bardzo gorąco.
- Wybacz. - powiedział raz jeszcze, tym razem poważniej, ale cień rozbawienia wciąż pozostał na jego, zazwyczaj neutralnej, twarzy - Nie śmieje się z ciebie ani z twojego kogut... koguta - parsknął raz jeszcze, ale odchrząknął poprawiając krawat, musiał przestać, przymknął oczy i przełknął ślinę, biorąc kolejny oddech - Ten, jak go nazwałeś 'bóbr', to coś, co dostałem w liście od przyjaciela, podpisał to 'salamandra', nie jestem pewien czy pacjenci w Lecznicy doprowadzają go do takiego szaleństwa, że zapomniał jak te jaszczurki wyglądają, ale powiedziałem mu, że oprawię to zdjęcie w ramkę i postawię na biurku, zazwyczaj nikt nie podchodzi do mnie na tyle blisko, aby zauważyć. - wzruszył ramionami - Możesz, więc uznać, że twój brak skrępowania w moim towarzystwie naprowadził cię na trop bardzo dziwnego, osobliwego żartu. - podsumował biorąc głębszy oddech i czując, że napad śmiechu odszedł na dobre, wspaniale, mógł znowu rozmawiać w normalny sposób.
- Wracając do prośby. Wątpię, że chodzi im o faktyczne koguty? Chociaż w absurdalności tej sytuacji już, naprawdę nie jestem pewien - uniósł ręce do góry w bezsilności - Normalnie powiedziałbym, że zatrudnienie kogoś, kto da wam te 'efekty dźwiękowe' to nie problem, ale mamy chyba ważniejsze rzeczy na głowie niż obwieszczanie przybycia stróżów prawa pianiem koguta, nie wydaje ci się? Sadząc po twojej reakcji, mogę sądzić, że się w tym zgadzamy. Z mundurami nie widzę problemu, ale przez te koguty będziecie musieli skomponować wniosek raz jeszcze. Pokreślonego nie mogę przyjąć - odparł całkiem szczerze i oparł się łokciami na biurku, aby móc, ponownie, spojrzeć rozmówcy w oczy.
- Ustaliliśmy już, że nie bierzesz zbyt wiele urlopu. - zaczął i uniósł jeden kącik ust wyżej - Wstyd odrzucić tak przyjemną ofertę, wybierz datę, dostosuję się, nie mogę się doczekać aż woda skrystalizuje ci myśli do tego stopnia, że będziesz mógł odpowiedzieć na moje pytanie. - oczywiście odrobinę się przedrzeźniał, ale nie ukrywał w swojej odpowiedzi, że bardzo chętnie wybrałby się na opisany przez Longbottoma parudniowy wypad. Czy istniała możliwość, że Elliott zagubiłby się między wersami, dobrymi trunkami i ogólną atmosferą zapominając o tym, dlaczego ta propozycja w ogóle powstała? Być może, ale to Erik musiał już sprawdzić samemu. Malfoy był osobą raczej skrupulatną, jak dało się zauważyć w tej rozmowie, wciągał z wypowiedzi najmniej spodziewane części i słówka sprawdzając jak rozmówca zareaguje oraz jaką linię obrony wybierze, a być może nawet i 'atak'? Jeżeli, oczywiście, porównywać rozmowę do sztuki wojny, co, w niektórych momentach być może się sprawdzało, w wypadku Erika i Elliotta, tylko w kontekście przedrzeźniania się i gierek słownych, które nie ciągnęły za sobą większych konsekwencji, przynajmniej tak się blondynowi wydawało.
- Niestety podobne lęki stają się prawdą, mało kto zadba o nasz interes tak, jak my sami. - odparł krótko, acz dobitnie, gdy wysłuchał tego, co rozmówca miał do powiedzenia. Na chwilę, gdy przysłuchiwał się słowom prześlizgującym się spomiędzy ust Erika, zapomniał nawet o herbacie i spojrzał na nią jakby ta znalazła się w jego dłoni znikąd, jakoby wcześniej jej tam nie było. Dla niepoznaki, aby otrząsnąć się z dziwnego zahipnotyzowania słowami i tonem drugiego mężczyzny wziął łyk rozcieńczonego kapką mleka naparu pozwalając, aby gorzkość rozpłynęła się na podniebieniu i pobudziła trybiki logistyczne zatrzymując te odpowiedzialne za skupianie się na gestach, mimice, niewielkich zmarszczkach zbierających się przy brwiach, w momencie zamyślenia, rozmówcy. Widząc zaciśnięte usta chciał zachęcić Longbottoma do kontynuowania wywodu, z prostego powodu: lubił go słuchać, co też było pewnym rodzajem zaskoczenia, nie przypominał sobie, aby w rozmowie zwracał uwagę na drugą osobę. Nawet jeżeli dyskutował z Percym to wstawki Blacka traktował jako tło dla siebie, dopełnienie, a odpowiedzi jako potwierdzenie, ze jest wysłuchiwany, że dostaje uwagę. Brał sobie z bliskich relacji i interakcji to, co najbardziej go cieszyło i satysfakcjonowało, dlatego, gdy jedna z nich zaczynała działać na zasadzie wzajemności zatrzymywał się na chwilę, aby przemyśleć swoje następne kroki. Chęć milczenia, jego własnego, a nie marzenie o rzuceniu na wypaplanego delikwenta zaklęcia Langlock, była powiewem świeżości, być może zapowiedzią morskiej bryzy i padających na blade lico promieni słonecznych gdzieś pomiędzy jednym brzegiem, a drugim, w rytmicznym kołysaniu fal i kryształów zdobiących ich grzbiety.
- Ludzie oddają się innym oraz kontrolę nad sobą z różnych powodów, pobudek, przymusów. Mam wrażenie, że brak równowagi w relacji jest tak mocno zatartą normą, że uważamy te funkcjonujące jak dobrze naoliwiona maszyna za coś nienaturalnego i dziwnego, czasami godnego podziwu, a czasu nie, z czystej zazdrości - dorzucił pare knutów do tej kupki myśli, która nagromadzali pomiędzy sobą w bardzo krótkim czasie, znowu. Z tyłu głowy miał myśl, że powinni przejść do konkretów, że czekał go cały dzień pracy, że dokument, który miał przed sobą też wymagał przeanalizowania, a Merlin jeden wie ile była asystentka nagromadziła takich teczek w swoim biurku. Nie chciał się teraz na tym skupiać, jeszcze nie teraz, gdy miał przed sobą Longbottoma tak skrzętnie dobierającego słowa ze sobą, pozwalając im wypłynąć i wypełnić pomieszczenie przedziwnie znajomym uczuciem zrozumienia. Do Elliotta dotarło to z opóźnieniem, że to, do czego tak bardzo lgnął było połączenie na pewnym poziomie intelektualnym i zrozumienie swoich, często być może przeciwstawnych konceptów.
Kolejna wypowiedź strąciła go z pantałyku, aż zamrugał nie opanowawszy tej automatycznej reakcji swojego ciała. Odczekał zanim cokolwiek powiedział, ale spojrzał też na Erika z pewnym wyrzutem, jakby chciał mu bez głośnie przekazać 'jak możesz w ogóle tek myśleć'. Dłuższa chwila minęła, łącznie z kolejną wypowiedzią rozmówcy, zanim Elliott zorientował się, że prowokacja była prawdopodobnie celowa.
- Na takim poziomie to lepiej by było jakbyś ze mną zamieszkał, może Nicholas by się ucieszył, że w domu jest ktoś poza mną. - zażartował odrobinę ściszonym tonem, zupełnie jakby ktoś dmuchnął, aby pozbyć się ogników wcześniej rozpadających jego spojrzenie. Sprowadził się na ziemię odpychając wszystkie myśli, które kumulowały się wokół słów codziennie oraz rano. Budzenie się obok kogoś, kogo faktycznie się chce, rozumie i docenia było dla Elliotta obcym uczucie od wielu lat, jeżeli nie od zawsze. Wolał o tym nie myśleć, zwłaszcza, ze jego żona wciąż była uważana za chorą, dlatego tego typu żarty czy rozważania mogły być dla niego niebezpieczne. Nie chciał skakać świadomością do momentu, w którym po raz kolejny będzie odwiedzał ją w Lecznicy Dusz. Być może Perseus umilał mu każde spotkanie, ale nie wystarczająco, aby wspomnienia okropności tego miejsca odeszły.
Uśmiechnął się blado słysząc komplement, nie był pewien jak odpowiedzieć. Zwykłe dziękuje wydawało się wyświechtane, zbyt ciche, nazbyt zwyczajne, a chęć odwdzięczenia się miłym słowem wręcz raziła sztucznością. Dlaczego bycie naturalnie miłym musiało przychodzić mu tak trudno? O wiele prościej radził sobie w sytuacjach sarkastycznych, albo takich, gdy musiał być przedstawiany jako tyran, albo obiekt strachu, ewentualnie... cóż. Mniejsza.
- Mogę powiedzieć to samo - udało mu się w końcu wykrztusić, chociaż poczuł ciężar konsekwencji emocjonalnych, jakie idą za tą jedną, krótką przyjemną sentencją osądzając się na klatce piersiowej jak ciężka cegła - Dlatego zaproponowałem, abyśmy ... spędzali ze sobą więcej czasu - dopowiedział, chociaż czuł, ze serce zaczyna mu bić coraz szybciej, więc podziękował Merlinowi, że temat zszedł na coś bardziej związanego z pracą, a zażenowanie pochłonęło Logbottoma prawie całkowicie, gdy usłyszał, co zawierają dokumenty.
- Cóż, to na pewno jeden ze sposobów, aby ich opisać - zawtórował zanim wywód Erika nie zmienił się w poważniejszą dyskusję. Wciąż próbował się nie roześmiać, więc mięśnie szczęki miał spięte, a brwi lekko uniesione, aby zachować chociaż resztki jakiejkolwiek powagi. Musiał przyznać, że gdy Longbottom aż wstał z emocji było to bardzo trudne. Cóż, po tej scence, która zobaczył przed gabinetem Elliott wcale mu się nie dziwił. Spojrzenie Malfoya od razu padło na kończynę, przez którą wysoki mężczyzna lekko utykał, dlatego uniesione do tej pory brwi zmarszczyły się odrobinę tylko po to, aby unieść się znowu, słysząc dalszą część wypowiedzi o rodzajach... kogutów.
Cóż za abstrakcyjna sytuacja - Kanclerz był prawie pewny, że Erikowi wcale nie jest do śmiechu, ale zanim sam nim wybuchnął chciał mieć pewność, ze cała ta sytuacja nie jest zwykłą wkrętka, zaplanowanym żartem. Taki scenariusz nie pasował mu do osoby Longbottoma, więc już chciał się zaśmiać, gdy ten znalazł się na wyciągnięcie ręki, Elliott ostatkiem silnej woli powstrzymał się, aby nie cofnąć głowy, gdy serce mu przyspieszyło, już po raz drugi(!) w przeciągu ostatnich dziesięciu minut i wtedy właśnie usłyszał wzmiankę o bobrze. Spojrzenie szybko zawiesił na oprawioną w ramkę kapibarę w garniturze i nie mógł się już powstrzymać, wybuchnął histerycznym śmiechem unosząc ramiona do góry i chowają twarz w dłoniach. Poczuł jak łzy wyciskane przez śmiech, którym prawdopodobnie nie zanosił się od dobrych paru tygodni, jeżeli nie miesięcy, spływają z oczu przez palce.
- Przepraszam cię, daj mi chwilę, moment, zaraz ci... - chciał dokończyć zdanie, ale wydawało się to niemożliwe, bo zbierające się w nim rozbawienie w końcu wybuchło, do tego stopnia, ze zaczął boleć go brzuch. Przetarł rękoma twarz wycierając też łzy i odsłaniając ją ponownie przed rozmówcą. Policzki miał zaczerwienione, a oczy wciąż szklane. Zamknął teczkę, z której jeszcze chwilę temu czytał i powachlował się nią ostentacyjnie starając się wygiąć usta w coś, co nie było uśmiechem, ale gromki śmiech mu w tym przeszkadzał - Na Merlina, zaraz ci wytłumaczę, przepraszam najmocniej. - odłożył dokumenty na biurko i wyciągnął chusteczkę, którą przetarł kolejne wyciśnięte przez śmiech łzy starając doprowadzić się do porządku. Wziął pare głębszych oddechów, czując że jest mu bardzo gorąco.
- Wybacz. - powiedział raz jeszcze, tym razem poważniej, ale cień rozbawienia wciąż pozostał na jego, zazwyczaj neutralnej, twarzy - Nie śmieje się z ciebie ani z twojego kogut... koguta - parsknął raz jeszcze, ale odchrząknął poprawiając krawat, musiał przestać, przymknął oczy i przełknął ślinę, biorąc kolejny oddech - Ten, jak go nazwałeś 'bóbr', to coś, co dostałem w liście od przyjaciela, podpisał to 'salamandra', nie jestem pewien czy pacjenci w Lecznicy doprowadzają go do takiego szaleństwa, że zapomniał jak te jaszczurki wyglądają, ale powiedziałem mu, że oprawię to zdjęcie w ramkę i postawię na biurku, zazwyczaj nikt nie podchodzi do mnie na tyle blisko, aby zauważyć. - wzruszył ramionami - Możesz, więc uznać, że twój brak skrępowania w moim towarzystwie naprowadził cię na trop bardzo dziwnego, osobliwego żartu. - podsumował biorąc głębszy oddech i czując, że napad śmiechu odszedł na dobre, wspaniale, mógł znowu rozmawiać w normalny sposób.
- Wracając do prośby. Wątpię, że chodzi im o faktyczne koguty? Chociaż w absurdalności tej sytuacji już, naprawdę nie jestem pewien - uniósł ręce do góry w bezsilności - Normalnie powiedziałbym, że zatrudnienie kogoś, kto da wam te 'efekty dźwiękowe' to nie problem, ale mamy chyba ważniejsze rzeczy na głowie niż obwieszczanie przybycia stróżów prawa pianiem koguta, nie wydaje ci się? Sadząc po twojej reakcji, mogę sądzić, że się w tym zgadzamy. Z mundurami nie widzę problemu, ale przez te koguty będziecie musieli skomponować wniosek raz jeszcze. Pokreślonego nie mogę przyjąć - odparł całkiem szczerze i oparł się łokciami na biurku, aby móc, ponownie, spojrzeć rozmówcy w oczy.
“An immense pressure is on me
I cannot move without dislodging the weight of centuries”
♦♦♦