Przez ostatnie dziesięć minut, Morpheus wpatrywał się w jedno z pustych płócien z dziwną intensywnością. To jest, mogła być dziwna dla Loretty, która dopiero zaznajamiała się z tym, że czarodziej pałał swojego rodzaju awersją do mrugania. Zawsze doskonale obecny w momencie, w pełni skupiony na rozmówcy, wydawał się nieco... bardziej niewyraźny, w bardzo dosłownym znaczeniu. Jego spojrzenie, w tym świetle doskonale czarnych oczu, wydawało się nieskupione i nieco niepokojące, jak u trupa. Jeszcze chwilę temu rzeczywiście trwał uziemiony w chwili, gdy nalewała trunku do jego szklanki, dwie kostki lodu, dwa palce wysokości, zgodnie z zasadami, które towarzyszyły ich życiom, odkąd wzięli pierwszy, bolesny oddech na świecie. Jego dłonie zawsze tchnęły nieco chłodem, ale nawet one nie były dość zimne, aby utrzymać lód w całości. Ten roztapiał się pod wpływem ciepła letniego wieczoru.
Wieszczył od wielu lat, ale nadal zdarzały się dni, kiedy świat odmawiał istnienia w linearnej rzeczywistości, zmuszając go do oglądania przyszłości w każdej z możliwych wersji, każdej decyzji, podejmowanej przez każdą kolejną osobę, a drzewo wyborów rosło, rozgałęziało się w jego czaszce. W tym dniu nie było nic specjalnego, ale z jakiegoś powodu, pewnie powinien spojrzeć w gwiazdy. Nie chciał patrzeć w gwiazdy, dlatego patrzył na Lorettę. Przynajmniej tam padał jego wzrok pierwsze kilka minut, by później przesunąć je bardzo nienaturalnym ruchem na płótno.
Mrugnął, gdy kieliszek stuknął o blat. Loretta sprawiała, że jego umysł płonął. Jeszcze nie potrafił stwierdzić, czy to dobrze. Raczej nie. Ostatni raz, gdy tak się działo... To było dawno temu i nie chciał tego powtarzać. Złamane serce boli zbyt mocno.
— Twój turpizm staje się coraz bardziej monotonny. Nudny. — zawyrokował głosem odległym, wiedzącym, w jaki sposób chciała zagospodarować płótno, które przykuło jego wzrok, możliwie nawet jeszcze nim sama podjęła decyzję, co z nim zrobić. Czas był kurzem, który Morpheus wbijał w powietrze mrugnięciem i spośród miliardów cząstek złotego pyłku zniszczenia, część osiadała na nim, a on wyczytywał z nich, co nadejdzie, zupełnie jak płyta w gramofonie, która pęka po jednym użyciu.