21.02.2024, 09:35 ✶
Darcy wyprostował się jeszcze tylko dumnej, gdy Lyssa wspomniała o tym spacerze w dobrym towarzystwie, bo był chłopcem łasym na komplementy. I nawet gdyby kłamała, chłopak nie wyłapałby pewnie tego, bo chociaż sam łgać potrafił, to w jej słowa po prostu chciał wierzyć. I w to, że ktoś spacer w jego towarzystwie uważał za miły, chociaż mógł iść na zabawę z tymi popularniejszymi chłopcami.
- Naprawdę - potwierdził, próbując przybrać poważniejszą minę, chociaż oczy mu się śmiały. Nie miał nic przeciwko temu, że wezmą go za wariata. Oczywiście, wolałby, aby mówiono o nim jako o ekscentrycznym pisarzu czy ciekawej osobowości, i pewnie mógł się zezłościć o krytyczne uwagi, ale to, co znieść było mu najtrudniej, to niewidzialność. Był niewidzialny przez cały Hogwart i jakiś czas po nim: za nic nie chciał do tego stanu rzeczy wracać.
Niech mówią, co zechcą. Byleby mówili.
Jeśli więc nawet ktoś miał zobaczyć ten taniec i go rozpoznać, Darcy nie miał zamiaru narzekać. Bo opowieści liczyły się dla niego bardzo, ale to nie tak, że wszystko musiało być inspiracją dla opowieści.
- Z panienką zawsze i wszędzie, panienko Lysso - powiedział, skłaniając się dwornie, gdy wyciągnęła ku niemu rękę, a potem ujął jej dłoń, a koniuszki drugiej oparł o jej talię.
Tym razem nie było jeszcze całkiem ciemno, a na niebie nie dało dostrzec się Księżyca i gwiazd, i otaczały ich wysokie kamienice Horyzontalnej zamiast drzew. Za to na bruku łatwiej było tańczyć niż na leśnym podszyciu i mieli nawet muzykę: z daleka dobiegały ciche dźwięki dobiegające z Fontanny Szczęśliwego Losu, a Darcy gdy zdał sobie z tego sprawę, odruchowo spróbował dostosować krok do tej melodii. Może nieco wolniej niż by należało, ale irlandzkie piosenki bywały nazbyt żywiołowe, a on jednak nie zniósłby ani gdyby sam się przewrócił, ani wstydu, jakim byłoby dopuszczenie do potknięcia się partnerki.
I byłaby to może nawet odrobinę romantyczna scena, gdyby nie przeklęty miesiąc miłości, co zaraz miał ją absolutnie zrujnować...
- Naprawdę - potwierdził, próbując przybrać poważniejszą minę, chociaż oczy mu się śmiały. Nie miał nic przeciwko temu, że wezmą go za wariata. Oczywiście, wolałby, aby mówiono o nim jako o ekscentrycznym pisarzu czy ciekawej osobowości, i pewnie mógł się zezłościć o krytyczne uwagi, ale to, co znieść było mu najtrudniej, to niewidzialność. Był niewidzialny przez cały Hogwart i jakiś czas po nim: za nic nie chciał do tego stanu rzeczy wracać.
Niech mówią, co zechcą. Byleby mówili.
Jeśli więc nawet ktoś miał zobaczyć ten taniec i go rozpoznać, Darcy nie miał zamiaru narzekać. Bo opowieści liczyły się dla niego bardzo, ale to nie tak, że wszystko musiało być inspiracją dla opowieści.
- Z panienką zawsze i wszędzie, panienko Lysso - powiedział, skłaniając się dwornie, gdy wyciągnęła ku niemu rękę, a potem ujął jej dłoń, a koniuszki drugiej oparł o jej talię.
Tym razem nie było jeszcze całkiem ciemno, a na niebie nie dało dostrzec się Księżyca i gwiazd, i otaczały ich wysokie kamienice Horyzontalnej zamiast drzew. Za to na bruku łatwiej było tańczyć niż na leśnym podszyciu i mieli nawet muzykę: z daleka dobiegały ciche dźwięki dobiegające z Fontanny Szczęśliwego Losu, a Darcy gdy zdał sobie z tego sprawę, odruchowo spróbował dostosować krok do tej melodii. Może nieco wolniej niż by należało, ale irlandzkie piosenki bywały nazbyt żywiołowe, a on jednak nie zniósłby ani gdyby sam się przewrócił, ani wstydu, jakim byłoby dopuszczenie do potknięcia się partnerki.
I byłaby to może nawet odrobinę romantyczna scena, gdyby nie przeklęty miesiąc miłości, co zaraz miał ją absolutnie zrujnować...