21.02.2024, 15:33 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 30.04.2024, 17:36 przez Brenna Longbottom.)
Kończę tańczyć z Atreusem i schodzę z parkietu. Idę w stronę baru z drinkami do Victorii, witam się z tam obecnymi, a Patrick może sobie odczytać z nici, co mu się żywnie podoba.
- Dziwna, druidzka magia mieszająca mi w głowie to był mój problem. Nie mojej rodziny - skwitowała krótko, nie wdając się nawet w dokładniejsze wyjaśnienia, ani o tym, jak niektórzy z nich by zareagowali, ani że nie miała chęci na słuchanie w biurze plotek, które przecież nie byłyby prawdziwe, bo łączyła ich magia Beltane, nie żadne umawianie się. - I mam wrażenie, że chyba walnęłam trochę za mocno - dodała, uśmiechając się lekko. - Czy powinnam jednak walnąć drugi raz i sprawdzić?
Może uszkodziła mu nie tylko nos, ale i głowę, skoro wygadywał takie rzeczy, nawet w żartach. Bo jednak nie wyobrażała sobie, żeby ktokolwiek mógł zainteresować się kimkolwiek, bo oberwał od niego po twarzy.
- Bez obaw, mam już listę chętnych na wycieczki do katakumb i nawiedzonych lasów. Gdybym nagle przesunęła ciebie na jej szczyt, ktoś mógłby poczuć się dogłębnie urażony. Ale będę o tobie pamiętać i dam znać, jakbym wybierała się do katakumb.
Trochę kpiła, bo kpić w takiej cholernie niezręcznej sytuacji było po prostu łatwiej i jego słowa też odbierała jako kpinę, więc zareagowała w ten sam sposób, a trochę mówiła serio. Podobno swój ciągnie do swego, więc ją otaczali ludzie zaskakująco chętni do narażania swojego życia i zdrowia, i Brenna ciągnęła różne osoby do różnych akcji, bo po pierwsze, mieli różne umiejętności, po drugie, czasem te wycieczki były legalne, czasem mniej legalne, a czasem całkiem nielegalne, co też warunkowało wybór, po trzecie nie chciała nikogo przygnieść za mocno, po czwarte wreszcie... miała dziwne wrażenie, że Heather albo Vincent naprawdę mogliby w pewnym momencie nadąsani stwierdzić, że to niesprawiedliwe, że ich nigdzie nie zabiera.
- Mój brat... czasem gubi się w swoich dobrych chęciach - powiedziała w końcu dyplomatycznie. To nie tak, że Erik był głupi. Nie był. Prawdopodobnie doskonale wiedział, że Atreus nie da się nabrać na tę całą współpracę między Departamentami. Zapewne też zdawał sobie sprawę z tego, jak zareaguje jego siostra, skoro kazał milczeć.
Ostatnio była najwyraźniej za łagodna. Erik sprawiał wrażenie, jakby szczerze żałował, że coś knuł, ale tym razem Brenna miała zamiar się upewnić, że n i g d y już niczego nie spróbuje, nieważne, o kogo by nie chodziło. Florence? Bren była niemal pewna, że ani Bulstrode, ani Prewett nikogo z rodziny by tutaj nie przyprowadzili, pojawiając się po raz pierwszy.
- Dziękuję za taniec, pora iść dać głowę pod topór Victorii - skwitowała, puszczając jego dłoń, kiedy Victoria skończyła swój występ. - O, zaczęli - mruknęła jeszcze, spoglądając na moment ku niebu i spadającym z niego gwiazdom. Drobne zaklęcia, które dogadała z właścicielami i ich krewnymi, obsługującymi przyjęcie, w wewnętrznej panice pod tytułem "bo goście nie będą się tu dość dobrze bawili".
W deszczu spadających gwiazd zeszła z parkietu i skierowała się prosto ku barowi, chociaż nie po drinka, a ku Lestrange, w której włosach pożyczonym od gwiazd blaskiem lśniła spinka.
- Cześć wszystkim. Tori, wspaniały występ, cieszę się, że wpadłaś - przywitała Victorię i uściskała ją, nie zwracając uwagi na chłód ciała. Mówiła szczerze: i to mimo tego, że bała się, gdy zapraszała tu Victorię, a jednocześnie przecież chciała, by ta tutaj była i nie pomyślała nawet, by jej o tym przyjęciu nie wspomnieć - bo skoro ta mieszkała w Dolinie Godryka i znały się jeszcze z wózeczków, gdyby została pominięta, na pewno czułaby się zraniona. A Brenna za żadne skarby nie chciała jej zranić.
- Cześć, Sebastianie, skoro już tu wszedłeś, nie myśl, że mi uciekniesz, musimy dzisiaj zatańczyć, cześć Patrick - dorzuciła, odsuwając się od Lestrange.
Stewarda tymczasem czekało gorzkie rozczarowanie w kwestii nici Brenny.
Och, jasne, otaczały ją te wskazujące na miłość, cała ich plątanina - przede wszystkim do rodziny i przyjaciół, i biegły do masy osób na sali, które miał w zasięgu wzroku, włącznie z Victorią, odchodzącą na parkiet Norą czy Alastorem, ku Dorze i Vincentowi. Wobec Sebastiana miała jednak jedynie przyjaźń i jeśli kimś tutaj była w jakimś stopniu zainteresowana, to pechowo - nie nim i Steward miał okazję zaobserwować, kim konkretnie. A może na szczęście, zważywszy na to, z kim Macmillan się kiedyś spotykał...
- Dziwna, druidzka magia mieszająca mi w głowie to był mój problem. Nie mojej rodziny - skwitowała krótko, nie wdając się nawet w dokładniejsze wyjaśnienia, ani o tym, jak niektórzy z nich by zareagowali, ani że nie miała chęci na słuchanie w biurze plotek, które przecież nie byłyby prawdziwe, bo łączyła ich magia Beltane, nie żadne umawianie się. - I mam wrażenie, że chyba walnęłam trochę za mocno - dodała, uśmiechając się lekko. - Czy powinnam jednak walnąć drugi raz i sprawdzić?
Może uszkodziła mu nie tylko nos, ale i głowę, skoro wygadywał takie rzeczy, nawet w żartach. Bo jednak nie wyobrażała sobie, żeby ktokolwiek mógł zainteresować się kimkolwiek, bo oberwał od niego po twarzy.
- Bez obaw, mam już listę chętnych na wycieczki do katakumb i nawiedzonych lasów. Gdybym nagle przesunęła ciebie na jej szczyt, ktoś mógłby poczuć się dogłębnie urażony. Ale będę o tobie pamiętać i dam znać, jakbym wybierała się do katakumb.
Trochę kpiła, bo kpić w takiej cholernie niezręcznej sytuacji było po prostu łatwiej i jego słowa też odbierała jako kpinę, więc zareagowała w ten sam sposób, a trochę mówiła serio. Podobno swój ciągnie do swego, więc ją otaczali ludzie zaskakująco chętni do narażania swojego życia i zdrowia, i Brenna ciągnęła różne osoby do różnych akcji, bo po pierwsze, mieli różne umiejętności, po drugie, czasem te wycieczki były legalne, czasem mniej legalne, a czasem całkiem nielegalne, co też warunkowało wybór, po trzecie nie chciała nikogo przygnieść za mocno, po czwarte wreszcie... miała dziwne wrażenie, że Heather albo Vincent naprawdę mogliby w pewnym momencie nadąsani stwierdzić, że to niesprawiedliwe, że ich nigdzie nie zabiera.
- Mój brat... czasem gubi się w swoich dobrych chęciach - powiedziała w końcu dyplomatycznie. To nie tak, że Erik był głupi. Nie był. Prawdopodobnie doskonale wiedział, że Atreus nie da się nabrać na tę całą współpracę między Departamentami. Zapewne też zdawał sobie sprawę z tego, jak zareaguje jego siostra, skoro kazał milczeć.
Ostatnio była najwyraźniej za łagodna. Erik sprawiał wrażenie, jakby szczerze żałował, że coś knuł, ale tym razem Brenna miała zamiar się upewnić, że n i g d y już niczego nie spróbuje, nieważne, o kogo by nie chodziło. Florence? Bren była niemal pewna, że ani Bulstrode, ani Prewett nikogo z rodziny by tutaj nie przyprowadzili, pojawiając się po raz pierwszy.
- Dziękuję za taniec, pora iść dać głowę pod topór Victorii - skwitowała, puszczając jego dłoń, kiedy Victoria skończyła swój występ. - O, zaczęli - mruknęła jeszcze, spoglądając na moment ku niebu i spadającym z niego gwiazdom. Drobne zaklęcia, które dogadała z właścicielami i ich krewnymi, obsługującymi przyjęcie, w wewnętrznej panice pod tytułem "bo goście nie będą się tu dość dobrze bawili".
W deszczu spadających gwiazd zeszła z parkietu i skierowała się prosto ku barowi, chociaż nie po drinka, a ku Lestrange, w której włosach pożyczonym od gwiazd blaskiem lśniła spinka.
- Cześć wszystkim. Tori, wspaniały występ, cieszę się, że wpadłaś - przywitała Victorię i uściskała ją, nie zwracając uwagi na chłód ciała. Mówiła szczerze: i to mimo tego, że bała się, gdy zapraszała tu Victorię, a jednocześnie przecież chciała, by ta tutaj była i nie pomyślała nawet, by jej o tym przyjęciu nie wspomnieć - bo skoro ta mieszkała w Dolinie Godryka i znały się jeszcze z wózeczków, gdyby została pominięta, na pewno czułaby się zraniona. A Brenna za żadne skarby nie chciała jej zranić.
- Cześć, Sebastianie, skoro już tu wszedłeś, nie myśl, że mi uciekniesz, musimy dzisiaj zatańczyć, cześć Patrick - dorzuciła, odsuwając się od Lestrange.
Stewarda tymczasem czekało gorzkie rozczarowanie w kwestii nici Brenny.
Och, jasne, otaczały ją te wskazujące na miłość, cała ich plątanina - przede wszystkim do rodziny i przyjaciół, i biegły do masy osób na sali, które miał w zasięgu wzroku, włącznie z Victorią, odchodzącą na parkiet Norą czy Alastorem, ku Dorze i Vincentowi. Wobec Sebastiana miała jednak jedynie przyjaźń i jeśli kimś tutaj była w jakimś stopniu zainteresowana, to pechowo - nie nim i Steward miał okazję zaobserwować, kim konkretnie. A może na szczęście, zważywszy na to, z kim Macmillan się kiedyś spotykał...
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.